Kultura bez pośredników?

Zapraszam do lektury publikacji „Bibliocamp: blogi, książki, ludzie”, którą miałem przyjemność redagować. Dowiecie się z niej jak rozpoznać dobry blog o książkach (i nie tylko) i jak taki blog prowadzić, o zmianach na rynku wydawniczym, o internetowych pesymistach i optymistach.

Autorzy i autorki tekstów:  Jarek Kowal, Aleksandra Kozłowska, Dagny Kurdwanowska, Ana Matusevic, Tomasz Nadolny, Marcin Niewęgłowski, Artur Rogoś, Maciej Rynarzewski, Piotr Siuda.

Wydawcą jest Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gdańsku. Publikacja powstała w ramach projektu Bibliocamp. Dziękuję wszystkim zaangażowanym w jej powstanie, szczególnie Alicji Lipińskiej – koordynatorce Bibliocampu.

Tekst „Kultura bez pośredników?”, który znajdziecie poniżej,  jest częścią tej publikacji i mogę go swobodnie zamieścić na blogu dzięki licencji CC-BY-SA 3.0, a nie zawsze jest to takie proste.

O kulturze bez pośredników dyskutowaliśmy w czasie Bibliocampu z Marcinem Niewęgłowskim (Creative Industries) i Piotrem Siudą (Popblog). Zapis spotkania można obejrzeć tu.

 

Kultura bez pośredników?

 

Możesz wydać książkę sam, bez pukania do drzwi wydawnictwa. Możesz założyć blog i zdobyć więcej czytelników niż polskie czasopisma literackie razem wzięte kiedykolwiek pozyskają. Możesz coraz więcej. Wydawcy, Krytycy i Tradycyjne Media zdają się tracić na znaczeniu. Czyżby ziścił się sen o kulturze bez pośredników, w której nic nie stoi na drodze od twórcy do odbiorcy?

Nie całkiem. Starych pośredników zastępują nowi, nie tak niewinni i przezroczyści jak byśmy chcieli. Pośrednicy czyli z jednej strony ci, dzięki którym kultura do nas trafia – dystrybutorzy, z drugiej nasze źródła wiedzy o tym co jest godne uwagi, a co omijać z daleka. Zatem mamy, platformy internetowe, które rządzą się prawem wielkiej liczby i gdzie to, co zobaczyliśmy o 12.00, o 12.50 jest już bardzo stare, serwisy społecznościowe i e-sklepy, gdzie możemy zobaczyć, co polecają nam nasi znajomi i ludzie o podobnych gustach, i właściwie już tylko to możemy zobaczyć, bo całą pracę wykonuje za nas algorytm.

Nie chciałbym serwować tu kolejnej dyskusji w konwencji “Internet: szansa czy zagrożenie?”. Za bardzo przypominają one bowiem debaty o młodzieży. Wiadomo przecież, że dzisiejsza młodzież to nie to, co kiedyś (i teksty piosenek też są gorsze). Wiadomo też, że już starożytni na młodzież swoich czasów narzekali.

Unikając tych pułapek zgodzimy się zapewne co do tego, że na naszych oczach zachodzą gwałtowne zmiany i nie wiemy, gdzie nas one zaprowadzą. Jednego dnia słucham debaty, na której nieprzejednani krytycy nowych mediów mówią o grafomańskich blogerach-amatorach, którzy odbierają chleb dziennikarzom. Drugiego czytam blog, którego autor oświadcza ekstatycznie, że wszyscy jesteśmy artystami.

Zmieniają się technologie i modele biznesowe. Jak uchwycić przemiany, którym my podlegamy? Warto na nie spojrzeć przywołując kategorie zaufania i autorytetu. Dzięki nim łatwiej będzie zrozumieć jak to możliwe, że polegamy na opinii osób, które niekoniecznie zdobyły wykształcenie w danej dziedzinie i nie są zatrudnione przez żadną instytucję, która potwierdzałaby ich kompetencje. Nie dziennikarz, nie krytyk, a jednak czytamy jego recenzje książek, filmów. Tak po prostu. Jesteśmy nawet zdolni do powierzenia pieniędzy komuś, kto ogłosił w internecie, że ma pomysł na dobrą książkę i zbiera na to fundusze.

Autorytet może być sankcjonowany. To autorytet szefa, którego słuchamy, bo jest szefem. Wykształconego krytyka, który pracuje w redakcji opiniotwórczego tygodnika z długimi tradycjami. Przeszedł weryfikację, zajmuje wysokie stanowisko – to przede wszystkim sprawia, że liczymy się z jego zdaniem.

Istnieje też autorytet niesankcjonowany, autorytet znawcy. Może istnieć bez potwierdzenia swoich kompetencji przez instytucje. Uznajemy, że ma wiedzę i doświadczenie, więc go słuchamy.

Jeden typ autorytetu nie zastępuje drugiego, ale zmieniają się proporcje. Wcześniej przeważały autorytety sankcjonowane, dzisiaj te oparte głównie na znawstwie. Za dziennikarzem stały jego kompetencje i redakcja-instytucja. Za blogerem przemawiają tylko jego kompetencje. Blogera, dziennikarza obywatelskiego nie pytamy o certyfikaty.

Zmienia się to, na jakiej podstawie pokładamy w kimś zaufanie. Kiedyś można było zdać się na Wydawców, Krytyków i Tradycyjne Media. Teraz ciężar weryfikacji leży głównie po naszej stronie, co nie jest komfortowe i wymaga wysiłku. Tym łatwiej ulec pokusie bezrefleksyjnego polegania na nowych pośrednikach, chociaż coraz więcej przemawia za tym, żeby traktować ich z podejrzliwością.

W świecie kultury bez pośredników raczej nie obudzimy się ani jutro, ani pojutrze. Za to korzystać z większej samodzielności w wybieraniu sobie tych, którym chcemy zaufać, możemy już dziś. O ile poświęcimy na to swój czas i uwagę. Inaczej pozostanie nam sięgnąć po leżącą na półce na wyciągnięcie ręki gazetę lub pierwszy wynik w wyszukiwarce.

*W tekście nawiązuję do analizy pojęcia “autorytet” przeprowadzonej przez Józefa M. Bocheńskiego.