Co po Facebooku?
Też chciałbym wiedzieć. Bo Facebook coraz gorszy, dużo się zresztą o tym pisze na Facebooku. Diaspora się nie udała, może Ello się przyjmie, ale pewnie nie. A na Google+, ha ha, to nikogo nie ma. Zresztą teraz to raczej na Instagramie wszyscy siedzą, a i trzeba tego Snapchata sprawdzić. Może Tumblra założyć, jeśli o obrazkach mowa? Jeszcze Twitter bardzo fajny, taki wiecie, elitarny i merytoryczny (jeśli zapomni się na chwilę o fanach Justina Biebera). Ale też ma być więcej reklam i filtrowanie treści. Co robić?
Gdyby jeszcze chodziło o indywidualną obecność w sieci (nie piszę: “prywatną”, bo prywatności w internecie coraz mniej) to pół biedy. Gorzej, gdy chcemy zaprząc media społecznościowe do promocji naszych działań. Nawet jeśli nie wydamy ani złotówki na reklamę, to i tak płacimy. Własnym czasem, uwagą, zaangażowaniem.
Na dodatek wszystko pędzi coraz szybciej, powstają nowe serwisy, zmieniają się algorytmy w starych. Dodawać zdjęcia do statusów? A może tylko tekst? Linki zewnętrzne czy wewnątrz serwisu lepsze? Kto by się w tym wszystkim połapał.
Dlatego podoba mi się podejście Marcina Wilkowskiego, który, w notce „Facebook i instytucje kultury” podsumowuje swoje wystąpienia na spotkaniu TechKlubu Lublin i zbiera krytyczne uwagi na temat Facebooka oraz proponuje przeniesienie zaangażowania na inne aktywności w sieci. (Najlepiej teraz przeczytać tę notkę, bo poniżej będę się do niej często odnosił).
Im więcej świadomych wyborów w promocji naszej działalności, tym lepiej. I to nie tylko w odniesieniu do Facebooka, ale szerzej, mediów społecznościowych i całej sieci.
Dlatego pójdę dalej ścieżką wskazaną przez Marcina Wilkowskiego. Na początek zaproponuję podział na trzy poziomy, na których możemy oceniać przydatność danego serwisu społecznościowego dla promocji naszych działań. Potem zatrzymam się na moment przy funkcjach mediów społecznościowych. Na koniec przypomnę o istocie naszej obecności w tych mediach, bo to rzeczach zasadniczych warto pamiętać, nawet gdy jesteśmy bardzo zajęci analizą kapryśnych zasad rządzących widocznością wpisu na fejsie.
W tekście Marcina Wilkowskiego znajdziecie sześć argumentów, które przemawiają na niekorzyść Facebooka. Im dłużej się im przyglądałem, tym bardziej czułem potrzebę szukania zestawu kryteriów, które pozwolą na ocenę przydatności każdego serwisu. Tak, żebyśmy mogli sprawnie przepytać kandydata na nasz kanał komunikacji. Zda albo nie zda.
Zastanawiałem się też nad tym „… i instytucje kultury” w tytule notki. Czy jest coś wyjątkowego w ocenie przydatności narzędzi komunikacji akurat dla instytucji kultury? Okazuje się, że jest.
Gdy oceniamy kanał komunikacji, medium społecznościowe, możemy przeprowadzić krytykę na trzech poziomach:
- narzędziowym
- strategicznym
- kulturowym
Krytyka narzędziowa i strategiczna jest wspólna dla kultury i każdej innej branży. Nie ma tu różnicy w sposobie oceny. Wyjątkowość komunikacji w kulturze zaczyna się na trzecim poziomie, gdzie przechodzimy od oceny pragmatycznej do oceny ideowej.
Krytyka narzędziowa
To na przykład argument z „niskiego natywnego zasięgu informacji publikowanych na stronach fanowskich (polityka reklamowa Facebooka).”
Jeżeli stan, w którym nasze statusy będzie widziało kilka procent osób, które polubiły nasz profil, będzie się utrzymywał, to ich pisanie po prostu straci sens. I to niezależnie od przyjętej strategii komunikacji.
Ale z drugiej strony (uwielbiam tez zwrot), nawet na tym poziomie można bronić dalszej przydatności Facebooka. Bo może statusy sens mają nikły, ale za to np. w wydarzeniach nadal tkwi potencjał. O ile osoby, które zaprosimy będą zapraszać swoich znajomych, a tego polityka reklamowa Facebooka na razie nie ograniczyła.
Krytyka strategiczna
To jest poziom, na którym zadajemy sobie najniebezpieczniejsze na świecie pytanie, czyli: po co? W zależności od odpowiedzi Facebook może być lub nie być dla nas nadal dobrym narzędziem.
Na przykład tu mieści się taki argument przeciw: „oprogramowanie i interfejs Facebooka formatuje sposób wypowiedzi i publikowane treści – ile da się powiedzieć za pomocą fotografii czy grafik (preferowanych na streamie)?”.
Niewiele, ale czy my chcemy coś do ludzi na Facebooku mówić? A może pragniemy tylko podtrzymywać kontakt, nie tyle mówić, czy rozmawiać na poważne tematy, co prowadzić niezobowiązującą pogawędkę.
To ma sens, o ile mówimy i poważnie rozmawiamy w innych miejscach. Nie zatrzymujemy swojej komunikacji w sieci tylko na poziomie pogaduszek. Jeśli działamy strategicznie, to Facebook, czy inne medium społecznościowe, pełni określoną funkcję w naszym, skomplikowanym przecież, systemie komunikacji.
Gorzej, i to się zdarza, gdy komunikacja w mediach społecznościowych niczego nie uzupełnia, do niczego nie odsyła, tylko zaczyna być tożsama z większą częścią naszej komunikacji w sieci. Są takie inicjatywy, które nie mają strony internetowej, a jedynie profil na Facebooku. I zapewne temu przeciwstawia się stanowczo Marcin Wilkowski.
To jest naprawdę niebezpieczne. I trudne do przezwyciężenia, bo na takim Facebooku nie dosyć, że wszystko jest łatwe, to na dodatek otrzymujemy natychmiastową gratyfikację. Wrzucenie galerii zdjęć zajmuje chwilę, a zaraz potem otagowane zdjęcia będą zbierać lajki. To po co wrzucać galerię gdzieś indziej? Takie to z tych mediów społecznościowych dobrotliwe potwory, które chcą wyssać całą naszą aktywność w sieci. Publicznie przyznaję się, że temu czasem ulegam. Wy też możecie się przyznać w głębi serca.
Temat z pewnością warty pogłębienia, ale idźmy dalej. Wciąż pozostając na poziomie oceny pragmatycznej warto zapytać, czy dane narzędzie pasuje do naszego przekazu. Tu mieści się moim zdaniem argument: „gramatyka Facebooka: interfejs i mechanizm Facebooka narzuca konkretne formy interakcji; przycisk Lubię to ma wizualizować relacje między naszymi treściami a ich odbiorcami – nawet kiedy o rzeczywistym lubieniu nie może być mowy”. Tu w notce Marcina Wilkowskiego pojawia się mocny przykład profilu Muzeum Auschwitz.
Zajrzałem właśnie na ten profil i znalazłem na nim link do profilu muzeum, tym razem na Pintereście, a tam, znalezioną w sieci, estetyczną fotografię pojemników na Cyklon B. I nie wiem, co mam o tym myśleć. Może to jednak nie jest już poziom krytyki strategicznej, tylko kulturowej?
Krytyka kulturowa
Tu się zaczyna robić ciekawie, wkraczamy w obszar ideowy, normatywny. Czy każde dostępne narzędzie, kanał komunikacji jest dobry dla instytucji kultury? To zależy od tego, jak rozumiemy misję instytucji.
Weźmy ten argument: „Facebook nie jest przestrzenią neutralną i wolną, chociaż tak bywa przedstawiany (Facebook jako nowa, ulepszona i bardziej użyteczna wersja WWW).” Jeżeli reprezentujemy sektor publiczny, to tym bardziej nie powinniśmy skupiać swojej aktywności w tego typu przestrzeni, a już na pewno nie publikować treści tylko w niej.
To nie jest strategiczny typ argumentacji (w którym, także w sektorze komercyjnym, zaleca się dywersyfikowanie treści w różnych kanałach komunikacyjnych ze względów pragmatycznych), to są argumenty ideowe. Jako instytucje zajmujemy się pielęgnowaniem przestrzeni publicznej, także w jej wymiarze cyfrowym. Co nakazuje nam dużą ostrożność w korzystaniu z narzędzi komercyjnych. Przykład uprawiania krytyki kulturowej znajdziecie w rozmowie na portalu ngo.pl zatytułowanej „Facebook to nie sfera publiczna”.
Pytajmy dalej, a może należy odmawiać obecności w miejscach, które ograniczają nasze postrzeganie świata? Zdajemy sobie przecież sprawę z tego, że język i interfejs zawierają w sobie wizję świata. Że używanie określonego języka i określonego interfejsu nas zmienia.
Sympatycznie się korzysta z tego całego Facebooka na co dzień, ale czy chcielibyście żyć w świecie, w którym jedyną możliwą postawą wobec zdarzeń jest prosta afirmacja: „lubię to”?
Ja bym nie chciał i więcej, uważam, że kultura powinna być odtrutką na taką wizję rzeczywistości. Ale zostawmy to na inną okazję i wróćmy do kryteriów oceny różnych narzędzi.
Funkcje mediów społecznościowych
Na poziomie strategicznym wiele dylematów pomoże nam rozwiązać stworzenie listy funkcji, które może dla nas pełnić dane medium społecznościowe.
Na przykład:
- informowanie
- podtrzymywanie relacji
- obsługa
Łatwiej nam będzie dzięki temu odpowiedzieć na pytanie, do czego używać danego narzędzia. Weźmy Facebooka. Czy nadaje się do informowania? Coraz mniej. A do podtrzymywania relacji? Zależy z kim. Może jest to świetne narzędzie do utrzymywania kontaktu ze swoimi najwierniejszymi odbiorcami? Tym typem klienta, który będzie bezinteresownie polecał naszą ofertę (to skarb!). I wystarczy.
A nowych odbiorców spotkamy raczej w miejscu sprzedaży biletów. Od tego jak tam się poczują zależy, czy staną się naszymi nowymi odbiorcami. A nie od tego, jak niesamowicie dowcipny status na Facebooku wymyślimy. Ten status też się przyda, ale do czego innego.
Są też mniej oczywiste funkcje mediów społecznościowych, na przykład odpowiadanie na bezpośrednie wiadomości wysyłane na profil. Obsługa klienta w mediach społecznościowych to rosnący trend, który przyjdzie, o ile już nie przyszedł, także do instytucji kultury.
Gdybym jednak miał bronić mediów społecznościowych, w tym nadal, mimo wcześniejszych zastrzeżeń, Facebooka, to z listy funkcji wybrałbym przede wszystkim relacje. I powołał się na „Ekonomię wdzięczności”, w której Gary Vaynerchuk przypomina, żebyśmy koncentrowali się na inwestowaniu w relacje z klientami, a nie w platformy komunikacji.
Bo przecież nie o media społecznościowe chodzi. Wtedy też mniej nas będą martwić ciągłe zmiany i wielość tych mediów. „Jeśli użytkownicy pewnego dnia porzucą Facebook na rzecz jakiegoś lepszego serwisu, to nie będzie to przypominało skoku z pociągu, oni po prostu przesiądą się do nowego samochodu. Przesiądź się razem z nimi. Relacje, które w pocie czoła nawiązałeś, nie wyparują tak długo, jak będziesz podążać za klientami i nadal o nich dbać.” – pisze Vaynerchuk.
Gdy tak na to spojrzymy, odpowiedź na pytanie „Co po Facebooku?” nie wydaje się już tak ważna.
—
Ten wpis ma charakter szkicowy. Jeśli widzisz wątek, który warto rozwinąć, daj proszę znać. Jeśli coś jest bardzo niezrozumiałe – będę wdzięczny za sygnał. Gdy z czymś się stanowczo nie zgadzasz – napisz o tym.
autor: Thomas Nugent, źródło: Geograph, licencja: CC BY-SA 2.0
Wpis powstał w ramach projektu „Nowa widownia” realizowanego dzięki stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Piotr Siuda
„Im dłużej się im przyglądałem, tym bardziej czułem potrzebę szukania
zestawu kryteriów, które pozwolą na ocenę przydatności każdego serwisu.
Tak, żebyśmy mogli sprawnie przepytać kandydata na nasz kanał
komunikacji. Zda albo nie zda.”
Tak naprawdę jest tylko jedno kryterium, które zna każdy biznesowy spec od marketingu – zasięg danego serwisu, danego social media ;-)
No bo po co się promować w miejscach, na które nikt nie zagląda…
Sławomir Czarnecki
Tylko zasięg? Hmm, jak nam zależy na zasięgu to owszem, ale nie zawsze nam na budowaniu zasięgu akurat zależy. Raczej się odchodzi od myślenia o mediach społecznościowych w prostych kategoriach zasięgu. Ale to by trzeba podrążyć jeszcze.
Piotr Siuda
Fakt – wszystko zależy od celu, choć zastanawiam się: czy jeśli chce się coś sprzedać (produkt kulturowy) to lepiej bezpośrednio dotrzeć do 100 osób nim zainteresowanych, czy do setek tysięcy, spośród których potencjalnie zainteresowanych jest kilak tysięcy (sorry za duże uogólnienie). Pytanie też jest takie: czy wszystko tak naprawdę nie zależy od tego, jaki mamy budżet – bo jeśli mały, to na pewno z fejsem wiele nie zdziałamy. Jeśli w ramach „nowej widowni” zaproponujesz coś alternatywnego dla ubogich, to będzie super.
Sławomir Czarnecki
Chciałbym zaproponować bezkosztową alternatywę dla Facebooka, ale obawiam się, że takiemu oczekiwaniu nie sprostam:) Zgadzam się, że bardzo, bardzo dużo zależy od budżetu. Ale też, co starałem się podkreślić, nawet gdy nie wydajemy pieniędzy, to i tak ponosimy koszty, (czasu, zaangażowania danej osoby). Media społecznościowe nie są dla organizacji za darmo, nawet jeśli nie kupuje reklam. A wracając do tekstu Marcina Wilkowskiego, u niego są propozycje alternatywnego zainwestowania swojego czasu poświęconego na aktywność w sieci.
Jasna sprawa, że Facebook nie jest od budowania zasięgu. Ale do kilku innych rzeczy może się nadal przydać i to bez kupowania reklam. Ale warunkiem jest to, że masz wśród swoich fanów zaangażowanie osoby, liderów opinii. Ale to oni są dla Ciebie wartością, a nie Facebook. I tak przejdziemy m.in. do marketingu szeptanego, siły rekomendacji itp., na temat których też już setki książek napisano.:)
Piotr Siuda
Jasne – marketing szeptani, liderzy itd. też są ważni… Wszystko też pewnie zależy do specyfiki branży, produktu itd. No cóż – ciekawym jestem efektów Twojej pracy. Czekam na odpowiednią reklamę „Nowej Widowni” w social media, abym mógł pobrać i przeczytać ;-)
mw
„Facebook nie jest od budowania zasięgu” – nie, a od czego? To jest zresztą zasięg budowany do środka, zasięg, który nie wychodzi poza infrastrukturę fb. Kupując reklamy na fb reklamujesz stronę na fb a nie stronę poza fb.
Sławomir Czarnecki
Na przykład od komunikowania się z częścią Twoich odbiorców, tych zaangażowanych i jednocześnie preferujących kontakt przez Facebooka. Na przykład takich, którzy wolą wysłać Tobie pytanie w sprawie warsztatów przez fanpage, zamiast dzwonić, czy pisać maila.
Czy zasięg nie wychodzi nigdy poza fb? Mogę na przykład dodać aplikację z formularzem zapisu do nl i go reklamować: https://www.facebook.com/IKMgdansk/app_639854726036587
Sławomir Czarnecki
„Zasięg, który nie wychodzi poza infrastrukturę fb”, ale wciąż warto sprawdzić, jaki procent ruchu na stronie przychodzi z Facebooka. Obstawiam, że taki, który nie decyduje o całkowitym pominięciu fb w swoich działaniach (chociaż tu koło się zamyka, bo pewnie więcej wejść z FB będzie, gdy ludzie będą dzielić się Twoim linkiem, więc znowu chodzi o ludzi, i o to co oni robią z tym narzędziem, a nie o infrastrukturę fb).
Piotr Siuda
Odnośnie do promocyjnych działań – także tych w sferze kultury – w social media napisano już bardzo dużo. O zintegrowanych działaniach na wielu social media i powiązaniu tych działań z prowadzeniem stron WWW i akcjami offline napisano kilka (kilkadziesiąt, kilaset?) książek marketingowych :-) Czasami warto zainspirować się biznesem…
Sławomir Czarnecki
O to właśnie chodzi, żeby na poziomie strategicznym inspirować się biznesem. „Ekonomia wdzięczności” to zresztą jedna z tych kilkuset książek. Ale, w czym nam już biznes nie pomoże, jest jeszcze poziom ideowy. Tylko jak się do niego zabrać?
Piotr Siuda
Ludzie kultury nigdy nie dadzą rady inspirować się biznesem w sposób skuteczny – za mało kasy na różne projekty.