Zajmuję się promocją kultury

W wywiadzie z Pawłem Potoroczynem, dyrektorem Instytutu Adama Mickiewicza padają takie zdania:

„W IAM obowiązuje zakaz używania słowa „promocja”. Promocja kojarzy się z przecenami w hipermarkecie. My nie mamy przecenionych produktów. Dziś termin „promocja” kojarzy się albo z krótkim okresem przydatności do spożycia, albo z propagandą. „Promocja” już niczego nie sprzedaje, bo rozgarnięta część publiczności – ta, do której aspirujemy – jest immunizowana na propagandę, umie ją błyskawicznie wytropić, odrzucić i już nigdy nie wrócić do natrętnego promotora.”

To jest rzeczywiście trudne zagadnienie. Czy używać słów, które się „źle kojarzą”, czy może lepiej zastąpić je innymi?  W którym momencie uznać, że dany termin został już na tyle zanieczyszczony, że trzeba go porzucić? Czy rzeczywiście będziemy w stanie jaśniej komunikować się z pomocą nowych terminów?

Potorczyn, aby nie używać słowa „promocja”, mówi o IAM jako o „narzędziu do opowiadania polskich wartości.” Nie wiem, czy to jest jasne. Sądzę, że to rodzaj, udanej zresztą, prowokacji językowej, która ma zaintrygować, pozwolić przyjrzeć się misji IAM od innej strony. Podobnie mogę zrozumieć unikanie słowa „promocja” jako taktykę, do zastosowania w konkretnych okolicznościach.

Ale porzucanie słów, bo są źle używane, wiążą się z nimi negatywne skojarzenia? Nie poddawałbym się tak łatwo. To trochę tak, jakby dobry pisarz przestał o sobie mówić „pisarz”, bo na świecie jest wielu złych pisarzy. Albo filozofowie uznali, że nie będą używać słowa „filozofia”, bo kojarzy się z amerykańskimi poradnikami motywacyjnymi lub duchowością w stylu new age.

Gdy zajmujesz się jakąś profesją, czy przynależysz do jakiejś grupy, zawsze znajdą się tacy, którzy pracują na negatywne postrzeganie tej profesji, czy grupy. PR-owcy dobrze wiedzą o co chodzi.  Ale nie tylko oni. To dość uniwersalna zależność, łatwo ją zaobserwować na przykład przyglądając się grupom religijnym.

Ja bym jeszcze powalczył, w kontekście kultury, o wypełnienie słowa „promocja”  pozytywną treścią.  Wstydliwych słów, które się „źle kojarzą”, jest zresztą w kulturze cała masa: „marketing”, „public relations”, „zarządzanie”, „produkt”, „sprzedaż”, „marka”, „projekt”. I wolę zabiegać o ich właściwie rozumienie, niż szukać dla nich zamienników, czy chować je po kątach, żeby nikogo nie zirytowały.

Jak sądzicie? Używać słowa „promocja” czy nie? Jeśli nie, czym je zastąpić?