Uwaga: nadlatują meteoryty!
„Było dla nas oczywiste, iż kultura współczesna nie stanowi już hierarchicznie uporządkowanej całości (od “wysokiej” i/lub “narodowej” na górze do “popularnej” i/lub “ludowej” na dole hierarchii). Byliśmy też zgodni co do oczywistego faktu, że jeśli w ogóle warto dziś mówić o kulturze dominującej, to nie jest to zdecydowanie tzw. kultura wysoka, lecz kultura popularna.” – czytamy w, napisanym przez Barbarę Fatygę i Wojciecha Bursztę, wstępie do publikacji Kultura miejska w Polsce z perspektywy interdyscyplinarnych badań jakościowych.
Na stronie Obywateli Kultury znajdziemy takie postulaty, które głoszą Jerzy Hausner i Andrzej Mencwel: „przekraczać wszędzie, gdzie to osiągalne, podziały na nabywców i producentów, widzów i aktorów, twórców i odbiorców.”
Zmienił się sposób korzystania z kultury. „Oznacza to, że konieczna jest zmiana mechanizmu relacji pomiędzy instytucją kultury a widzem. Instytucje kultury nie powinny być miejscami, w których coś się oferuje widzowi, ale raczej takimi, które umożliwiają mu realizację tych specyficznych sposobów korzystania z kultury, jakie on praktykuje, do których jest przyzwyczajony, które są dla niego naturalne.” – pisze Marek Krajewski w tekście Instytucje kultury a uczestnicy kultury. Nowe relacje, a Wojciech Kłosowski w książce Kierunek kultura dopowiada, że uczestnictwo w kulturze: „To w ogóle nie tylko konsumpcja, nie tylko bycie odbiorcą, widzem, słuchaczem, czytelnikiem. Równie ważną część uczestnictwa w kulturze stanowi świadome i dumne wnoszenie w obieg społeczny własnej kultury, „kultury samodzielnie przez siebie odkrytej lub wynalezionej”, jak pisze o niej Godlewski. Słowem: uczestnictwo w kulturze, to dużo więcej niż „uczęszczanie do teatrów i muzeów”.”
Badacze i aktywiści są zgodni, z dużą stanowczością głoszą konieczność odejścia od, przypisywanego kulturze wysokiej, tradycyjnego modelu relacji twórca-odbiorca. Przecież wszyscy jesteśmy twórcami. Nie chcemy tylko uczestniczyć, my pragniemy współuczestniczyć.
W porządku, trudno spierać się z tym, że kultura wysoka utraciła status kultury dominującej. Czy jest to równoznaczne z odejściem od podziału na twórcę i odbiorcę w każdym przypadku? Czy dziedziny sztuki przypisywane kulturze wysokiej nieuchronnie tracą swoją tożsamość? Czy koncerty muzyki poważnej, nowe tomy poezji to tylko ostatnie podrygi kultury wysokiej, skazanej na zatarcie granic, rozmycie, zanik?
Może ostatni koneserzy sztuki wysokiej są jak dinozaury, które spokojnie przeżuwają duchową strawę, nieświadome, że za moment deszcz meteorytów zniszczy ich świat na dobre?
Mam sporo wątpliwości i pytań związanych ze zmianą statusu kultury wysokiej. Starczy ich na kilka wpisów, a zacznę od wyznania. Gdy słucham Wariacji Goldbergowskich w Kościele Świętej Trójcy w Gdańsku jestem całkowicie usatysfakcjonowany tradycyjnym modelem uczestnictwa. Nie zamierzam wstawać z miejsca w trakcie koncertu, tym bardziej nie rwę się do tańca. Postępuję według obowiązujących reguł, klaszczę wtedy, kiedy jest to przyjęte. Jestem do tego stopnia bierny w odbiorze, że nawet nie mam potrzeby zapisania się do kółka dyskusyjnego (gdyby takie istniało) i rozmawiania z innymi o moim przeżywaniu Bacha. Na dodatek mam świadomość swojego braku kompetencji, wiem, że nie potrafię odpowiednio docenić poziomu wykonawstwa. Znajduję się w zdecydowanie niesymetrycznej relacji odbiorcy i artysty.
Wiem, że jako miłośnik muzyki dawnej nigdy nie przekroczę podziału na twórcę i odbiorcę. Nie znajdę w księgarni podręcznika „Traverso w weekend” i nie opanuję gry na tym instrumencie.
Podobnie nie muszę pisać wierszy, żeby czytać poezję, nie muszę występować w teatrze amatorskim, żeby docenić spektakl. Mogę samotnie obcować z „Grą szklanych paciorków”, bez konieczności społecznego przeżywania tej jakże nudnej trudnej lektury.
Nie apeluję o przywrócenie rządów kultury wysokiej. Sam w innych obszarach kultury praktykuję współuczestnictwo. Zastanawiam się jedynie, czy naprawdę wszędzie należy odejść od tradycyjnego modelu relacji twórcy i odbiorcy.
Rozważając co to właściwie znaczy, że kultura wysoka jest zaledwie jedną z nisz kulturowych, przyszła mi do głowy przerażająca myśl… [ciąg dalszy nastąpi].
dariusz
Cóż, zaczynamy zarządzać się społecznie w sposób projektowy. Pewnie to uwarunkowane technologicznie – kultura web 2.0 sprzyja temu ogromnie. Chyba nawet Toffler Alvin coś o tym przebąkiwał i to ze 40 lat temu. Skoro mamy projekt sklep, projekt dziecko, projekt grupa przyjaciół, projekt kawa … to czemu nie mamy mieć projektu uczestnictwa w kulturze wysokiej ? Zasady uczestnictwa w projekcie są okrutnie proste, dużo łatwiejsze niż projekt „grupa losowych znajomych zafascynowanych muzyką bułgarską”. W projekcie „kultura wysoka” można występować na różnym poziomie trudności, ale na każdym zasady są proste.
Zatem może do podręcznika od Prince’a czas wrócić żeby się w tym odnaleźć? I to byłoby właśnie przerażające.
Slawomir Czarnecki Autor posta
Ciekawa perspektywa. Szczególnie uwaga o tym, że projekt uczestnictwa w kulturze wysokiej jest mniej złożony niż projekty uczestnictwa w innych sferach kultury/niszach.
Pingback: widownia » Robiłem zdjęcia w muzeach