To co, składamy się?

Chciałem, nawiązując do tekstu Patricka Husseya How is crowdfunding changing culture?, pisać o tym, czy nowe technologie rzeczywiście są dobre dla sztuki. Ale przeczytałem nowy wpis na blogu Kultura 2.0 gdzie Alek Tarkowski też pisze o crowdfundingu. Jego tekst Crowdfunding zrzuca skórę jest utrzymany w tonie nostalgiczno-krytycznym, a mój entuzjazm wobec finansowania społecznościowego mimo to nie słabnie. Właściwie dlaczego?

Entuzjazmowi dawałem wyraz jakiś czas temu, pora zastanowić się nad jego podstawami. Nie wchodząc w mnogość definicji, dla mnie interesujące w crowdfundingu jest to, że wiele osób z różnych miejsc może w łatwy sposób za pośrednictwem internetu współfinansować dany projekt. W tym modelu możliwe jest osiągnięcie zakładanego poziomu finansowania przy niewielkim zaangażowaniu każdej z osób.

Jakie to daje szanse kulturze? Uderzając od razu w wysokie tony, crowdfunding daje szansę na nową formę finansowania projektów kulturalnych. Nie granty, nie umowy sponsorskie, tylko prawdziwie demokratyczny (wspominałem o wysokich tonach?) sposób pozyskania środków na realizację projektu. Był mecenat religijny, był i jest państwowy, są mechanizmy rynkowe, a crowdfunding to szansa na mecenat demokratyczny, a może nawet anarchistyczny (w tym sensie, że w grę wchodzą tu wyłącznie autonomiczne decyzje jednostek).

No tak, ale czy z tym samym sposobem finansowania nie mamy do czynienia, gdy ludzie po prostu płacą za bilet na koncert lub kupują książkę? Nie do końca, bo crowdfunding pozwala odbiorcy na finansowanie projektu przed jego realizacją. To także szansa dla kultury. Możliwość zdobycia środków na takie projekty, które licząc na inne źródła finansowania nie doczekałyby się realizacji.

Idąc dalej, finansowanie społecznościowe to szansa dla wszelkich kulturalnych nisz. Przedsięwzięcia które wymykają się logice grantów, które nie wzbudzają zaufania partnerów biznesowych mogą pozyskać grupę osób zainteresowanych danym tematem. Osób gotowych wydać swoje pieniądze na projekt. Dzięki internetowi grupę na tyle liczną, by zebrać kwotę pozwalającą na realizację przedsięwzięcia.

O ile ktoś już tego nie zrobił, warto byłoby odnieść do finansowania społecznościowego koncepcję długiego ogona. Tutaj podobnie jak w sprzedaży przez sieć: nie ma tak niszowego produktu, który nie znalazłaby swoich odbiorców/nabywców.

Weźmy, dość zwariowany, pomysł napisania przez fana książki o filozofii w powieściach Philipa K. Dicka. Czy jest program grantowy, który wspiera tropienie wątków gnostyckich i rozważania epistemologiczne wokół dorobku literackiego amerykańskiego pisarza science-fiction? Raczej nie. Czy z takim pomysłem warto starać się o stypendium literackie? A może znajdzie się wydawnictwo, które zainwestuje w ten niewątpliwy bestseller? Nie sądzę. Za to jestem przekonany, że ten pomysł zaintryguje fanów Philipa K. Dicka i zapłacą za to, żeby takie dzieło powstało. Skąd ta pewność? Stąd, że na mojej półce stoi książka „Bóg w sprayu. Filozofia według Philipa K. Dicka”.

Dowolnie niszowe i osobliwe zjawisko znajdzie w internecie swoją społeczność. Prawdopodobnie część tej społeczności będzie gotowa pielęgnować swoją niszę także poprzez finansowanie projektów. To daje niezależne od polityki kulturalnej i trendów rynkowych narzędzie pozyskiwania środków. Przy czym te prawidłowości nie stosują się tylko do kultur fanowskich i miłośników popkultury. W równym stopniu dotyczy to miłośników historii wojskowości, muzyki dojrzałego baroku w Niemczech, średniowiecznej filozofii arabskiej, Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia, sztuki konceptualnej….

Relacja społeczności i finansowania społecznościowego jest bardziej złożona. To nie tylko dodanie do zaangażowania fanów/miłośników wymiaru ekonomicznego.  Jak zauważa, czy też przypomina, Alek Tarkowski, samo finansowanie jako proces może być mniej lub bardziej uspołecznione. Dodatkowo, wspólne finansowanie może wzmacniać społeczność. Może również, i to kolejna szansa dla kultury, być wręcz narzędziem tworzenia nowych społeczności wokół projektów.

No dobrze, powie ktoś, a jeśli w tym całym crowdfundingu nie ma nic nowego? Przecież przed internetem istniały dobrowolne składki, przedpłaty, zbiórki publiczne.  Sprawa nie jest taka prosta, o czym więcej w następnym wpisie (który będzie poświęcony także ograniczeniom stosowania crowdfundingu w kulturze). Choćby tylko finansowanie społecznościowe było nową nazwą starych mechanizmów, to i tak sama dyskusja wokół crowdfundingu jest szansą dla kultury.

Dlatego, że otwiera na myślenie o alternatywnych sposobach finansowania. O wyrwaniu się z kręgu dotacji publicznych i transakcji rynkowych. Nawet jeśli tylko przypomnimy sobie, że czasami aby zrealizować projekt, wystarczy się na niego po prostu złożyć – to będzie ożywcze.

2 comments

  1. Marcin Niewęgłowski

    Podobnie jak u Ciebie, także i u mnie nie zmalał entuzjazm, jakim darzę crowdfunding. Także miałem możliwość zapoznania się z tekstem Ala i jak mu napisałem w komentarzu, największym problemem nie są kwestie legislacyjne. Są oczywiście niezwykle ważne i należy je uprościć. Jednak są możliwości, na pewno kreatywne :), jego rozwoju z takim ustawodawstwem, czego najlepszym przykładem jest rozwój portalów: Polak Potrafi oraz ostatnio uruchomiony Beesfund. W Polsce jest przede wszystkim potrzebna wieloletnia akcja edukacyjna na tego rodzaju tematy oraz podniesienie kapitału społecznego. Bez tego wszelkie innowacyjne rozwiązania spalą na panewce. Zresztą jak wiesz – w crowdfundingu bardzo ważne jest ZAUFANIE dwóch stron, aby projekty mogły się ziścić. Przykład książki mojego kolegi Maćka (tego od „Boga w spraju”) to potwierdza.