Archiwum Widowni
Widownię zamknąłem w 2018 roku. Przeglądasz zarchiwizowaną wersję bloga. Wpisy są nadal dostępne.
Jeśli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, zajrzyj na stronę slawomirczarnecki.pl
Widownię zamknąłem w 2018 roku. Przeglądasz zarchiwizowaną wersję bloga. Wpisy są nadal dostępne.
Jeśli chcesz wiedzieć, co u mnie słychać, zajrzyj na stronę slawomirczarnecki.pl
„A jeśli marketing nie ma sensu?”. Clickbaitowy tytuł wpisu, prawda? Ale przede wszystkim, z powagą zadane pytanie. Jeśli tak, to pewnie się zastanawiasz: Co mi się stało? No właśnie. Od lat zajmuję się promocją kultury, napisałem o tym książkę, mam swój udział w konferencji Marketing w kulturze. I teraz co? Przeczytałem publikację Anny Gizy o społecznej historii marketingu i rzucę wszystko, czym się dotąd zajmowałem? Czy może nadal będę pracował nie widząc sensu swojej pracy? (Ale koszmar). Czytaj dalej
Marketing jest zjawiskiem społecznym i historycznym. Powstał w określonych warunkach, w konkretnym miejscu i czasie. W Stanach Zjednoczonych w XX wieku. Czy to ma konsekwencje? Ogromne. Czytaj dalej
Na blogu Książki na ostro ukazał się ostry tekst o festiwalach literackich i promocji czytelnictwa. Dobrze, bo wokół „promocji czytelnictwa” jest tyle zamieszania, że trzeba o tym dyskutować, i to stanowczo. Od dawna sobie obiecuję, że się za to wezmę na Widowni, ale temat przytłacza tak bardzo, że pozostaję na etapie snucia ambitnych planów. Chcę na przykład wypisać z książki „Szwecja czyta. Polska czyta” wszystkie podawane tam wyjaśnienia, dlaczego Szwecja czyta, a Polska raczej nie czyta. I przyjrzeć się mocy tych wyjaśnień. Dużo pracy, ale podobno jak się publicznie wyrazi jakieś postanowienie, to łatwiej je dotrzymać. Podobno.
Wracając do wpisu „Święto literatury? Coraz bardziej wątpię”, tu zadanie będzie łatwiejsze. Podzielę się kilkoma szybkimi komentarzami do wybranych stwierdzeń autorki (która, nawiasem mówiąc, skradła moje serce czyniąc osią tekstu ponumerowaną listę tez). Paulina Małochleb pisze:
Święto festiwalowe zawsze musi kręcić się wokół jakiegoś problemu, a zatem najczęściej wybiera się książki ważne społecznie, poruszające „palącą kwestię”, „łamiące tabu” – zatem temat określa wartość. Dyskusja dotyczy książek ważnych, a nie książek dobrych.
Edukacja kulturowa! I artystyczna, nie zapominajmy o artystycznej!! Promocja czytelnictwa. Więcej środków na konkursy grantowe. Ustawa o jednolitej cenie książki.
To na pewno zwiększy uczestnictwo w kulturze. Podniesie poziom czytelnictwa. Rozwiąże problem, a problem to: słaba edukacja, za mało promocji, brak kampanii społecznych, cherlawy rynek książki…
A jeśli, gdy pomyśleć fundamentalnie i dalekowzrocznie, problem i jego rozwiązanie są gdzie indziej? Kiedyś mnie to uderzyło, męczyło potem przez jakiś czas, a teraz wraca z całą mocą. Przez fragment książki Tomasza Szlendaka i Krzysztofa Olechnickiego Nowe praktyki kulturalne Polaków.
Stwierdzono, że istnieje silny związek między niskim stopniem zaangażowania w wybrane praktyki kulturowe (np. czytanie, odwiedzanie muzeów, twórczość) a wysokim stopniem nierówności społecznej. Mówiąc inaczej, tam gdzie nie ma spójności społecznej, tam strefa kultury nie ma się nazbyt dobrze i ucieka w rejony najprostszego wspólnego mianownika (np. dance, disco, popu, kiczu i cekinów). Im większy dystans między jedną piątą najbogatszych mieszkańców państwa a jedną piątą najbiedniejszych, tym sfera kultury ma się gorzej. (s. 51)
Czytanie książek jeszcze mocniej wiąże się z nierównościami społecznymi. Im większa rozpiętość dochodów w danym kraju, tym mniej osób czyta literaturę. (s. 52)
Silny związek. To nie znaczy „jedyna przyczyna” niskiego poziomu uczestnictwa w kulturze.
Ale wystarczy do sformułowania postulatu, w myśl którego każda dyskusja o uczestnictwie w kulturze powinna odnosić się również do ogólnych kwestii spójności społecznej. Edukacja, promocja, zmiana prawa, zwiększanie nakładów na kulturę – nie wystarczą. Kluczem jest kondycja społeczeństwa. Rozmawiać o kulturze, to także rozmawiać o nierównościach społecznych. Nie tylko o tym, jak „poprawić funkcjonowanie sektora kultury”, czy „zachęcić Polaków do większej aktywności kulturalnej”.
Zależy Tobie na zwiększeniu uczestnictwa w kulturze? Walcz o przestrzeganie praw pracowniczych. Popieraj rozwiązania na rzecz sprawiedliwej redystrybucji dochodów. Przyglądaj się nowym pomysłom, na przykład koncepcji dochodu podstawowego.
Konsekwentna polityka kulturalna jest przede wszystkim polityką.
Od pewnego czasu na blogu nie pojawiają się nowe wpisy.
Ale jestem aktywny na Facebooku i na Twitterze.
Jeżeli (w końcu) opublikuję nową notkę, na pewno poinformuję o tym w newsletterze (zapisy na dole strony).
Dziękuję za uwagę, wracam do przerwy.

By new versión by ebnz – Praca własna Ta grafika wektorowa została stworzona za pomocą programu Inkscape., CC BY 2.5,
Pamiętam dokładnie, kiedy to się stało. Jesienny wieczór. Sopot. Przyciemnione światła, piękny widok na zatokę, sala pełna ludzi. Przegląd najlepszych kampanii reklamowych i PR-owych, które zdobyły nagrody na Festiwalu Reklamy w Cannes. Czytaj dalej
Spacerowałem ostatnio. W Lublinie. I przy Centrum Spotkania Kultur natrafiłem na tablicę z opisem linii programowych tej nowej instytucji kultury. Tablica była solidnie zahashtagowana.
Spis został przygotowany z pomocą czytelników Widowni. Lista nie jest zamknięta, uzupełnienia mile widziane. Czytaj dalej
Dzisiaj Światowy Dzień Filozofii. Z tej okazji po raz trzeci dzielę się, ważnym dla mnie, cytatem filozofa. Tak jak w poprzednich latach (Jak wyznaczać sobie cele i planować przyszłość oraz Nie mam zaufania do ludzi ambitnych) autorem jest Władysław Tatarkiewicz.
Oto co filozof ma do powiedzenia o stylu jasnym i prostym oraz stylu ciemnym i zawiłym. Jego zalecenia mogą być pomocne zarówno przy pisaniu, jak i czytaniu tekstów o kulturze. Czytaj dalej
Plakat teatralny jako sztuka? Tak.
Plakat teatralny jako narzędzie promocji? Nie wiem. To zależy. Niekoniecznie.
Tak w skrócie można podsumować poprzedni wpis. A teraz pójdźmy dalej i zastanówmy się, dlaczego – mimo uzasadnionych wątpliwości – plakatowanie nadal jest popularne? Dlaczego łatwiej uzyskać na nie środki i cieszy się ono większą aprobatą niż np. reklama internetowa? Czytaj dalej
Plakaty i afisze teatralne mają długą i piękną tradycję. Plakaty teatralne to sztuka. Ale czy plakaty sprzedają? Czy to dobry sposób na promocję spektaklu, zapełnienie widowni? Kiedy warto plakatować?
To fascynujący temat dla osób z działów promocji teatrów. Ale i pozostałych może zainteresować, bo, jak się przekonacie, plakat teatralny to dobry pretekst do rozmowy o marketingu kultury i o strategii. Czytaj dalej
W wywiadzie z Pawłem Potoroczynem, dyrektorem Instytutu Adama Mickiewicza padają takie zdania:
„W IAM obowiązuje zakaz używania słowa „promocja”. Promocja kojarzy się z przecenami w hipermarkecie. My nie mamy przecenionych produktów. Dziś termin „promocja” kojarzy się albo z krótkim okresem przydatności do spożycia, albo z propagandą. „Promocja” już niczego nie sprzedaje, bo rozgarnięta część publiczności – ta, do której aspirujemy – jest immunizowana na propagandę, umie ją błyskawicznie wytropić, odrzucić i już nigdy nie wrócić do natrętnego promotora.” Czytaj dalej
Zdarza Wam się czytać w autobusie w drodze do pracy? Nie tylko Wam. W publikacji Kultura miejska w Polsce z perspektywy interdyscyplinarnych badań jakościowych z 2010 roku autorzy piszą o nowych rodzajach aktywności kulturalnej:
Aktywność kulturalna coraz częściej przenosi się do środków transportu, bywa coraz częściej transportowa – odbywa się w tramwajach, pociągach, autobusach, po drodze na piechotę do szkoły albo do pracy. Niemal wszyscy dysponują odtwarzaczami mp3, wielu ma mp4 lub laptopy, na których oglądają w pociągach filmy. (…) Czyta się dojeżdżając do pracy (…) W samochodach słucha się książek.
Ludzie rozmawiają o Twojej marce w mediach społecznościowych. W social media chodzi o relacje, nie informowanie. Komunikując się w mediach społecznościowych nie bądź wyłącznie nadawcą, słuchaj, rozmawiaj. Poznaj swojego odbiorcę, sprawdź dlaczego ludzie korzystają z Twojej oferty? Ludzie lubią dzielić się treściami w mediach społecznościowych.
I tak dalej. I tak dalej. Czasem traktujemy te prawdy jako oczywistości, niegodne uwagi. Przecież to wiadomo, po co się nad tym zastanawiać, jest tyle innych rzeczy do zrobienia. Albo myślimy sobie: wszystko prawda, ale to nie przystaje do tego, czym ja się zajmuję. Może i ludzie wrzucają na Instagrama foty produktów, robią selfie na imprezach, ale to nie dotyczy wyjścia do teatru. Czytaj dalej
Pojęcie „styl życia” funkcjonuje od dawna w naukach społecznych. Służy opisowi, na przykład, dla Andrzeja Tyszki (definicje podaję za słownikiem Obserwatorium Żywej Kultury) to „kulturowo uwarunkowany stopień i sposób zaspokajania potrzeb i realizowania aspiracji za pomocą możliwości i prerogatyw wynikających z zajmowanej pozycji ekonomicznej i społecznej” (1971), według Andrzeja Sicińskiego „zakres i formy codziennych zachowań jednostek lub grup, specyficzne dla ich usytuowania społecznego, tzn. manifestujące położenie społeczne oraz postrzegane jako charakterystyczne dla tego położenia, a dzięki temu umożliwiające szeroko rozumianą społeczną lokalizację innych ludzi” (1976), a dla Barbary Fatygi „kulturowo uwarunkowany sposób realizacji potrzeb, nawyków i norm” (2010). Jak widać, pojęcie naukowe, dalekie od codziennego życia. Czytaj dalej
W ciekawym i wielowątkowym wywiadzie z Małgorzatą Omilanowską znalazło się nieco miejsca dla tematu promocji kultury. To cieszy, choć radość jest przyćmiona smutkiem. Bo temat został potraktowany stereotypowo, a funkcja promocji zrozumiana dość wąsko.
Już w samym pytaniu, które wywołuje temat, widzimy silne założenie. Postawienie znaku równości między działaniami promocyjnymi, a urynkowieniem kultury. Czytaj dalej
Jak zatrzymać spadkowy trend w czytelnictwie? Właśnie poznałem jeden ze sposobów. Trzeba napisać, że spadkowy trend w czytelnictwie został zatrzymany.
Kilka dni temu świat (osób zainteresowanych czytelnictwem w Polsce) obiegła wiadomość na temat wyników badania „Stan czytelnictwa w Polsce w 2014 roku”. Dokładniej, ta wiadomość dotyczyła jednocześnie wyników badania i efektów realizacji Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa 2014 – 2020. Czytaj dalej
Gameplay. Ktoś nagrywa to, jak gra w grę, wrzuca na You Tuba i ludzie potem oglądają. Bez sensu. Jak można, zamiast grać, oglądać jak ktoś gra?
Tak sobie myślałem, nie ja jeden, biorąc niedawno udział w rozmowie na temat tych dziwnych praktyk. Dzieci i młodzież tak robią, może dla nich to atrakcyjne – przytakiwaliśmy zgodnie – ale dla nas kompletnie niezrozumiałe. My się tak nie zachowujemy. Czytaj dalej
Czytam książkę „Twitter – sukces komunikacji w 140 znakach” @ErykMistewicz. Na wstępie autor rozprawia się z mitami. W odpowiedzi na tezę „Twitter prymitywizuje obraz świata” pisze:
„Słyszę to bardzo często od ludzi, którzy Twittera nie widzieli. Słysząc o 14o znakach, myślą o tym, jak wielkie to ograniczenie dla wyrażenia całej palety barw otaczającego świata, doznań, wydarzeń.
Cóż, nieprawda. Wszystkie najważniejsze zdania, sentencje, zasady, normy, mieszczą się w 140 znakach. Od Cycerona do Martina Luthera Kinga. Proszę sprawdzić!”
Cóż, bzdura.
Już gdzieś coś podobnego słyszałem. Ali Jafari z Twittera mówił o tym na Infoshare. Efektowne slajdy ze sławnymi cytatami mieszczącymi się w 140 znakach były w porządku. W prezentacji wiceprezesa ds. sprzedaży bezpośredniej Twittera w Europie.
Od rzetelnej książki na temat mediów społecznościowych oczekuję więcej. Na różne sposoby można odpierać zarzut o prymitywizowaniu obrazu świata, ale nie trzeba w tym celu sugerować, że 140 znaków nie jest ograniczeniem dla wyrażenia myśli. Jest.
Tak, to „wielkie ograniczenie dla wyrażenia całej palety barw otaczającego świata, doznań, wydarzeń.” Zaprzeczanie temu jest szkodliwe, bo sugeruje, że krótki tekst wystarczy do czegokolwiek poza zasygnalizowaniem, podsumowaniem, tak czy inaczej, odesłaniem do obszerniejszego materiału. Zdanie może być krótkie, ale żeby zrozumieć jego sens trzeba przeczytać o wiele więcej niż 140 znaków.
Przyjmijmy nawet, że „wszystkie najważniejsze zdania, sentencje, zasady, normy mieszczą się w 140 znakach.” I co z tego?
Kant: „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”. (50 znaków).
Żeby to zdanie zrozumieć, trzeba przeczytać, nawet jeśli nie Kanta (mam dla Was litość), to chociaż rozdział z „Historii Filozofii” Tatarkiewicza. Więcej niż 140 znaków. Zresztą, to zdanie w pełnym brzmieniu nie zmieściłoby się na Twitterze: „Dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym i wzmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej się nad nimi zastanawiamy: niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie.”
Wittgenstein: „Granice mego języka oznaczają granice mego świata.” (50 znaków).
Mimo, że „Tractatus logico-philosophicus” jest jednym z najbardziej zwięzłych tekstów filozoficznych w historii, to i tak sens tego cytatu pozostaje niejasny bez przeczytania całości. [Na marginesie, jeśli nie mieliście jeszcze okazji, to gorąco zachęcam do lektury Traktatu. Oszałamiający, przenikliwy, głęboki i jasny zarazem. Nawet przed chwilą, gdy zajrzałem w poszukiwaniu cytatu, ciarki przechodziły mi po plecach.]
Nietzsche: „Bóg umarł.” (10 znaków). O jakie zwięzłe, może Eryk Mistewicz ma rację? Niestety, żeby poznać pierwotny kontekst tego oświadczenia, trzeba sięgnąć nawet nie do jednego, a do kilku dzieł Nietzschego, a wszędzie „Bóg umarł” jest częścią szerszej wypowiedzi. No, a żeby tezę o śmierci Boga zrozumieć, to trzeba się naprawdę sporo naczytać.
Cyceron: „O, czasy! O, obyczaje!” (22 znaki). Ale „Mowy przeciwko Katylinie” zdecydowanie dłuższe.
Martin Luther King: „Miałem sen, iż pewnego dnia ten naród powstanie, aby żyć wedle prawdziwego znaczenia swego credo: „uważamy za prawdę oczywistą, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi”. (173 znaki, w oryginale 171). Zdanie może i mieści się w 140 znakach, ale…. oh, wait!
Dobrze się bawię, szukając tych cytatów, ale wróćmy do Twittera.
Nie ma sensu zachwalanie tego narzędzia kosztem ignorowania jego ograniczeń. Więcej szkody niż pożytku z takiego gloryfikowania, w miejsce trzeźwej oceny.
A jeśli chcecie przeczytać sensowną refleksję na temat tego, do czego Twitter się nadaje, a do czego nie, zajrzyjcie na przykład do tego wpisu Alka Tarkowskiego. Tam przynajmniej znajdziecie punkt zaczepienia do rzeczowej dyskusji.
Internet. Fantastyczne źródło wartościowych informacji i opinii o książkach. Przestrzeń, w której każdy może się wypowiedzieć. Szansa na ciekawe dyskusje o ulubionych autorach. Możliwości odkrywania nowych lektur.
Internet. Wielki śmietnik, w którym obok siebie znajdują się profesjonalne recenzje i subiektywne opinie o książkach pisane przez amatorów. Przestrzeń, w której każdy może się wypowiedzieć. Powierzchowne dyskusje o pisarzach. Trudno tu znaleźć coś nowego.
Która z tych opowieści o internecie jest prawdziwa? Obydwie. I żadna z nich. Bo, w pewnym zakresie, to jaka będzie nasza sieć, zależy od nas. Chcę Was przekonać do tego, że internet dla zapalonego czytelnika może bliższy pierwszemu opisowi.
Ale będzie to wymagało – przynajmniej na początku – sporo wysiłku. Tym, co nas zniechęca do szukania wartościowych informacji o książkach w internecie jest nadmiar treści, trudność w odróżnieniu tekstów dobrych od złych, no i notki wydawcy. Wszechobecne, zaludniające listę wyników wyszukiwania, powielane setki razy, opisy książki przygotowane przez wydawcę.
A my musimy pójść głębiej. Przebić się przez notki i przez opinie sprowadzające się do okrzyków: „słabe”, „super”. Nauczyć się szybko weryfikować napotkane treści. Filtrować. A w tym mogą nam pomóc blogi, serwisy społecznościowe i programy.
W tym miejscu najlepiej byłoby wymienić „5 najlepszych blogów o książkach” lub „3 aplikacje rekomendujące książki, które musisz mieć”. Ale nie tak to działa, każdy z nas ma inne potrzeby, inne zainteresowania i dlatego jest skazany nas samodzielne stworzenie sobie zestawu źródeł, który będzie dla niego najlepszy.
To tak, jakby zamiast kupić w kiosku jeden magazyn „o książkach”, stworzyć samodzielnie różne magazyny (zbierające teksty z wielu źródeł). Inny dla „najnowszego science-fiction w nurcie cyberpunkowym”, inny dla „książek o socjologii internetu”, „klasycznych dystopii”, „filozoficznych książek dla dzieci” i cokolwiek Was interesuje, jakakolwiek jest Wasza nisza.
Dlatego jedyne co mogę zrobić, to podzielić się swoim doświadczeniem i zachęcić do samodzielnych poszukiwać. Eksperymentowania i stworzenia własnej konfiguracji. Słownikowo konfiguracja to ustawienie parametrów potrzebnych do pracy programu komputerowego lub urządzenia połączonego z komputerem. Ale o konfigurowaniu można także myśleć jako o aktywności związanej z uczestnictwem w kulturze. W tym przypadku ustawiamy parametry naszych komputerów, programów, potrzebne do satysfakcjonującego kontaktu z kulturą. Jeśli ich nie ustawimy, internet pozostanie śmietnikiem. Wysiłek włożony w konfigurację zwróci się w postaci dostępu do dobrych tekstów o książkach.
Na przykład takich, które powstają na blogach książkowych. Blogi o książkach pisane są zarówno przez zawodowych krytyków literackich, jak i czytelników-amatorów. Można na nich znaleźć klasyczne recenzje i osobiste przemyślenia, tylko inspirowane lekturą. Takich blogów jest bardzo dużo, bardzo różnych. Nie pozostaje nic innego, jak wybrać te, które nam odpowiadają i stworzyć własną listę.
Te, które spełnią wybrane przez nas kryteria, najlepiej dodać do naszego magazynu o książkach, który możemy stworzyć z pomocą systemu RSS. Brzmi groźnie, ale chodzi o to, żebyśmy mogli dowiadywać się o nowych tekstach na blogach bez konieczności ich odwiedzania tylko po to, żeby sprawdzić, czy jest na nich coś nowego. Takie powiadomienia (zawierające datę dodania, tytuł i fragment tekstu) mogą być widoczne nawet bezpośrednio w pasku naszej przeglądarki internetowej, możemy też skorzystać z któregoś z programów do zarządzania takimi powiadomieniami, na przykład Feedly.
Dobrym źródłem poznawania opinii o książkach są serwisy społecznościowe poświęcone wyłącznie literaturze, takie jak polskie Lubimyczytać.pl, czy, największy na świecie, serwis Goodreads. Mini recenzje zamieszczane tam przez użytkowników pomagają w rozeznaniu „czy warto tę książkę przeczytać” o wiele lepiej niż notki wydawcy. No i można w tych serwisach odnaleźć także swoich znajomych, także tych, z którymi mamy rzadziej kontakt, a których opinię cenimy.
Znajomi to świetne źródło książkowych rekomendacji. A gdyby tak jeszcze wiedzieć na bieżąco, co polecają nasi ulubieni pisarze? Jest to wiedza łatwa do zdobycia, o ile są to autorzy aktywni na Twitterze. W tym serwisie społecznościowym użytkownicy zamieszczają krótkie informacje, często z linkami. Tak jak wszędzie w sieci, treści jest dużo i trudno samemu wyłuskiwać te, które dotyczą na przykład książek. Na szczęście jest program, który nas wyręczy. BookVibe przeszukuje treści zamieszczane na Twitterze przez osoby, które obserwujemy (w moim przypadku oprócz znajomych, to także kilku pisarzy) i powiadamia nas poprzez e-mail, gdy wspominają o książkach wartych uwagi. Dodatkowo może przesyłać nam na skrzynkę cotygodniowe informacje o książkach z interesujących nas gatunków, o których najczęściej wspomina się na Twitterze.
Zachęcam do własnych poszukiwań blogów, serwisów i programów. Konfiguracji internetu przyjaznego czytelnikowi. Pamiętając, że mimo całej tej technologii, nadal chodzi o osoby i ich opinie o książkach.
—
Tekst pochodzi z magazynu „Bibliocamp”, zachęcam do lektury pozostałych artykułów i wywiadów, znajdziecie tam, między innymi, wywiad z Wojtkiem Mazolewskim na temat tworzenia muzyki do audiobooków.
Wpis mogłem opublikować bez przeszkód dzięki licencji Creative Commons (CC-BY-SA 4.0), na której udostępniono treść magazynu.
Bibliocamp to projekt Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku, partnerem merytorycznym projektu jest Instytut Kultury Miejskiej (w którym pracuję).
Dziś obchodzimy Światowy Dzień Filozofii. Dlatego na Widowni, podobnie jak rok temu, lekka kontra wobec – pleniących się w sieci – tekstów o stawianiu sobie ambitnych celów. Zapraszam na krótki trening kariery, w filozoficznym stylu. Kilka zdań wypisanych ze wspomnień Władysława Tatarkiewicza:
„Nie mam zaufania do ludzi ambitnych, niechętnie jestem usposobiony do a m b i c j i.
Nie odpowiada to mym upodobaniom i przekonaniom. Myślę, że ambicja ma tendencje, by stać się wygórowaną, a wygórowana ambicja paczy i utrudnia życie. Jest korzystna dla rzadkich ludzi, w rzadkich wypadkach. Jest niebezpieczna, zarówno z hedonicznego, jak z moralnego punktu widzenia. Z moralnego dlatego, że łatwo wchodzi w kolizję z podstawową zasadą: leben und leben lassen. Z hedonicznego dlatego, że ambitny stwarza sobie łatwo wrogów.
Nie miałem zwłaszcza tej ambicji, by to, co robię, robić d o s k o n a l e. Ani zwłaszcza: robić l e p i e j o d i n n y c h. Natomiast jak najbardziej zależało mi na tym, bym swoje r o b i ł d o b r z e.”
–
Teresa i Władysław Tatarkiewiczowie, Wspomnienia, Zysk i S-ka Wydawnictwo, 2011, s. 246.
Podręczny zestaw prawd, przyda się w dowolnej dyskusji na temat wpływu internetu na kulturę. Oszczędzi rozczarowań. Sprawi, że będziemy mniej zaskoczeni, na przykład logiką działania Facebooka (nawiązując do poprzedniego wpisu).
Misją Facebooka jest „uczynić świat bardziej otwartym i połączonym”, Starbucks pragnie „inspirować i rozwijać ludzi – w każdej chwili”, Google postanowił „uporządkować światowe zasoby informacji, tak by stały się powszechnie dostępne i użyteczne”, a Procter & Gamble chce „poprawić jakość życia konsumentów na całym świecie”. Bardzo szlachetnie, ale wiecie sami…
To jest być może prawda, która wyjaśnia wszystko. Wszystko. Zapewne sporo dzieł sztuki powstało, by zyskać uznanie. I dzięki tej potrzebie działa Instagram i kilka innych aplikacji.
I ten wizerunek ma tendencje do rozmijania się z rzeczywistością (o ile istnieje, niezależna od odgrywanych ról, “prawda o nas samych”).
Pragnienie uznania i tworzenie wizerunku są powiązane i napędzają życie społeczne. To, które toczy się w mediach społecznościowych również.
Pomyślcie o tym, gdy załamiecie ręce nad zdjęciem kotka na Facebooku, które zebrało więcej lajków niż cytat z Schopenhauera (chociaż on akurat nieźle sobie radzi w sieci). Lub gdy będziecie linkować do artykułu na temat wyników badań, dzięki którym odkryto, że ludzie częściej wybierają rozrywkę niż sztukę i chętniej słuchają popu niż muzyki klasycznej.
To cztery prawdy na początek. Co byście dodali?
„Nowa widownia” w trasie. Był Lublin, teraz czas na Bytom.
Jak promować kulturę w czasach szybkiej, internetowej komunikacji? A może kultura i sztuka, tak jak ją dotychczas rozumieliśmy, straciła dla współczesnego odbiorcy znaczenie? Zastanowimy się nad tym wspólnie.
Zapraszam. Do zobaczenia!
Miejsce: Bytomskie Centrum Kultury, ul. Żeromskiego 27
Data: 27 października, poniedziałek, godz. 11.00
Link do wydarzenia na Facebooku.
Informacja na stronie BECEKu: http://becek.pl/
Spotkanie jest częścią projektu “Nowa widownia” realizowanego w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Patronat medialny nad przedsięwzięciem objął portal Platforma Kultury.
autor: Michał Łuczak, źródło: profil MIK Kraków na Flickr, licencja: CC BY-NC-ND 2.0
Też chciałbym wiedzieć. Bo Facebook coraz gorszy, dużo się zresztą o tym pisze na Facebooku. Diaspora się nie udała, może Ello się przyjmie, ale pewnie nie. A na Google+, ha ha, to nikogo nie ma. Zresztą teraz to raczej na Instagramie wszyscy siedzą, a i trzeba tego Snapchata sprawdzić. Może Tumblra założyć, jeśli o obrazkach mowa? Jeszcze Twitter bardzo fajny, taki wiecie, elitarny i merytoryczny (jeśli zapomni się na chwilę o fanach Justina Biebera). Ale też ma być więcej reklam i filtrowanie treści. Co robić?
Gdyby jeszcze chodziło o indywidualną obecność w sieci (nie piszę: “prywatną”, bo prywatności w internecie coraz mniej) to pół biedy. Gorzej, gdy chcemy zaprząc media społecznościowe do promocji naszych działań. Nawet jeśli nie wydamy ani złotówki na reklamę, to i tak płacimy. Własnym czasem, uwagą, zaangażowaniem.
Na dodatek wszystko pędzi coraz szybciej, powstają nowe serwisy, zmieniają się algorytmy w starych. Dodawać zdjęcia do statusów? A może tylko tekst? Linki zewnętrzne czy wewnątrz serwisu lepsze? Kto by się w tym wszystkim połapał.
Dlatego podoba mi się podejście Marcina Wilkowskiego, który, w notce „Facebook i instytucje kultury” podsumowuje swoje wystąpienia na spotkaniu TechKlubu Lublin i zbiera krytyczne uwagi na temat Facebooka oraz proponuje przeniesienie zaangażowania na inne aktywności w sieci. (Najlepiej teraz przeczytać tę notkę, bo poniżej będę się do niej często odnosił).
Im więcej świadomych wyborów w promocji naszej działalności, tym lepiej. I to nie tylko w odniesieniu do Facebooka, ale szerzej, mediów społecznościowych i całej sieci.
Dlatego pójdę dalej ścieżką wskazaną przez Marcina Wilkowskiego. Na początek zaproponuję podział na trzy poziomy, na których możemy oceniać przydatność danego serwisu społecznościowego dla promocji naszych działań. Potem zatrzymam się na moment przy funkcjach mediów społecznościowych. Na koniec przypomnę o istocie naszej obecności w tych mediach, bo to rzeczach zasadniczych warto pamiętać, nawet gdy jesteśmy bardzo zajęci analizą kapryśnych zasad rządzących widocznością wpisu na fejsie.
W tekście Marcina Wilkowskiego znajdziecie sześć argumentów, które przemawiają na niekorzyść Facebooka. Im dłużej się im przyglądałem, tym bardziej czułem potrzebę szukania zestawu kryteriów, które pozwolą na ocenę przydatności każdego serwisu. Tak, żebyśmy mogli sprawnie przepytać kandydata na nasz kanał komunikacji. Zda albo nie zda.
Zastanawiałem się też nad tym „… i instytucje kultury” w tytule notki. Czy jest coś wyjątkowego w ocenie przydatności narzędzi komunikacji akurat dla instytucji kultury? Okazuje się, że jest.
Gdy oceniamy kanał komunikacji, medium społecznościowe, możemy przeprowadzić krytykę na trzech poziomach:
Krytyka narzędziowa i strategiczna jest wspólna dla kultury i każdej innej branży. Nie ma tu różnicy w sposobie oceny. Wyjątkowość komunikacji w kulturze zaczyna się na trzecim poziomie, gdzie przechodzimy od oceny pragmatycznej do oceny ideowej.
To na przykład argument z „niskiego natywnego zasięgu informacji publikowanych na stronach fanowskich (polityka reklamowa Facebooka).”
Jeżeli stan, w którym nasze statusy będzie widziało kilka procent osób, które polubiły nasz profil, będzie się utrzymywał, to ich pisanie po prostu straci sens. I to niezależnie od przyjętej strategii komunikacji.
Ale z drugiej strony (uwielbiam tez zwrot), nawet na tym poziomie można bronić dalszej przydatności Facebooka. Bo może statusy sens mają nikły, ale za to np. w wydarzeniach nadal tkwi potencjał. O ile osoby, które zaprosimy będą zapraszać swoich znajomych, a tego polityka reklamowa Facebooka na razie nie ograniczyła.
To jest poziom, na którym zadajemy sobie najniebezpieczniejsze na świecie pytanie, czyli: po co? W zależności od odpowiedzi Facebook może być lub nie być dla nas nadal dobrym narzędziem.
Na przykład tu mieści się taki argument przeciw: „oprogramowanie i interfejs Facebooka formatuje sposób wypowiedzi i publikowane treści – ile da się powiedzieć za pomocą fotografii czy grafik (preferowanych na streamie)?”.
Niewiele, ale czy my chcemy coś do ludzi na Facebooku mówić? A może pragniemy tylko podtrzymywać kontakt, nie tyle mówić, czy rozmawiać na poważne tematy, co prowadzić niezobowiązującą pogawędkę.
To ma sens, o ile mówimy i poważnie rozmawiamy w innych miejscach. Nie zatrzymujemy swojej komunikacji w sieci tylko na poziomie pogaduszek. Jeśli działamy strategicznie, to Facebook, czy inne medium społecznościowe, pełni określoną funkcję w naszym, skomplikowanym przecież, systemie komunikacji.
Gorzej, i to się zdarza, gdy komunikacja w mediach społecznościowych niczego nie uzupełnia, do niczego nie odsyła, tylko zaczyna być tożsama z większą częścią naszej komunikacji w sieci. Są takie inicjatywy, które nie mają strony internetowej, a jedynie profil na Facebooku. I zapewne temu przeciwstawia się stanowczo Marcin Wilkowski.
To jest naprawdę niebezpieczne. I trudne do przezwyciężenia, bo na takim Facebooku nie dosyć, że wszystko jest łatwe, to na dodatek otrzymujemy natychmiastową gratyfikację. Wrzucenie galerii zdjęć zajmuje chwilę, a zaraz potem otagowane zdjęcia będą zbierać lajki. To po co wrzucać galerię gdzieś indziej? Takie to z tych mediów społecznościowych dobrotliwe potwory, które chcą wyssać całą naszą aktywność w sieci. Publicznie przyznaję się, że temu czasem ulegam. Wy też możecie się przyznać w głębi serca.
Temat z pewnością warty pogłębienia, ale idźmy dalej. Wciąż pozostając na poziomie oceny pragmatycznej warto zapytać, czy dane narzędzie pasuje do naszego przekazu. Tu mieści się moim zdaniem argument: „gramatyka Facebooka: interfejs i mechanizm Facebooka narzuca konkretne formy interakcji; przycisk Lubię to ma wizualizować relacje między naszymi treściami a ich odbiorcami – nawet kiedy o rzeczywistym lubieniu nie może być mowy”. Tu w notce Marcina Wilkowskiego pojawia się mocny przykład profilu Muzeum Auschwitz.
Zajrzałem właśnie na ten profil i znalazłem na nim link do profilu muzeum, tym razem na Pintereście, a tam, znalezioną w sieci, estetyczną fotografię pojemników na Cyklon B. I nie wiem, co mam o tym myśleć. Może to jednak nie jest już poziom krytyki strategicznej, tylko kulturowej?
Tu się zaczyna robić ciekawie, wkraczamy w obszar ideowy, normatywny. Czy każde dostępne narzędzie, kanał komunikacji jest dobry dla instytucji kultury? To zależy od tego, jak rozumiemy misję instytucji.
Weźmy ten argument: „Facebook nie jest przestrzenią neutralną i wolną, chociaż tak bywa przedstawiany (Facebook jako nowa, ulepszona i bardziej użyteczna wersja WWW).” Jeżeli reprezentujemy sektor publiczny, to tym bardziej nie powinniśmy skupiać swojej aktywności w tego typu przestrzeni, a już na pewno nie publikować treści tylko w niej.
To nie jest strategiczny typ argumentacji (w którym, także w sektorze komercyjnym, zaleca się dywersyfikowanie treści w różnych kanałach komunikacyjnych ze względów pragmatycznych), to są argumenty ideowe. Jako instytucje zajmujemy się pielęgnowaniem przestrzeni publicznej, także w jej wymiarze cyfrowym. Co nakazuje nam dużą ostrożność w korzystaniu z narzędzi komercyjnych. Przykład uprawiania krytyki kulturowej znajdziecie w rozmowie na portalu ngo.pl zatytułowanej „Facebook to nie sfera publiczna”.
Pytajmy dalej, a może należy odmawiać obecności w miejscach, które ograniczają nasze postrzeganie świata? Zdajemy sobie przecież sprawę z tego, że język i interfejs zawierają w sobie wizję świata. Że używanie określonego języka i określonego interfejsu nas zmienia.
Sympatycznie się korzysta z tego całego Facebooka na co dzień, ale czy chcielibyście żyć w świecie, w którym jedyną możliwą postawą wobec zdarzeń jest prosta afirmacja: „lubię to”?
Ja bym nie chciał i więcej, uważam, że kultura powinna być odtrutką na taką wizję rzeczywistości. Ale zostawmy to na inną okazję i wróćmy do kryteriów oceny różnych narzędzi.
Na poziomie strategicznym wiele dylematów pomoże nam rozwiązać stworzenie listy funkcji, które może dla nas pełnić dane medium społecznościowe.
Na przykład:
Łatwiej nam będzie dzięki temu odpowiedzieć na pytanie, do czego używać danego narzędzia. Weźmy Facebooka. Czy nadaje się do informowania? Coraz mniej. A do podtrzymywania relacji? Zależy z kim. Może jest to świetne narzędzie do utrzymywania kontaktu ze swoimi najwierniejszymi odbiorcami? Tym typem klienta, który będzie bezinteresownie polecał naszą ofertę (to skarb!). I wystarczy.
A nowych odbiorców spotkamy raczej w miejscu sprzedaży biletów. Od tego jak tam się poczują zależy, czy staną się naszymi nowymi odbiorcami. A nie od tego, jak niesamowicie dowcipny status na Facebooku wymyślimy. Ten status też się przyda, ale do czego innego.
Są też mniej oczywiste funkcje mediów społecznościowych, na przykład odpowiadanie na bezpośrednie wiadomości wysyłane na profil. Obsługa klienta w mediach społecznościowych to rosnący trend, który przyjdzie, o ile już nie przyszedł, także do instytucji kultury.
Gdybym jednak miał bronić mediów społecznościowych, w tym nadal, mimo wcześniejszych zastrzeżeń, Facebooka, to z listy funkcji wybrałbym przede wszystkim relacje. I powołał się na „Ekonomię wdzięczności”, w której Gary Vaynerchuk przypomina, żebyśmy koncentrowali się na inwestowaniu w relacje z klientami, a nie w platformy komunikacji.
Bo przecież nie o media społecznościowe chodzi. Wtedy też mniej nas będą martwić ciągłe zmiany i wielość tych mediów. „Jeśli użytkownicy pewnego dnia porzucą Facebook na rzecz jakiegoś lepszego serwisu, to nie będzie to przypominało skoku z pociągu, oni po prostu przesiądą się do nowego samochodu. Przesiądź się razem z nimi. Relacje, które w pocie czoła nawiązałeś, nie wyparują tak długo, jak będziesz podążać za klientami i nadal o nich dbać.” – pisze Vaynerchuk.
Gdy tak na to spojrzymy, odpowiedź na pytanie „Co po Facebooku?” nie wydaje się już tak ważna.
—
Ten wpis ma charakter szkicowy. Jeśli widzisz wątek, który warto rozwinąć, daj proszę znać. Jeśli coś jest bardzo niezrozumiałe – będę wdzięczny za sygnał. Gdy z czymś się stanowczo nie zgadzasz – napisz o tym.
autor: Thomas Nugent, źródło: Geograph, licencja: CC BY-SA 2.0
Wpis powstał w ramach projektu „Nowa widownia” realizowanego dzięki stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Prace na Nową widownią to także spotkania, jedno z nich odbędzie się w Lublinie, w poniedziałek 20 października, w kawiarni Kawka.
Zapraszam Was do rozmowy o osobach, które uczestniczą w kulturze. Jak zmieniają się ich potrzeby i zachowania? Które z internetowych aktywności odbiorców mogą sprzyjać promocji kultury? Czego najbardziej, jako praktycy kultury, chcielibyśmy się dowiedzieć o adresatach naszych działań?
Chciałbym poznać Waszą opinię i poddać ocenie kilka tez i pomysłów, które znajdą się w publikacji.
Do zobaczenia!
Miejsce: Kawiarnia Kawka, ul. Okopowa 9
Data: 20 października, poniedziałek, godz. 18.00
Link do wydarzenia na Facebooku.
Spotkanie jest częścią projektu “Nowa widownia” realizowanego w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Patronat medialny nad przedsięwzięciem objął portal Platforma Kultury.
Autor: Andrea Donato Alemanno, źródło: Flickr, licencja: CC-ND-NC 2.0
“Już szereg rzeczy przerobiliśmy, zmieniła się estetyka polskiego teatru, gra aktorska, jest nowy sposób pisania dla sceny, ale ciągle nie umiemy do tego przekonać publiczności. A dokładnie mówiąc, zniechęciliśmy już w dużym stopniu publiczność tradycyjną, a współczesnej publiczności zbudować sobie na razie nie zdołaliśmy.” – mówi w roku 2014 Maciej Nowak.
A ja pamiętam pisany z werwą i nadzieją manifest z roku 2004. “Nowy teatr przestał być azylem dla grupy mądrali i kulturalnych ciotek przekonanych o swojej wyjątkowości. Nie chcemy ich widzieć w naszym teatrze. (…) Nowy teatr nie ma z tą publicznością wspólnych tematów. Dużo bardziej interesuje się tymi, których spotyka się w klubach, kinie, dziewczynami i chłopakami z klubów motocyklowych, młodymi intelektualistami, robotnikami-fachowcami, bywalcami koncertów, bezrobotnymi i tymi szukającymi swego miejsca w świecie. Tej publiczności nie interesuje teatr będący konwencjonalnym, kulturalnym gestem. By ją zaciekawić, niezbędne są wyraziste poglądy, orientacja w świecie, odwaga formułowania diagnoz.”
Nie udało się. Dziesięć lat później czytamy: “wydaje mi się, że w tym całym nurcie nowego teatru, teatru artystycznego, czy jak to tam jeszcze można nazwać, zapomnieliśmy o publiczności.”
Mocne słowa. Widz teatralny mógłby zapytać, czy to znaczy, że przez te wszystkie lata nikt się mną specjalnie nie przejmował? Były ważniejsze sprawy?
Nie wnikajmy, lepiej uznać ten wywiad za punkt wyjścia do realnego uznania roli komunikacji w kulturze i docenienia osób, które się tym zajmują. Dobrze się stało, że problem został wydobyty na światło dzienne. Publiczność ma znaczenie i trzeba nad jej obecnością w teatrze popracować. “Nie wkładaliśmy dotąd dostatecznie dużo wysiłku w komunikację z publicznością.”
Jeszcze lepiej, że w ślad za diagnozą idzie postulat szukania rozwiązań. “Trzeba (…) pomyśleć, jak skomunikować się z publicznością, by pobyt w teatrze był dla niej czymś atrakcyjnym.”, “szukajmy sposobu, żeby się jakoś z tą publicznością komunikować, żeby publiczność nie miała poczucia, że jest odtrącana, że mówi się w chińskim języku, omawia się problemy, które często może wydają się wydumane.”
Padają nawet konkrety: “Brak jest tam natomiast pewnych kompetencji społecznych, na przykład ci ludzie boją się pójść do teatru w pojedynkę, wolą przychodzić grupowo. To jest też do przemyślenia – bo sam walczyłem z organizacją widowni, że to są jakieś fanaberie komunistyczne i to trzeba zmienić. Tymczasem badania pokazały, że jest ogromna rzesza ludzi, którzy mają takie potrzeby, żeby przychodzić, ale we wspólnocie, choćby pracowników.” (Przy okazji, mała rzecz a cieszy, czyli powołanie się na badania, chyba o te chodziło).
Są też zagrożenia. Bo Maciej Nowak zastrzega: “chodziło nam o to, że najważniejszy jest artysta, kreator, jego koncepcja. Nadal musi być najważniejszy, ale nie wkładaliśmy dotąd dostatecznie dużo wysiłku w komunikację z publicznością.” Co możne przerodzić się, dla osób zajmujących się komunikacją, w koszmar, w którym sakralny status artysty pozostaje nienaruszony, a Ty – człowieku od promocji – dostajesz coś, na co nadal nie masz wpływu, ale masz to sprzedać, bo my się sprzedawaniem brzydzimy. Jest problem z publicznością, więc staraj się bardziej.
Czy ten koszmar może być jeszcze gorszy? Może, bo cel jest ambitny (dobrze), ale niepokojąco nieprecyzyjny. Pojawia się nowa wizja, w kontekście rozmowy o teatrze środka: “Przede wszystkim byłby to teatr, który przyciąga duże grupy ludzi i staje się miejscem spotkania dużych grup na dużych scenach. Duże formy inscenizacyjne. Teatr, który nie będzie niszowy, będzie uniwersalny.”
“(…) do tej pory nikt, żaden teatr nie rozwiązał problemu dużej widowni, żeby przez 6 dni w tygodniu jak Pan Bóg przykazał grać w teatrze, żeby przez 6 dni w tygodniu sala była pełna.” Zanim zaczniemy wypruwać sobie żyły, żeby zapełnić w 100% widownię na 600 miejsc przez 6 dni w tygodniu grając trudne spektakle, zastanówmy się, czy to jest realny cel. Jak już będziemy to wiedzieć, trzeba ustalić, w jakim czasie możemy cel osiągnąć. W ciągu dwóch lat, pięciu, dziesięciu? Uczmy się cierpliwości od biznesu, Amazon.com powstał w 1995 roku, pierwsze zyski przyniósł, zgodnie z planem, w 2001 roku.*
Teraz z wielką przyjemnością poznałbym opinie szefów marketingu teatrów. Ale nie będę mógł śledzić takiej dyskusji, bo nie ma dla niej miejsca. Nie ma takich działów na portalach teatralnych. Co ważniejsze, nie ma zwyczaju, wedle którego ludzie od komunikacji zabierają głos i dyskutują o kulturze. Nie ma też prawdopodobnie poczucia, że “jesteśmy jedną branżą – ludzi zajmujących się komunikacją w kulturze”. (Ale to temat na osobny wpis, a może i kilka akapitów w “Nowej widowni”).
Na razie potraktujmy szczere i smutne tezy Macieja Nowaka jako znak. Nadchodzi czas komunikacji w kulturze. Publiczności, już o Tobie nie zapomnimy.
—
* Michał Smoleń, Nowy wspaniały rynek, Res Publica 3/2014
Na marginesie. Zatoczyłem koło i tym wpisem wracam do źródeł Widowni. Jeśli macie czas i ochotę zajrzyjcie do dwóch tekstów z 2008 roku, Maciej Nowak – klasyk i Widz idealny. I dla uzupełnienia wątku publiczności teatralnej, rzućcie okiem na wpis sprzed kilku miesięcy, Dobre rady cioci widowni.
autor: djbarthez licencja: CC-BY-ND 3.0, źródło: deviantART
Czytałem artykuł o blogach książkowych. Liczyłem na fragment o tym, jakie to niesamowite zjawisko: tylu ludziom, także młodym, także nie zajmującym się profesjonalnie literaturą, chce się poświęcać swój czas i energię na pisanie o książkach. Jaka to szansa dla promocji czytelnictwa! No i po prostu, to krzepiące. Przeliczyłem się.
Za to padły gorzkie słowa o poziomie merytorycznym tych blogów. Z ust blogerów zawodowo związanych z literaturą.
„Ogólny poziom merytoryczny rzeczywiście nie jest za wysoki, bo za blogowanie biorą się także ci, którzy nie mają kompetencji, by pisać o książkach. I nie chodzi tu tylko o kierunkowe wykształcenie, ale przede wszystkim o umiejętność dostrzegania w omawianej książce jej cech dystynktywnych i akcentowania ich.” To wypowiedź Jarosława Czechowicza, autora bloga Krytycznym Okiem.
A potem mocniej. Dowiadujemy się z artykułu, że „na postrzeganie blogerów książkowych wpływają blogi najsłabsze, ale też najliczniejsze, prowadzone przez osoby, które nie umieją pisać. To przeważnie nastolatki.” Piotr Chojnacki, autor bloga Beznadziejnie Zacofany w Lekturze, dopowiada. „W ubiegłym roku byłem jurorem branżowego konkursu eBuka. Na 120 blogów literackich połowa była autorstwa ludzi sprawiających wrażenie, jakby nie słyszeli o podstawowych zasadach pisania recenzji i niewiele mieli do powiedzenia od siebie o przeczytanej książce – zauważa Chojnacki. – Często miejsce recenzji zajmują więc „recki”, ograniczające się do obszernego streszczenia, często niemal aż do końca fabuły. Do tego komentarze w stylu: „Fajną, kochana, napisałaś tę recenzyjkę! Miodzio!”. Czytelnik oczekujący czegoś więcej odchodzi zniechęcony, nieświadomy, że poza tą rzucającą się w oczy grupą „blogasków” istnieje wiele bardziej rzetelnych blogów.”
Wiele jest w tych wypowiedziach rzeczy, z którymi się nie zgadzam. Dzisiaj zatrzymam się przy jednej. „Czytelnik oczekujący czegoś więcej odchodzi zniechęcony, nieświadomy, że poza tą rzucająca się w oczy grupą „blogasków” istnieje wiele bardziej rzetelnych blogów.” Moim zdaniem czytelnik oczekujący czegoś więcej szuka dalej, ponieważ potrafi odróżnić od siebie różne rodzaje tekstów i różne rodzaje blogów.
Tak, blog o książkach prowadzony przez absolwenta filologii polskiej, który zawodowo zajmuje się pisaniem recenzji, różni się od bloga o książkach pisanego przez nastolatka. Różni się. I tyle. Wystarczy. Nie trzeba dodawać, że to „blogasek”, „nierzetelny”, „niekompetentny”, „słaby”.
Szukałem kiedyś recenzji książki i trafiłem z wyszukiwarki na blog 13-latki. W połowie wpisu się zorientowałem, że konwencja trochę mi obca, zajrzałem do komentarzy – zyskałem pewność. Pomyślałem sobie: super, młodzież sobie pisze i rozmawia o literaturze, ale nie znajdę tu nic dla siebie, szukam dalej. Nie przyszło mi do głowy, żeby stwierdzić: no nie, jakie to słabe, jakie niskie – wypisuję się z internetu.
Idąc dalej, jeżeli ktoś wyrabia sobie zdanie na temat wszystkich osób piszących blogi na podstawie, dajmy na to, fenomenu Kominka, to tak jakby wyrabiał sobie zdanie o literaturze na podstawie fenomenu powieści „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. (Zresztą, nawet Kominek już nie lubi Kominka).
A może odwrócić problem? Nie utyskiwać na „brak kompetencji” osób, które publikują treści, a skupić się na kompetencjach osób, które czytają?
Jeżeli blog nastolatka myli się Tobie z blogiem profesjonalnego recenzenta, to coś jest nie tak. Kiedy dziwisz się, że specjalistyczne teksty są mniej popularne niż ogólne, to nie wiem dlaczego się dziwisz. Jeżeli oczekujesz, że impresja, nawiązująca swobodnie do przeczytanej właśnie książki, będzie krytyczną analizą dzieła literackiego, to coś jest nie tak z Twoimi oczekiwaniami.
Jeżeli internet jest dla Ciebie śmietniskiem nic nie wartych treści, to znaczy, że nie umiesz dobrze szukać.
Co Wy na to?
W skrócie: dzięki stypendium MKiDN piszę książkę „Nowa widownia”, o tym jak zrozumieć odbiorcę i dzięki temu lepiej promować kulturę (podstawowe informacje znajdziecie na: nowawidownia.pl).
Możecie pomóc w tworzeniu „Nowej widowni”, zgłaszając uwagi i propozycje, dzieląc się doświadczeniem, komentując, dyskutując. Na Widowni, w Triciderze (platforma crowdsourcingowa), w czasie spotkań (w planie Lublin, Bytom, Trójmiasto), mailem, na Twitterze (@widownia) – jak Wam wygodnie. Warto też, jeśli chcecie zaangażować się w konsultowanie, zapisać się na listę.
I ważna rzecz, jeżeli ktoś woli poczekać na gotową książkę i ją sobie po prostu przeczytać, to też jest jak najbardziej w porządku. (Zamierzam zresztą wspomnieć o tym w tekście, że zaangażowanie, aktywność to nie są jedyne uprawnione formy uczestnictwa).
[edit: zgłaszanie pomysłów na Triciderze zostało zakończone, jeśli mimo to chcesz zgłosić temat, napisz do mnie], Ale do rzeczy, na początek sprawa zasadnicza. O czym chcielibyście przeczytać w „Nowej widowni”? Zapraszam do zgłaszania tematów, oceniania, komentowania. Możecie to zrobić przechodząc do strony lub bezpośrednio w tym wpisie – poniżej. Narzędzie wydaje się intuicyjne i przyjazne, ale dajcie znać, jeśli coś jest nie tak. Bo to eksperyment, jak całe „pisanie książki na blogu”. Zobaczymy, gdzie nas to zaprowadzi.
„Nowa widownia” to projekt realizowany w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Patronat medialny nad przedsięwzięciem objął portal Platforma Kultury.
Po krótkim przeglądzie złych pomysłów na promocję czytelnictwa, przyszedł czas na pomysły dobre. Bo ile można narzekać (chociaż to takie przyjemne i wciągające).
To tak dla kontrastu z pomysłami, które opierają się na nakazywaniu, apelowaniu i szantażowaniu (nr 1, 2, 3 z poprzedniego wpisu). W kampanii sieci księgarni Steimatzky jest tylko obietnica przygody. Elegancko podana. I wystarczy.
Sympatyczną akcję bibliotekarek z Lublina wrzucam, żeby wymazać złe wspomnienia po oglądaniu zdjęć z sesji „Bibliotekarz – zawód glamour” (nr 4 na liście). Niewymuszona zabawa, pozytywny przekaz, i nawet lepiej, że jest to nawiązanie do Corpus Libris i kampanii (znów dla księgarni) Become someone else, a nie oryginalny pomysł. Bo przy okazji pokazuje, że czytelnicy i czytelniczki też mogą tworzyć internetowe mody, ale nie trzeba o tym mówić dosłownie, w konwencji „czytanie jest fajne”, „moda na czytanie” itp.
Książka dodana do zestawu Happy Meal. Poważnie. Uważam, że to jeden z lepszych pomysłów na promocję czytelnictwa. Bo nie jest przekonywaniem przekonywanych, daje realną szansę na dotarcie do tych, do których naprawdę chcemy dotrzeć. Bardzo podoba mi się w tej akcji również to, że nie jest spotem reklamowym, kampanią outdoorową lub akcją w mediach społecznościowych. No i jest dla dzieci.
Być może jesteśmy straconymi (dla żywiołowego czytelnictwa) pokoleniami. Nie warto tracić na nas czasu. Ale dzieci? Wciąż możemy je urat0wać. Dając im dobre książki. Dlatego, gdybym miał wskazać jeden pomysł na promocję czytelnictwa, to nie byłaby to kampania reklamowa, ani akcja społeczna, tylko znalezienie sposobu na wsparcie tych wszystkich heroicznych, niewielkich wydawnictw książek dla dzieci. EneDueRabe, Dwie siostry, Hokus-Pokus, Zakamarki…
Każdy z nas może im pomóc już teraz. Kupując książkę. Na przykład z serii „Dzieci filozofują” (za jednym razem przyczynicie się do promocji czytelnictwa i filozofii, a książki Oscara Brenifiera są fantastyczne – sprawdziłem). Prosty, mało spektakularny gest, ale może zmienić więcej niż niejedna kampania promująca czytelnictwo.
Jak to się dzieje, że kultura – matecznik kreatywności – nie ma szczęścia do dobrych kampanii reklamowych?
Gdy przychodzi do promowania takiego na przykład czytelnictwa okazuje się, że koncept najbliższy jest pomysłowi na reklamę, dajmy na to, dezodorantów. Czyli, najpierw zawstydzić, a potem pokazać, że dzięki dezodorantowi/książce staniesz się atrakcyjny. Żeby chociaż „intelektualnie atrakcyjny”, ale nie.
Drugim pomysłem na promowanie czytelnictwa jest porzucenie wszelkich subtelności, rezygnacja z zachęcania, pokazywania korzyści i pozostawienie czystego imperatywu. Nie czytasz? Coś z Tobą nie tak – znowu pojawia się odwołanie do wstydu.
Dla ilustracji tego smutnego zjawiska, mam dla Was 5 pomysłów na promocję czytelnictwa (kampanie, akcje oddolne, artystyczne, a nawet polityczne), których nie rozumiem. Dwa pierwsze nakazują, kolejne dwa kuszą, a ostatni? Sami zobaczycie, przekracza granice percepcji.
1. Czytaj!
Bardzo skuteczny przekaz. Jak w każdej reklamie, działa to przecież tak, że jak ktoś do mnie krzyczy: „Kup! ” to kupuję. Przedstawiciele Empiku dodają: “Poprzez nieco przerysowane pokazanie książek jako nieznaczących przedmiotów, w rolach dla nich deprecjonujących, urągających ich rzeczywistemu przeznaczeniu, chcemy wstrząsnąć odbiorcami i zawstydzić nieczytających”. Wstrząśnięci? Zawstydzeni? To idziemy dalej.
2. Bądź człowiekiem, czytaj!
Przekaz został wzmocniony. Teraz już wiecie, co jest stawką w grze – Wasze człowieczeństwo.
(W tym przypadku mamy do czynienia nie z komercyjną kampanią, a z akcją artystyczną – cyklem plakatów Jana Bajtlika).
3. Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka
Świetny przykład na to, że akcja może być oddolna, dobrze zrobiona, zdobywająca nagrody i służąca kompletnie nie wiadomo czemu. Taka akcja może mieć nawet misję: “Kochamy książki miłością prawie, że fizyczną. Chcemy zachęcać do odkrywania czytania na nowo – tym razem w kontekście nieco erotycznym. Aby ludzie widzieli się w intymnym towarzystwie książek. Żeby stawały się one elementem ich wizerunku. Nie ma nic bardziej sexy, niż fajna osoba, w fajnym łóżku z odpowiednią lekturą. Dlatego też chcemy pokazać książkę w nowej odsłonie – jako atrybut seksualny, decydujący o naszej atrakcyjności.”
Książka jako atrybut seksualny, decydujący o naszej atrakcyjności? Ok, przekonaliście mnie.
4. Bibliotekarz – zawód glamour
To narasta. Tym razem Miejska Biblioteka Publiczna w Morągu postawiła na „promowanie książki w sposób nietradycyjny” i „łamanie stereotypu na temat zawodu bibliotekarza”, co skończyło się popadnięciem w jeszcze gorszy stereotyp. Z deszczu pod rynnę.
5. Książka zamiast marihuany
Walka o czytelnictwo trwa!
„Pragnęlibyśmy, aby Polacy – zwłaszcza młodzi, którzy coraz mniej czytają – mówiąc potocznie: „jarali się” literaturą, a nie marihuaną!” – mówi partia. Przecież wszyscy tego pragniemy – nic dodać, nic ująć.
Lista jest otwarta (uzupełniajcie śmiało) i wciąż pojawiają się nowe akcje. Chociażby ten świeży przykład strategii – sex sprzedaje czytelnictwo (znalezione przez @marcinwilkowski). Zachęcam też do przeczytania, poważniejszych niż mój, wpisów o promocji czytelnictwa na Okruchy Kultury i jestKultura. Ja dzisiaj się wyzłośliwiłem i wiem, że trzeba będzie to odpokutować tekstem o dobrych pomysłach na promocję czytelnictwa.
Ale pozwólcie, że teraz sobie trochę po prostu poczytam.
Na czym to skończyliśmy?
Na zdaniu „Masz coś ważnego do powiedzenia, zrób wszystko co potrzebne, żeby inni mogli to usłyszeć.” Tak w skrócie brzmi uzasadnienie potrzeby, a nawet powinności, stosowania public relations w kulturze/sztuce.
Pora przejść do rozwiązania trudności, których wstępny katalog pojawił się przy okazji postawienia problemu. Nie będę ich omawiał punkt po punkcie, jak tego wymaga rygorystyczna forma quaestiones disputatae. Pamiętajcie, że to szkic, a nie wyczerpujące omówienie tematu.
Mam wrażenie, że większość zastrzeżeń wobec public relations w kulturze bierze się niedostrzegania wagi uprawiania strategicznego PR-u. Takiego, w którym świadomie określamy cele i sposób ich osiągnięcia. Odpowiadamy na pytania: Co chcemy osiągnąć? Jak chcemy to osiągnąć? Jakimi środkami będziemy to osiągać? Środki (narzędzia) wybieramy na końcu, dopasowujemy do celów i przekazu. Nie ma sensu korzystać ze wszystkiego i oddawać się bezrefleksyjnemu naśladownictwu.
Kultura/sztuka potrzebuje specyficznych strategii, specyficznego stylu komunikacji. Jak każda inna branża.
Co zabawne, w kulturze często przyjmowaną strategią wizerunkową jest podkreślanie braku strategii, deklaracja „nie dbam o wizerunek.”
„Ubieram się tak, jak lubię. Czytam, słucham, oglądam to, co lubię. Publikuję to, co sam chciałbym przeczytać. Nie ma w tym żadnego wizerunkowego knucia, nie wynająłem żadnej agencji PR-owej, nie oceniłem „za” i „przeciw”. – mówi Jacek Dehnel. Nie odmawiam mu autentyczności, ale podziwiam konsekwentną politykę kontaktowania się z mediami, stylizacji sesji zdjęciowych itp. Na marginesie, w tej wypowiedzi kryje się założenie, że jeżeli coś jest „PR-owe”, to musi być nieautentyczne.
Co odsyła nas do kolejnego źródła niechęci wobec public relations i marketingu. Przecież marketing sprowadza się do „schlebiania gustom”, działania „pod publiczkę”. Ale czy zawsze polega na prostym „zaspokajaniu potrzeb konsumentów.”? To bardziej skomplikowane, każdy marketer zna na pamięć dwa cytaty:
„Gdybym zapytał klientów, czego chcą, wszyscy byliby zgodni: chcemy szybszych koni.” (Henry Ford)
„Ludzie nie wiedzą, czego chcą, dopóki im tego nie pokażesz.” (Steve Jobs)
Doświadczenie marketerów może się naprawdę przydać w kulturze, przecież bardzo często zależy nam na przekonaniu ludzi do nowych rzeczy.
Na tym kończę – rozłożony na trzy wpisy – szkic o potrzebie public relations (i marketingu) w kulturze. Jeżeli któryś z wątków warto rozwinąć – dajcie znać.
zdjęcie reklamowe Forda-T, rok 1910, autor: Harry Shipler, źródło: Wikimedia Commons
Było postawienie problemu, pora na odpowiedź.
Główny argument przeciwko stosowaniu public relations w kulturze odwołuje się do jej wyjątkowości.
Kultura/sztuka (być może) jest wyjątkowa pod względem treści, ale pod względem formy – strukturalnie – posiada cechy wspólne z innymi dziedzinami ludzkiej aktywności.
Dlatego stosują się do niej ogólne zasady public relations, marketingu, zarządzania (rozumianych narzędziowo).
Zwolennicy tezy o wyjątkowości sztuki po prostu zanadto rozciągają tę wyjątkowość na obszary, w których nie jest to prawomocne.
Doprowadzenie do wybudowania mostu, czy napisania aplikacji na smartfona ma podobną dynamikę do doprowadzenia do premiery spektaklu. W każdym z tych przypadków trzeba na przykład radzić sobie z emocjami w zespole, czy przygotować się na, trudne do przewidzenia na początku, trudności w realizacji projektu. Poinformowanie o wejściu na rynek nowej linii pieluszek wymaga podobnych czynności, co poinformowanie o nowej serii wydawniczej. Przekonywanie do zainwestowania w akcje niczym się nie różni od przekonywania do oglądania wystaw sztuki współczesnej. I tak dalej.
Patrząc z drugiej strony, nawet marketing gdzieś tak od końca lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku przestał dotyczyć wyłącznie biznesu i w definicjach marketingu mówi się również o „procesie planowania i realizacji pomysłów” czy „dystrybucji idei”, nie tylko towarów i usług.
Proste, a jednak trudno mówić o public relations, marketingu, zarządzaniu w kulturze.
Zresztą nie tylko o tym. W książce „Wprowadzenie do ekonomiki kultury i sztuki” Petera Bendixena jest taki fragment: „(…) być może artyści nie mieszczą się w powszedniej definicji pracy z powodu obrazu geniusza, stworzonego przez artystów i ich otoczenie, który zdążył się już utrwalić w społeczeństwie, (…) obrazu obdarzonej talentem jednostki, która prezentuje większości ludzi sferę dla nich nieosiągalną i wzniosłą. Sferę zabronioną dla ludzi żyjących w trybach codziennej pracy, którą mogą w czasie wolnym naśladować, jednak bez możliwości osiągnięcia jej poziomu.” (s. 92)
Bo skądś teza o wyjątkowości sztuki przecież się wzięła. Bendixen wskazuje na obraz geniusza, chętnie dowiedziałbym się więcej na temat tej i innych przyczyn. Jeśli wiecie gdzie szukać informacji – podzielcie się proszę wiedzą.
Nawet uczynienie sztuki przedmiotem badań społecznych było problematyczne. Nathalie Heinich w książce o socjologii sztuki pisze, że aby ta dziedzina w ogóle mogła zaistnieć konieczne było „po pierwsze zakwestionowanie autonomiczności strefy artystycznej (sztuka nie należy tylko do dziedziny estetyki), a po drugie oczyszczenie jej ze złudnej idealizacji (sztuka nie jest wartością absolutną)”. (s. 26)
Wracając do głównego tematu, powyżej uzasadniałem nie tyle, że public relations jest potrzebne, co, że „da się zastosować” także w kulturze. Idąc dalej, o potrzebie można przekonywać pragmatycznie, odwołując się do skuteczności działań.
Ale ja chciałbym wzmocnić argumentację na rzecz public relations w kulturze o argument odwołujący się do idei. Żeby PR nie był tylko „potrzebny”, ale „koniecznie potrzebny.” Dlaczego?
Jeżeli kultura/sztuka niesie ze sobą istotny przekaz, który powinien dotrzeć do jak największej liczby ludzi, to public relations jest integralną częścią działalności kulturalnej.
Gdy tak postawimy sprawę, to docieranie z informacją o kulturze jest jednym z czynników zwiększania dostępu do kultury. Podstawowym.
Krótko mówiąc:
Masz coś ważnego do powiedzenia, zrób wszystko co potrzebne, żeby inni mogli to usłyszeć.
O tym, co to znaczy „wszystko co potrzebne” i jak rozwiązuje to większość trudności wskazanych w postawieniu problemu – w następnej części. Pojawi się po kilkudniowej przerwie, a w międzyczasie zapraszam do dyskusji.
Tomasz z Akwinu, Suma Teologiczna, wydanie z 1473 roku ze zbiorów biblioteki w Darmstadt
Dobra sztuka obroni się sama, Kto chce – ten sam dotrze do wartościowych treści, Ja nie dbam o wizerunek, To tylko PR – a nie prawdziwa sztuka, Promowanie własnej twórczości uwłacza artyście… Public relations do kultury nie pasuje. Wiele razy słyszałem podobne zdania i zastanawiałem się: skąd ta niechęć? A może, jawni i skryci, przeciwnicy public relations w kulturze mają rację?
Niedawne spotkanie ze studentami kulturoznawstwa Uniwersytetu Gdańskiego było dobrą okazją, żeby sobie te przemyślenia uporządkować, czym dzielę się teraz w Wami. Wpisów będzie kilka, a formę rozważań wyznaczy swobodne nawiązanie do metody Quaestiones disputatae, czyli będzie postawienie problemu, odpowiedź i rozwiązanie trudności.
Całość ma charakter szkicowy, trzeba ją w wielu miejscach wypełnić treścią. Do tego potrzebna jest Wasza pomoc. W podawaniu przykładów, wskazywaniu źródeł, a przede wszystkim w kwestionowaniu mojego toku myślenia. Gdybyście chcieli podrzucić coś na Twitterze (głównie tam ostatnio przebywam), oznaczajcie wpisy hashtagiem #widownia, łatwiej będzie uporządkować potem dyskusję.
Do rzeczy. Wydaje się, że PR nie jest kulturze koniecznie potrzebny z dwóch zasadniczych powodów.
1. Kultura/sztuka jest na tyle specyficzną (wyjątkową) dziedziną, że nie stosuje się do niej public relations/marketing.
Kultura rządzi się odmiennymi prawami, dlatego (1.1) nie można przenosić rozwiązań z biznesu na grunt kultury.
Treści kultury nie można uprościć, stąd (1.2) nie da się do nich zastosować komunikacji PR-owej, której istotną cechą jest uproszczenie.
Na marginesie: piszę „kultura/sztuka”, żeby zaznaczyć, że przyjmuję węższe rozumienie kultury, głównie jako twórczości artystycznej. A całość rozważań można z powodzeniem odnosić nie tylko do public relations, ale też szerzej, do stosowania marketingu i zarządzania projektem w kulturze.
2. PR jest robieniem sztucznego szumu, chwaleniem się, jest powierzchowny itp. To nie jest potrzebne w kulturze/sztuce.
Jak widać, są dwa typy argumentacji. W pierwszym odrzuca się PR ze względu na cechy kultury, w drugim – ze względu na cechy PR-u.
Krytyczne podejście do public relations nie jest obecne tylko w odniesieniu do kultury. Wiele by pisać o tym, że PR jako taki ma bardzo zły PR. Ale w kontekście kultury/sztuki negatywna ocena public relations ma wyjątkowe tło, bo tutaj PR jest uznawany za jeden z symptomów kryzysu cywilizacji.
Krytyka public relations wpisuje się w krytykę współczesności. Czasów, którym brakuje głębi, a wartościowe rzeczy giną w ogólnym zgiełku, liczy się sprzedaż, w cenie jest promowanie siebie. Pobrzmiewają w tej krytyce tony nostalgiczne, gdzieś w oddali pobrzmiewają echa opowieści o upadku kultury, dobrze znane humanistyce.
O powodach odrzucenia, a co najmniej nieufnego traktowania, public relations w kulturze rzadko mówi się publicznie i wprost. Stąd niełatwo o przykłady i proszę Was o pomoc w uzupełnianiu ich katalogu.
Na początek kilka odnalezionych przeze mnie ilustracji tego sposobu myślenia o PR w kulturze.
Dyrektor BWA w Rzeszowie, gdy dziennikarka zauważa, że „wystawom BWA brakuje promocji, smutne, biało-czarne plakaty nie przyciągają uwagi…” mówi tak: „Plakaty dużo kosztują – wydrukowanie i prezentowanie na słupach. Kolorowe byłyby jeszcze droższe. Po prostu trzeba przyjść do nas, zobaczyć wystawę na żywo. Zaręczam za wystawy w BWA: wszystkie są świetne, najwyższa półka.”
Znamienne jest to „po prostu trzeba przyjść.” Skoro sztuka jest na wysokim poziomie, to nie ma potrzeby jej promowania.
Z kolei w felietonie Marzeny Sadochy (sam tytuł „Sprzedaj się” jest już znaczący) czytamy: „Nie ma sztuki, jest sztuka promocji. Uczestnictwo w kulturze i oddziaływanie sztuki jest małe i będzie jeszcze mniejsze. Spektakl sprzedawany na Grouponie razem z „smakowitym zestawem wędzonych kiełbas” staje się jedną z tych kiełbas. Może czasami smakowitą, ale generalnie bez znaczenia. Sztuka staje się dodatkiem, tak jak plastikowe klapki dołączone latem do kobiecego pisma. Generalnie coś, czego nie chcesz, ale bierzesz, bo jest okazja. W pakiecie można sprzedać wszystko: spektakl, obraz, muzykę poważną. Tylko potrzeby nie można sprzedać na Grouponie.”
Jest też kampania „Sztuka nie potrzebuje reklamy” Muzeum Sztuki w Łodzi. Wiem, przewrotna, ale jej pomysłodawca mówi, już nie przewrotnie: „Głęboko wierzymy w to, że sztuki nie trzeba reklamować. (…)”, a kampania ma pokazać „słabość reklamy jako takiej, słabość procesu, w którym się kupczy, w tym wypadku sztuką.” (Komentarz do tej akcji znajdziecie w osobnym wpisie).
Podsumowuje to trafnie Mariusz Wróbel w artykule „Walory artystyczne a menedżerka kultury. Nie do pogodzenia?„. „Jeszcze do niedawna takie pojęcia jak rynek, marketing, public relations, sprzedaż, zarządzanie w sferze kultury praktycznie na polskim podwórku nie istniały. Są to dziedziny, na które samorządowcy, kreatorzy zdarzeń artystycznych jak i sami artyści patrzą z pewną pobłażliwością, traktując je raczej jako znak naszych czasów, nie bardzo wiedząc, do czego w zasadzie służą.”
Znak naszych czasów, na który patrzeć należy z pobłażliwością.
PR nie jest potrzebny kulturze.
św. Tomasz z Akwinu, autor: Gentile da Fabriano, źródło: Wikimedia Commons
„Warto uczyć się na błędach” – jedna z tych zasad, którą każdy zna, docenia i nie stosuje. Pochylania się nad porażkami nie ułatwia wszechobecna presja sukcesu. W przypadku własnych błędów analizę utrudnia rozgoryczenie. A jednak warto uczyć się na błędach, własnych i cudzych.
Na przykład zbiórka „PandaLajka – aplikacja dla III sektora” na platformie finansowania społecznościowego Wspieram.to. Co mogło pójść źle? Doświadczeni PR-owcy w zespole, mocny zestaw ambasadorów, profesjonalny film, słuszna sprawa, entuzjazm, infografiki, nowoczesne rozwiązanie dla NGO jako cel zbiórki. Akcja w mediach społecznościowych prowadzona według reguł sztuki. Panda w nazwie i w logo.
Zebrano 10% planowanej kwoty.
Dla mnie główna lekcja z tej nieudanej zbiórki to: nie przeceniać mocy sprawnej komunikacji w mediach społecznościowych, a nawet (trochę drżę pisząc te słowa) nie przeceniać roli public relations.
Wiele można się też nauczyć szukając przyczyn porażki. Rozmawialiśmy o tym na Twitterze.
@MNieweglowski zapytał, czy organizacje pozarządowe faktycznie potrzebują takiego rozwiązania jak PandaLajka. Słusznie – moim zdaniem – jeszcze nie potrzebują. Zbiórka po prostu nie trafiła w swój czas, za wcześnie na taką powszechnie używaną apkę. Wtedy do rozmowy włączył się @atarkowski: może zbiórka się nie udała, bo NGO słabo myślą o komunikacji, nie mają zidentyfikowanych potrzeb.
– Nie mamy tradycji wspierania narzędzi, działania, bo skupiamy się na celach organizacji, widać to po kampaniach 1% – dodała @annajadwiga_o. Wtedy ponownie wspomniałem, że może NGO mają bardziej podstawowe potrzeby niż posiadanie aplikacji do zarządzania komunikacją w mediach społecznościowych.
– Właściwie to temat dla kogoś, kto chciałby zrobić analizę komunikacyjnych potrzeb NGO – westchnął @MNieweglowski. Potem wróciliśmy do szukania przyczyn, @atarkowski zauważył, że tego rodzaju sumy zbierają projekty z bardzo konkretnymi nagrodami, z lekką przesadą można stwierdzić, że Polacy nie crowdfundują dla idei.
W tym momencie do rozmowy włączył się @crowdfunding_pl przypominając, że finansowanie społecznościowe działa między innymi dzięki kombinacji wartości materialnych i emocjonalnych (emocjonalna stopa zwrotu). @atarkowski postawił jeszcze jedną tezę: przyjęło się, że projekty NGO finansuje się z grantów, zespół PandaLajka nie wyjaśnił, dlaczego chce korzystać z crowdfundingu.
– Czemu z grantów? – zdziwił się @maciekmysliwiec – działanie NGO jest lepsze jak się finansuje „przez ludzi i dla ludzi”. @annajadwiga_o gorzko podsumowała – mówiliśmy, że chcemy żeby trzeci sektor wspólnie pomógł sobie w pracy, ale widać nie było to przekonujące.
Tak, właśnie to robię. Przy okazji roztaczam przed Wami uroki Twittera, bo coraz bardziej lubię dyskusje, które się tam odbywają. Nigdy nie wiadomo, kiedy się zaczną i jak wiele osób, znanych nam i nieznanych, weźmie w nich udział. Mają też specyficzną strukturę, nie są tak uporządkowane, jak próbowałem to powyżej przedstawić. Raczej dzieją się równolegle, krzyżują, rozchodzą, wygasają, powracają…
A wracając do głównego tematu, pewnie też macie swoje przypuszczenia co do źródeł niepowodzenia zbiórki na pandę, pomysły co można było zrobić lepiej, zainspirowane tą historią ogólne przemyślenia czy to na temat organizacji pozarządowych, czy finansowania społecznościowego. I o to chodzi. Wystarczy zatrzymać się dłużej przy porażce, błędzie, niepowodzeniu. A porozmawiać o tym możemy między innymi na Twitterze, mnie znajdziecie tutaj.
—
Autor zdjęcia: Stephen Holt
Najpierw zobaczcie spot.
I jak? Dla mnie w porządku: przewrotny, intrygujący, dobrze wykonany itd. Czy ma jakiś cel, przekaz, czemu właściwie służy – tego nie wiem. „Sztuka nie potrzebuje reklamy” jako hasło reklamowe kampanii „Promocja marki regionalnej – Muzeum Sztuki w Łodzi – nowoczesność i tradycja„? Niech będzie. Sporo haseł i kampanii stara się zdobyć naszą uwagę poprzez kontrowersje.
Ale tutaj chodzi o coś więcej. Leszek Karczewski, Kierownik Działu Edukacji Muzeum Sztuki w Łodzi, wyjaśnia: „Reklamowanie sztuki jest zjawiskiem paradoksalnym. Głęboko wierzymy w to, że sztuki nie trzeba reklamować. W związku z tym pomyśleliśmy o kampanii na opak. Takiej, która będzie antyreklamowa – w tym sensie, że będzie pokazywała słabość reklamy jako takiej, słabość procesu, w którym się kupczy, w tym wypadku sztuką.”
Jeżeli ta wypowiedź jest częścią prowokacyjnej kampanii, to dałem się nabrać. A jeśli jej autorzy naprawdę „głęboko wierzą w to, że sztuki nie trzeba reklamować” i chcą pokazać „słabość reklamy jako takiej”, czyli „procesu, którym się kupczy.”?
To ja wtedy nie wiem, co o tym myśleć. Reklamy są lepsze lub gorsze, skuteczne i mniej skuteczne. Są różne typy reklam, konwencje, cele… Ale kampania muzeum uderza w „reklamę jako taką”. To „proces, w którym się kupczy.”, czyli, idąc za słownikiem PWN „czyni przedmiotem handlu rzeczy, które nie powinny być źródłem materialnego zysku.” Czy to oznacza, że na przykład wszystkie kampanie społeczne także kupczą? Jak interpretować kampanię Muzeum Sztuki w Łodzi? Może to wskazówka dla wszystkich osób zajmujących się marketingiem kultury, żeby nie stosować reklam?
Trochę łatwiej mi zrozumieć wypowiedź Jana Peszka, który wymienia powody dla których zgodził się na udział w reklamie: „Po pierwsze uważam, że sztuka zawsze wymaga nagłośnienia. Oczywiście powinna się sama bronić i oddziaływać, jednak mam wrażenie, że w dzisiejszej rzeczywistości interesy sztuki trochę się gubią wobec siły i nacisku rynku. A po drugie akcja Muzeum Sztuki w Łodzi wydaje mi się dowcipna, inteligentna i jeszcze takiej nie było. Próbujemy tutaj reklamować sztukę używając języka reklam, który nas otacza na co dzień. Tak dowcipnie to zostało pomyślane, trochę na opak.”
Już lepiej. Nadal nie wiem jak to się ma do promocji Muzeum Sztuki w Łodzi, ale przynajmniej „sztuka zawsze wymaga nagłośnienia.” Nawet zastrzeżenie, że „oczywiście powinna sama się bronić i oddziaływać” mi nie przeszkadza, bo przecież reklama jest tylko po to, żeby nakłonić kogoś do pójścia na wystawę, spektakl, przeczytania książki itd. Sztuka broni się sama i oddziałuje podobnie jak suplement diety, krem do rąk czy środek na zaparcia.
Tak się składa, że ostatnio intensywnie zastanawiałem się nad tym, skąd w środowisku ludzi kultury tyle obaw, niechęci wobec public relations i marketingu i jak potrzebę ich stosowania w działalności kulturalnej uzasadnić. Bo ja akurat głęboko wierzę w to, że sztukę trzeba reklamować. Nie tylko się zastanawiałem, nawet sobie co nieco uporządkowałem przygotowując się do spotkania ze studentami kulturoznawstwa UG. Na spotkaniu rozważaliśmy kwestię: „Czy PR jest kulturze koniecznie potrzebny?”. Efektami przemyśleń podzielę się niebawem z czytelnikami i czytelniczkami Widowni.
Tymczasem rzućcie okiem na dwa kolejne, przeznaczone do internetu, spoty. Nawet fajniejsze niż ten dla telewizji. I bardziej bezcelowe.
Dzisiaj ciąg dalszy myśli-które-nie-dają-mi-spokoju, spisanych dzięki Grzegorzowi Stunży. W drugiej (pierwszą znajdziecie w poprzednim wpisie) części komentarza, który ukazał się w publikacji Edukacja kulturalna i medialna. Nowe trendy i wyzwania, mierzę się z zadanym przez Grzegorza pytaniem o to, „co dzisiaj kryje się pod terminem “kultura”, chyba jednym z najmniej dookreślonych i na setki sposobów wyjaśnianych pojęć?”. Na pytanie naturalnie nie odpowiadam. Za to dzielę się, sam nie wiem: obserwacją, intuicją. Jaką – o tym poniżej. Dodam tylko, że bardzo się ucieszę, jak ktoś napisze komentarz: „Przecież X napisał o tym książkę, a Y artykuł.” Bo chętnie bym o tym przenikaniu poczytał.
—
Od pewnego czasu intryguje mnie przenikanie typowego dla refleksji naukowej rozumienia kultury do języka polityki publicznej i do codziennego życia. Na przykład szeroka, antropologiczna definicja kultury – z pewnością jest przydatna do opisu i wyjaśniania zjawisk – ale nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób ma znaleźć zastosowanie do wyznaczania konkretnych celów polityki kulturalnej. Sprawdza się jako kategoria opisu każdej praktyki kulturowej, także kultury ustawek, czy przemian obyczajów związanych z wyprowadzaniem psów na spacer. A w polityce kulturalnej wartościujemy pewne formy kultury kosztem innym, doceniamy praktyki społecznie pożądane. Oceniamy również na elementarnym poziomie, chociażby w oparciu o proste kryterium legalności. Ustawki budują tożsamość, wzmacniają zaufanie w grupie, podnoszą kompetencje cyfrowe – na przykład poprzez nagrywanie, montaż i publikowanie filmowych relacji w serwisach społecznościowych. Ta kultura pełni zapewne więcej funkcji, które można opisać, ale raczej nie będziemy tworzyć dla niej programu grantowego. Szeroka definicja kultury okazuje się mało pomocna w zakreśleniu obszaru działania polityki kulturalnej.
Podobne przenikanie ze świata nauki do codzienności dotyczy kategorii stylu życia. W nauce styl życia grupy przejawiający się w stylu życia jednostki był tym, co trzeba odkryć, zrekonstruować. Jednostce ta kategoria opisu nie była do niczego potrzebna. Dzisiaj w czasopismach mamy osobne działy „styl życia”, powstają blogi o stylu życia itd. To kategoria świadomie stosowana przez ludzi, więcej – styl życia jest świadomie konstruowany. A kultura, i to jest chyba coraz powszechniejsze jej rozumienie, staje się jednym z elementów stylu życia. W pismach, na portalach i blogach “kultura i styl życia” pojawiają się razem. Kultura jest tym elementem, który pozwala budować opowieść o sobie, własną tożsamość. Na marginesie, dzięki zbliżeniu kategorii kultury i stylu życia, do dyskusji, w nieoczekiwany sposób, wraca wymiar indywidualnego kontaktu z kulturą.
Wracając do relacji stylu życia i kultury, w węższym znaczeniu – jako dzieła, twórczość – kultura to jedna ze składowych stylu życia. “Ubieramy się” w określoną kulturę podobnie, jak przyjmujemy dany styl ubierania. Dobieramy, komponujemy z dostępnych elementów – to pomaga nam się wyróżnić, ale już nie odróżnić „od całej reszty”. Kontakt z kulturą nie daje nam przepustki do świata ludzi kulturalnych, nie jest znakiem przynależności do elity. Co najwyżej pozwala nam definiować siebie w odniesieniu do określonego nurtu kultury, jednego z wielu. To zmiana w stosunku do wcześniejszego rozumienia terminu „kultura”. Tak blisko związana ze stylem życia kultura przestaje być czymś, do czego się aspiruje. Tak jak każdy żyje według jakiegoś stylu życia, tak każdy jest kulturalny.
—
* tytuł jest nawiązaniem do hasła akcji blogerów podróżniczych związanej z przypisaniem blogów podróżniczych do kategorii lifestyle w konkursie Blog Roku 2013.
Właśnie ukazała się publikacja „Edukacja kulturalna i medialna. Nowe trendy i wyzwania.” przygotowana przez Grzegorza Stunżę (Edukator Medialny) i wydana przez Instytut Kultury Miejskiej. Polecam zamieszczone w niej rozmowy (m.in. o grywalizacji i wizualizacji danych) oraz artykuły. Miałem przyjemność napisać krótki tekst do działu „Komentarze” i dzięki zadanym przez Grzegorza pytaniom uporządkować kilka myśli, które od pewnego czasu nie dają mi spokoju.
Tekst wrzucam na blogu, ponieważ bardzo mnie interesuje, co Wy o tym sądzicie? Podzielacie te wątpliwości? Mylę się? Chętnie poznam Wasze zdanie. Z przyjemnością przyjmę też brutalny, dobrze uargumentowany, atak na postawione tezy, bo to zawsze pomaga w lepszym sformułowaniu swojego stanowiska lub… jego zmianie.
Poniżej część komentarza, w której staram się odpowiedzieć na pytania: Czy warto jeszcze mówić o kulturze uczestnictwa, promować określone postawy odbiorców kultury, wyposażać ich w narzędzia i umiejętności korzystania z kultury? Czy potrzebna nam jeszcze określona polityka kulturalna?
—–
O kulturze uczestnictwa mówić warto, ale zastanawiam się nad tym, czy nie przeceniamy jej znaczenia. Mocne akcentowanie twórczego korzystania z kultury może odsuwać na dalszy plan inne sposoby uczestnictwa, które nie wiążą się z podejmowaniem własnej aktywności twórczej. Na przykład refleksyjne, emocjonalne obcowanie z dziełem sztuki. Nie trzeba od razu tworzyć własnego remiksu, żeby odnieść treść obejrzanego filmu do własnej sytuacji życiowej. Wysiłek włożony w nadanie dziełu osobistego znaczenia jest z pewnością bardzo duży i w większości przypadków wystarczający. Jeżeli się na to zgodzimy, to nie musimy traktować kultury uczestnictwa jako ideału, do którego należy dążyć, żeby zastąpić nim mniej twórcze formy korzystania z kultury.
Dlatego nie czuję rozczarowania, gdy czytam o wynikach najnowszych badań, które wskazują, że niewielu użytkowników sieci tworzy w niej treści. Być może od początku oczekiwanie, że kultura uczestnictwa może stać się powszechnym zjawiskiem było nierealistyczne. I to niezależnie od tego, czy mówimy o twórczości w Internecie, czy poza nim. Patrząc nie tylko na kontekst kultury uczestnictwa: być może idea, że każdy może być, a nawet już jest, artystą od początku była utopijna lub opierała się na nadmiernym rozciągnięciu znaczenia terminu artysta. Znaczenie każdego terminu da się rozszerzyć. Wtedy zgoda – każdy jest artystą w tym sensie, że uprawia sztukę życia i twórczo podchodzi do porannego picia kawy. To działa na wyobraźnię, ale gdy termin zaczyna znaczyć zbyt wiele, istnieje ryzyko, że przestanie znaczyć cokolwiek.
Jeszcze jeden wymiar kontaktu z kulturą umyka nam, gdy stawiamy za ideał kulturę uczestnictwa. Ta jest z istoty wspólnotowa, a przecież jest jeszcze indywidualne obcowanie z twórczością. Już nie tylko nie muszę pisać wierszy, żeby mieć satysfakcjonujący kontakt z poezją. Nie muszę także zapisywać się do poetyckiego kółka dyskusyjnego, żeby dzięki lekturze tomów poetyckich mieć wartościowe przeżycia i przemyślenia.
Prawdopodobnie te sposoby uczestnictwa w kulturze (nadawanie osobistego znaczenia, indywidualny kontakt z dziełem) schodzą na dalszy plan, szczególnie w refleksji nauk społecznych, bo trudniej je zaobserwować, zmierzyć. Łatwiej policzyć ile osób regularnie prowadzi blog, niż dowiedzieć się, ilu czytelników blogów czyta teksty w sposób pogłębiony, refleksyjny. Prościej zbadać fandom serialu niż sprawdzić, na ile szeroka publiczność traktuje opowiadane w serialu historie jako punkt odniesienia dla sytuacji życiowych. Jesteśmy w stanie policzyć, ile osób było na spektaklu, ale już wiedza o tym, jak spektakl wpłynął na widzów, czy ich poruszył, jest trudna do zdobycia.
Piszę o “odnoszeniu do swojego życia” bo taką między innymi funkcję pełni moim zdaniem kultura. Czy to będzie dzieło popkultury, czy kultury wysokiej, dla odbiorcy może stać się materiałem do przemyśleń, ułatwiać zrozumienie, przeżycie zdarzeń z własnego życia.
Wprowadzenie wątku korzyści z uczestnictwa w kulturze ułatwia odpowiedź na pytanie, czy warto wyposażać odbiorców w narzędzia i umiejętności korzystania z kultury i promować określone postawy. Tak, ze względu na to, że kultura pomaga w tworzeniu dobrego społeczeństwa i dobrego życia. Przywołuję kategorie, które zazwyczaj nie pojawiają się w dyskusjach o polityce kulturalnej. Uważam, że bez wejścia na ten poziom dyskusji nie jest możliwe fundamentalne uzasadnienie potrzeby prowadzenia polityki kulturalnej. Takie postawienie problemu przenosi ciężar dyskusji na ustalenie, co to znaczy „dobre społeczeństwo” i „dobre życie”. W konsekwencji wiąże się z uzasadnieniem prowadzenia polityki publicznej w ogóle. Wiem, ale bez określenia roli kultury w życiu jednostki i społeczeństwa, uzasadnienie polityki kulturalnej będzie opierało się na wątłych teoretycznie podstawach, a to przydatności w zwiększaniu PKB, czy promowaniu miast, a to roli we wzmacnianiu kapitału społecznego.
Podkreślam wymiar zbiorowy i indywidualny uczestnictwa w kulturze, ze wskazaniem, że ten drugi w refleksji ostatnio zaniedbujemy. Więcej mówi się o tym, jak kultura służy tworzeniu i wzmacnianiu relacji, preferuje się takie jej formy, które sprzyjają byciu razem. Mniej jest miejsca na docenienie roli kultury w konstytuowaniu się osoby. Chciałem w pierwszym odruchu napisać „w rozwoju osoby”, ale zamieniłem „rozwój” na niezbyt dobrze brzmiące, za to bardziej adekwatne, „konstytuowanie”. Do takiej ostrożności skłoniła mnie między innymi słuszna uwaga Marka Krajewskiego o fetyszyzacji zmiany (a więc również rozwoju) w rozmowach o kulturze. „Zmiana sama w sobie nie jest zła, ani dobra, podobnie, jak status quo. Problem polega na tym, że fetyszyzujemy zmianę, bo utożsamiamy ją wyłącznie z tym, co witalne, żywe, progresywne, nowoczesne.” – mówi Krajewski.
Wczoraj rano jak zwykle zapisywałem teksty do Pocket’a, żeby je przeczytać w wolnej chwili, na przykład w sobotnie przedpołudnie. Niespodziewanie, przy wpisie z bloga krytycznoliterackiego, prawy przycisk i “Save to Pocket” nie zadziałały. Autor zadał mi za to pytanie:
Zaskoczenie. Nie, nie zapytałem. Poczułem się dziwnie. Trochę jak w sennym koszmarze. O co chodzi? Czyżby autor podejrzewał mnie o niecne zamiary? Trudno w to uwierzyć*, pewnie nie dostosował zabezpieczeń przed naruszeniem praw autorskich do zmian technologicznych. Nie przewidział rozwiązań takich jak Pocket, możliwości przerzucenia tekstu na czytnik itp.
Tak czy inaczej, przyznacie – dość osobliwe. To wyobraźcie sobie, że wprowadzono zakaz linkowania. Za każdym razem, gdy chcecie coś podlinkować musicie zapytać o zgodę właściciela praw autorskich. Nie sprowadzam do absurdu. Jedno z pytań konsultacji dotyczących prawa autorskiego ogłoszonych przez Komisję Europejską brzmi: „Czy podanie hiperłącza odnoszącego do utworu lub innego przedmiotu chronionego prawem autorskim, zawsze lub w niektórych przypadkach, powinno wymagać zezwolenia posiadacza praw?”.
Właśnie o tych konsultacjach chciałem napisać, bo przecież nie o kłopotach ze skopiowaniem na własny użytek jednego tekstu z jednego bloga. Z tym łatwo sobie poradzić. Trudniej radzić sobie z prawem, które nie odpowiada na zmiany technologiczne i społeczne. Stąd propozycje reform i, między innymi po sprawie ACTA, publiczne konsultacje, w których każdy z nas może wziąć udział.
Czasu zostało niewiele, konsultować można tylko do środy, 5 marca. Zachęcam Was do udziału, ja odpowiem na pytania dzisiaj. Będę się kierował prostą zasadą (zgodną z tym, czym zajmuję się na blogu i w pracy): wspierania tych rozwiązań, które poszerzają pole publicznego dostępu do kultury i dają możliwości aktywnego z niej korzystania, z poszanowaniem praw twórców. Takim rozwiązaniem jest na przykład skrócenie okresu ochrony utworów z 70 lat od daty śmierci autora lub daty pierwszego rozpowszechnienia do 50 lat, co pozwoli na ich szybsze przechodzenie do domeny publicznej.
Udział w tych konsultacjach jest istotny, im więcej głosów uczestników, twórców, osób pracujących w instytucjach kultury, tym lepiej. Bo pośrednicy, duże firmy na pewno zadbają o obecność swojego stanowiska, co warto zrównoważyć.
Po teksty omawiające szczegółowo wybrane zagadnienia zapraszam na blogi i serwisy pozostałych uczestników akcji promującej konsultacje:
Prawo Nowych Technologii: http://techlaw.pl/co-mnie-
VaGla: http://www.prawo.vagla.pl/
Edukator Medialny: http://edukatormedialny.pl/
Prawo Kultury: http://prawokultury.pl/newsy/
IP Blog: http://www.ipblog.pl/2014/03/
Co nas uwiera w prawie autorskim?: http://
Lookreatywni: http://lookreatywni.pl/
Muzyka i Prawo: http://muzykaiprawo.pl/
NaTemat: http://michalkowalski.natemat.
Własność Intelektualna w Praktyce: http://prawo-ip.blogspot.com/
Centrum Cyfrowe: http://centrumcyfrowe.pl/
Radek Czajka: http://blog.rczajka.pl/2014/
Cyberprawo.org: http://cyberprawo.org
Prawo Muzyki: http://prawomuzyki.pl
Dla usprawnienia udziału w konsultacjach warto skorzystać z pomocy serwisu Fix Copyright:youcan.fixcopyright.eu/pl
Fix Copyright to inicjatywa organizacji, które opowiadają się za gruntownym zreformowaniem systemu prawa autorskiego. Inicjatywa jest związana z koalicją Copyright for Creativity, której członkami w Polsce są Centrum Cyfrowe i Fundacja Nowoczesna Polska. W serwisie Fix Copyright znajdują się komentarze i sugestie dotyczące odpowiedzi.
Jeszcze dobre wiadomości:
– można udzielić odpowiedzi w języku polskim;
– nie trzeba odpowiadać na wszystkie osiemdziesiąt pytań, można wybrać tylko te kwestie, które nas szczególnie interesują.
W serwisie Prawokultury.pl znajdziecie nawet możliwość wyboru pytań w zależności od tego, jak dużo czasu macie na udział w konsultacjach (od kilku minut do kilku godzin).
To do konsultacji! Trzeba, bo chwila nieuwagi i pewnego dnia obudzimy się w świecie z całkiem innym internetem.
—
* Zaintrygowany, wysłałem do autora takie zapytanie:
“Szanowny Panie, w nawiązaniu do komunikatu „A zapytałeś o zgodę o kopiowanie?” z bloga Krytycznym okiem, chciałbym zapytać, czy wyraża Pan zgodę na skopiowanie wywiadu z Kają Malanowską do serwisu Pocket (https://getpocket.com/) w celu przeczytania tekstu w wolnej chwili.”
Zgody za pierwszym razem nie otrzymałem. Po wymianie maili autor przystał na skopiowanie tekstu, ale za pomocą (niezablokowanych) skrótów klawiaturowych. Do Pocket’a i tak w ten sposób nie zapiszę, mimo to cieszę się z uznania przez autora możliwości kopiowania tekstu na użytek własny.
Wpis 13 porad dla artystów z bloga Black Dresses Moniki Kamińskiej czytam jak felieton, a z felietonem trudno polemizować punkt po punkcie. Nie ma też większego sensu traktować tej formy publicystyki jako wykładni stanowiska, czy wyczerpującego przedstawienia tematu.
Można za to uznać, że tekst jest świadectwem rozminięcia oczekiwań twórców i publiczności wobec teatru. Jako oznaka tego zjawiska zasługuje na uwagę większą niż zwykły felieton. Kamińska apeluje “Drodzy artyści, pomyślcie więc czasem też o widzach. Nie tylko o swojej misji, wizji reżysera i zbawieniu świata. My naprawdę wolimy poprawny spektakl w kostiumach niż kolejny eksperyment, który jest kopią eksperymentu sprzed roku, a tamten znowu kopiował coś przed dwóch lat.”
Taki “głos z widowni” wzbogaca, trwającą w środowisku teatralnym od wielu lat, dyskusję o teatrze młodym i starym, zaangażowanym i mieszczańskim, awangardowym i tradycyjnym, poszukującym i zachowawczym itd.
Dyskutowali jak dotąd krytycy, twórcy teatralni, ale widzowie nie mieli wielu możliwości publicznego zabierania głosu. Nie ma przeszkód, żeby w dalszej debacie brały udział trzy strony: krytycy, twórcy, odbiorcy.
Opinia autorki (nie odosobniona, sądząc po komentarzach pod jej wpisem) komplikuje też dość prostą linię podziału, gdzie przeciwnikami teatru eksperymentalnego są tradycjonaliści, obyczajowi konserwatyści, osoby, które nie rozumieją współczesnego świata. Okazuje się, że na przykład nadmiar nagości i wulgaryzmów może nie podobać się także widzom nowoczesnym, młodym, dobrze wykształconym, aktywnym kulturalnie i kompetentnym. Nie wszyscy przeciwnicy awangardy (“przeciwnicy” trochę na wyrost) noszą moherowe berety.
Rozminięcie oczekiwań twórców i publiczności wobec teatru nie dotyczy tylko estetyki. Nie chodzi też wyłącznie o słabe przedstawienia. Problem jest bardziej fundamentalny, a jego istotę uchwycił Maciej Nowak. Fragment artykułu “Dwa teatry” z Krytyki Politycznej z 2007 roku bardzo dobrze współbrzmi z tekstem Moniki Kamińskiej, w pewnym sensie wyjaśnia, czemu teatr zawodzi wielu widzów:
“Bo – trzeba w końcu zakwestionować jeden z najtrwalszych stereotypów teatralnego dyskursu – publiczność, zjawisko z katalogu pojęć konsumencko-klientelistycznych, nie jest głównym odniesieniem dla teatralnej pracy. Dzieje się tak jedynie w przypadku teatrów komercyjnych, gdzie publiczność kupuje sobie przyjemność. W teatrach publicznych sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Mimo iż również tutaj widzowie zostawiają pieniądze w kasie biletowej, to wpływy te stanowią zaledwie margines wpływów. Podstawowe środki na utrzymanie zespoły zajmujące się teatrem artystycznym uzyskują ze źródeł budżetowych. I dlatego elementarny poziom lojalności obowiązuje artystów teatru nie wobec publiczności, lecz społeczeństwa. A zatem wypełnianie przez teatr misji społecznej, uczestnictwo w debacie publicznej, poczucie odpowiedzialności za społeczność, w której pracuje, wydają się istotniejsze niż uganianie się za konwencjonalnymi zazwyczaj oczekiwaniami publiczności.”
Kłopot w tym, że na widowni siedzi publiczność, nie społeczeństwo.
Zapraszam do lektury artykułu, który ukazał się w internetowym magazynie „Kultura Enter” wydawanym przez lubelskie Warsztaty Kultury. Temat przewodni numeru to „Kultura edukacji /edukacja kultury”. Piszę w nim warunkach wstępnych, które trzeba spełnić, żeby produktywnie zastanawiać się nad wpływem internetu na uczestnictwo młodych w kulturze. Jest o nostalgii, saturatorach, a nawet roli samochodu w kulturze amerykańskiej. Zapraszam.
„Internet i kultura. Co powinni zrobić starsi, żeby zrozumieć młodszych” znajdziecie tu. Polecam też inne artykuły z tego numeru, na przykład zapis dyskusji wokół wyników badania „Licealiści a kultura – oceny, uczestnictwo, zapotrzebowanie”, wprowadzenie do idei szkół demokratycznych czy wypowiedzi maturzystów, na przykład taką myśl o przyczynach kryzysu czytelnictwa: „Obecnie uzbrajamy wychodzącą ze szkół ponadgimnazjalnych młodzież w przeświadczenie, że książki są nudne i męczące, a czytanie to bardziej kara i obowiązek, niż sposób na przyjemne spędzanie wolnego czasu.”
21 listopada to Światowy Dzień Filozofii. Z tej okazji wpis nietypowy. Pomyślałem, że przyda się w internecie nawet drobna przeciwwaga dla tekstów o wyznaczaniu sobie ambitnych celów, planowaniu ścieżki kariery, zarządzaniu życiem i tym podobnym entuzjastycznym zachętom do projektowania swojej przyszłości. Wobec tego przywołuję kilka zdań ze wspomnień Władysława Tatarkiewicza:
„Życie me nie przebiegało według planu; planu po prostu nie miałem. Działały przyczyny, nie cele. Co najwyżej działały cele częściowe i bliskie. Decyzje zapadały nie tyle drogą wyboru („to mi odpowiada”), ile eliminacji („tego nie chcę”). A nawet wyrażenie „decyzje” nie jest ścisłe; modus vivendi ustalał się jakby sam, gdy odpadły inne możliwości, do których miałem niechęć, a przynajmniej nie miałem pociągu.
Czy więc nie miałem celów w życiu? Miałem tylko jeden, bardzo ogólny: by życie znośnie i przyzwoicie przeżyć. A poza tym tylko cele bardzo szczegółowe: napisać taką oto książkę, opracowując temat, który mię pociągał albo był mi zadany, znaleźć mieszkanie, czy też obmyślić podróż. Natomiast nie miałem celów pośrednich: nie projektowałem, że życie poświęcę nauce, że będę pracować na polu filozofii. Zrobiło to się samo, przez wyłączenie innych możliwości czy przez nacisk sytuacji.
Moje dzieje można tak określić: raczej los kierował nimi, niż ja próbowałem kierować losem. Nie wstydzę się tego, choć zapewne nie doceniałem możliwości jednostki w jej zapasach ze zdarzeniami.
Nie ja kierowałem warunkami życia, lecz warunki mną kierowały i to okazało się korzystne. Niczego szczególnego się nie spodziewałem, na wiele różnych losów byłem gotów się zgodzić.
Nie mając planów, niczego od ludzi i losu nie oczekiwałem, i to było źródłem spokoju, a spokój – zadowolenia. Dziś, gdy to wszystko dawno minęło, nie mam wątpliwości, że to było na swój sposób dobre.”
–
Teresa i Władysław Tatarkiewiczowie, Wspomnienia, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1979 (wydanie pierwsze), s. 180-181, dwa ostanie akapity: s. 140.
Kika dni temu wybrałem się* na debatę „To blog or not to blog” zorganizowaną przez Teatr Polski w Warszawie. Zestaw gości był różnorodny i imponujący, udział wzięli: Marzena Dobosz, Monika Kamińska, Bartłomiej Miernik, Wojciech Majcherek, Andrzej Tucholski, Janusz Majcherek (prowadzący).
Jak to precyzyjnie sformułowali organizatorzy była to „debata poświęcona blogom i autorskim formom wypowiedzi w internecie na tle marginalizowania roli krytyki teatralnej oraz kryzysu tradycyjnych form komentowania polskiego życia teatralnego.” Temat bardzo mi bliski między innymi dlatego, że na początku pisałem na Widowni tylko o teatrze (chociaż nie były to recenzje).
Zachęcam do obejrzenia zapisu debaty, pojawiło się w jej trakcie sporo ciekawych wątków, między innymi o braku redakcji tekstów na blogach i o tym jak czytelnicy przejmują rolę redaktorów oraz o różnicach pomiędzy opiniami o spektaklach a recenzjami – krytyką teatralną. Tym razem chciałbym się odnieść nie do konkretnych tematów poruszonych w czasie dyskusji, ale do jej struktury.
Przez całą debatę miałem niejasne poczucie, że już się z czymś podobnym zetknąłem. Dzisiaj wreszcie znalazłem. Przejście od krytyki teatralnej w mediach tradycyjnych do opinii o spektaklach na blogach to mutatis mutandis** jak przejście od kultury helleńskiej do kultury hellenistycznej. Już podaję stosowny cytat:
„Jak cała kultura helleńska, kiedy staje się kulturą hellenistyczną, traci początkowy wigor i pierwotną siłę, tak samo – i szczególnie – filozofia powiększa zasięg swego oddziaływania, ale traci głębię. Strata ta zachodzi akurat w wymiarze teoretycznym, a więc dotyczy właśnie siły i żywotności filozofii spekulatywnej. Zysk natomiast polega na tym, że filozofia, zająwszy się w istocie problematyką życia, umie dotrzeć z ważnym przekazem do bez porównania większej liczby osób.” (Giovanni Reale, Historia Filozofii Starożytnej, tom III: Systemy Epoki Hellenistycznej, Lublin 1999, s. 29-30.)
W tym opisie znajdziemy wszystko, co potrzebne do skomentowania debaty „To blog or not to blog.” Dało się zauważyć, że krytyka teatralna straciła wigor i pierwotną siłę. Najpierw skonstatowano upadek krytyki teatralnej w mediach tradycyjnych, raczej bez nadziei na odwrócenie tendencji. Potem ze sceptycyzmem przypatrywano się próbom uprawiania profesjonalnej krytyki w internecie, a już na pewno bez wiary w możliwość zarabiania na niej. Mówiono o tym, że pisanie o teatrze powiększa zasięg swojego oddziaływania (blogi), ale traci głębię. O utracie głębi mówiono nie wprost, ale mocno. Pasowałoby tu kolejne zdanie z Realego „Hellenizm zatraca wyczucie dla transcendencji, dla tego co meta-fizyczne, duchowe” i jego dopowiedzenie, że to „rozprzestrzenienie się kultury” niesienie ze sobą „nie tylko utratę głębi, lecz także utratę czystości”. Kultura która nadchodzi jest bardziej pragmatyczna, mniej spekulatywna, jest skoncentrowana na ”rozwiązywaniu problemów życiowych” (Reale).
Czego mi w debacie zabrakło to wskazania, znów parafrazując Realego, na zysk, który polega na tym, że teatr umie dotrzeć z ważnym przekazem do bez porównania większej liczby osób (między innymi dzięki blogom). Zabrakło kilku minut na wspólne (podkreślam „wspólne”, bo odosobnione głosy się pojawiały) radowanie się tym, że ludzie spoza środowiska teatralnego chcą czytać i dyskutować o teatrze. Niewiele było entuzjazmu wobec tego, że blogi mogą wzmacniać zainteresowanie teatrem, nawet jeśli publikowane są na nich tylko opinie. Może to wynika z samowystarczalności środowiska teatralnego, sam nie wiem.
Odbiegając od hellenizmu, ale pozostając przy toposie „zderzenie starej i nowej kultury”, warto zauważyć, że role w tym spektaklu tej debacie były dobrze obsadzone (nieprzypadkowo uczestnicy i uczestniczki siedzieli na scenie). Prowadzący świetnie sobie radził z rolą reprezentanta tradycyjnej, odchodzącej kultury. Z odpowiednią dawką ironii i puszczając do widza oko spoglądał na przedstawicieli nowej kultury z życzliwością i ciekawością, nie pozwalając jednak zapomnieć o dzielących ich różnicach. Pojawiały się nawet wyrafinowane, drobne złośliwości jak w efektownym zdaniu: „Trudno nie być narcyzem w czasach, które są tak narcystyczne.” Może to zresztą nie były złośliwości, ale efekt tego, że trudno było się uczestnikom debaty zrozumieć. Mówili innymi językami, jak to ludzie różnych kultur. Przedstawiciele „nowego, które nadchodzi” odegrali rolę nieco onieśmielonych, niepewnych wobec erudycji „starego, które przemija”, ale jednocześnie byli pełni wigoru i pierwotnej siły, bo za chwilę przecież będą rządzić światem, o ile już nim nie rządzą. Mieliśmy nawet obsadzoną trudną rolę kogoś, kto wywodzi się ze starej kultury, ale stał się entuzjastą tej nowej, przeszedł na jej stronę i teraz ani nie jest do końca akceptowany przez starych, ani w pełni nie należy do nowych.
Pamiętajmy, że to tylko analogie, ale płodne. Gdyby ktoś znalazł lepsze, chętnie je poznam. Może lepiej nadaje się do porównań schyłek Imperium Rzymskiego? Tak czy inaczej historia może nam pomóc w zrozumieniu tego, czego obecnie doświadczamy. Mi na przykład pomaga w dostrzeżeniu ciągłości między krytyką teatralną a opiniami na blogach/okresem helleńskim a hellenistycznym. A już myślenie o tym, że „epoka blogów” będzie równie klasyczna co „epoka hellenistyczna” i że przyjdą następni, którzy będą ją odrzucać, a jednocześnie z niej czerpać jest nie tylko ciekawe, ale też bardzo zabawne.
—
*Jeżeli zarezerwowałem sobie czas i pilnie śledziłem debatę w czasie transmisji on-line to „wybrałem się na debatę” czy nie?
**Czym byłby wpis nawiązujący do filozofii starożytnej bez przywołania zgrabnego łacińskiego zwrotu?
Epikur, ze zbiorów Muzeum Narodowego w Rzymie, fot. Marie-Lan Nguyen, źródło: Wikimedia Commons
Komentarze ekspertów do wyników badań – w poprzedniej notce wspomniałem, że są niebezpieczne. Jak na życzenie czytelnik Widowni podesłał link do artykułu, który doskonale pokazuje dlaczego. Przyjrzymy się jak to działa w tekście „Polacy wciąż na bakier z kulturą” z Rzeczpospolitej.
Podstawą artykułu są dane, w tym przypadku o wydatkach gospodarstw domowych na kulturę, a dokładniej „przeciętne roczne wydatki na 1 osobę w gospodarstwie domowym”. Dowiadujemy się z tekstu, za raportem GUSu „Kultura w 2012 r.”, że wyniosły one 428,28 zł. Następnie czytamy: „To o 5,6 proc. więcej niż w latach poprzednich.” Nie cieszmy się jednak (chociaż ja bym się trochę cieszył, bo z innej publikacji GUS wynika, że rok 2012 był drugim z kolei rokiem realnego spadku wydatków ogółem w gospodarstwach domowych). Dziennikarka nie pozostawia złudzeń i dopowiada: „Nie jest to jednak powód do radości – kwota jest dramatycznie niska, a jej wzrost spowodowany jest tym, że przed Euro 2012 wielu Polaków wymieniło… telewizory.” Zaglądam do raportu i dowiaduję się, że „wzrost wydatków na zakup telewizorów (o 17,9% w porównaniu z rokiem poprzednim) mógł być związany przede wszystkim ze zmianą systemu nadawania naziemnego sygnału telewizyjnego z analogowego na cyfrowy, ale także m.in. z odbywającymi się w 2012 r. wielkimi imprezami sportowymi: rozgrywanymi w Polsce mistrzostwami Europy w piłce nożnej i Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie.” O czym zresztą jest mowa w dalszej części artykułu, ale to dopiero później. Jak już nam zapadło w pamięć, że to przez Euro.
Tak czy inaczej wzrost wydatków na kulturę wziął się tylko ze wzrostu wydatków na telewizory. Na pewno? Zerkam ponownie do raportu i widzę, że na bilety wstępu do teatrów, instytucji muzycznych i kina wydano przeciętnie na osobę 14,9% więcej niż w 2011 r.
Wracając do artykułu, jeżeli chodzi o dane to dowiemy się z niego jeszcze ile przeciętnie wynosiły wydatki na kulturę w poszczególnych kategoriach. Na przykład każdy z nas statystycznie wydał na zakup telewizora 43,44 zł i tym podobne informacje.
Potem wkraczają eksperci i robi się naprawdę ciekawie. Wiemy już, że jest źle, ale dlaczego tak jest i jak temu zaradzić? Ekspert nr 1 mówi tak: „Polacy nie potrzebują kultury. Z tegorocznych badań Diagnozy Społecznej wynika, że prawie połowa ankietowanych twierdzi, że w ogóle ich to nie interesuje. Stąd nie powinny nikogo dziwić niskie wydatki na ten cel.” Dobrze. Poznaliśmy jedną (jedyną?) przyczynę niskich wydatków na kulturę – brak zainteresowania kulturą, potrzeb kulturalnych.
Ekspert nr 2 nieco inaczej odpowiada na pytanie dlaczego „Polacy są z kulturą na bakier?”: „Moim zdaniem z dwóch powodów. Po pierwsze spowodowane jest to biedą, bo ludzie prędzej kupią jedzenie niż bilet do teatru. Po drugie, ludziom brakuje tzw. kompetencji kulturowych, czyli np. nie słuchają muzyki, bo jej nie rozumieją.”
Może eksperci nie wiedzieli, że komentują konkretne dane z konkretnego raportu GUSu i dlatego się do nich właściwie nie odnoszą? Gdzieś w tym szukaniu głębokich wyjaśnień („ludzie prędzej kupią jedzenie niż bilet do teatru”) umknęło również, że wydatki na kulturę to nie to samo co uczestnictwo w kulturze.
Pozostaje jeszcze milcząco przyjęte założenie, że te 428,28 zł rocznie „przeciętnych rocznych wydatków na 1 osobę w gospodarstwie domowym” to mało. Nie wiem czy to dużo czy mało i bardzo chciałbym się dowiedzieć. Mało w stosunku do czego? Kiedy byłoby odpowiednio? Będę szukał odpowiedzi. Na razie wiem tyle, że „w 2012 r. udział wydatków na kulturę w łącznych wydatkach gospodarstw domowych wzrósł nieznacznie w porównaniu z 2011 r. i wyniósł 3,4% (w roku poprzednim – 3,3%).”
Porównuję to ze strukturą wydatków gospodarstw domowych z publikacji „Sytuacja gospodarstw domowych w 2012 r. w świetle wyników badania budżetów gospodarstw domowych„. Wiedzieliście, że udział wydatków na napoje alkoholowe i napoje tytoniowe w wydatkach ogółem wynosi 2,7%? Już widzę te tytuły w gazetach: „Polacy wydają na kulturę więcej niż na alkohol i papierosy!”. Wydatki na restauracje i hotele to 2,8%. Znowu upraszczając, wydajemy na kulturę więcej niż na jedzenie poza domem. No nic, trzeba będzie zajrzeć do tabel i się temu dokładnie przyjrzeć, tymczasem wróćmy do artykułu.
Wiecie co jest naprawdę zdumiewające? Że eksperci nie zauważyli wielkich nieobecnych zestawienia wydatków na kulturę, czyli komputera i telefonu z dostępem do sieci. Eksperci przeoczyli Internet.
To już lepiej z komentowaniem własnego raportu poradził sobie jego autorzy. Pozwólcie, że zacytuję dwa fragmenty:
„Rozwój nowych technologii sprawia, że odsetek gospodarstw domowych wyposażonych w urządzenia audiowizualne nieco starszego typu (odtwarzacz mp3, odtwarzacz DVD, tzw. wieża itd.) stale zmniejsza się w ostatnich latach. Brak danych o wyposażeniu gospodarstw domowych w coraz bardziej rozpowszechnione przenośne urządzenia, przy pomocy których można odtwarzać dźwięk i obraz, utrudnia ocenę tempa i poziomu „starzenia się” bardziej tradycyjnego sprzętu audiowizualnego. Jeśli jednak korzystając z telefonu komórkowego (choć nie każdego modelu) możemy słuchać muzyki, wysłuchać audycji radiowej czy obejrzeć serial telewizyjny, nie mówiąc już o połączeniu z portalami internetowymi, to niech za komentarz wystarczy stwierdzenie, że przynajmniej jeden telefon komórkowy posiada 92,0% gospodarstw domowych; 93,2% w miastach i 89,5% na wsi (w 2011 r. – 90,3%; w miastach – 91,6%, a na wsi – 87,8%).”
„Odsetki gospodarstw domowych wyposażonych w tradycyjny sprzęt audiowizualny obniżają się, co ma niewątpliwie związek ze wzrastającą liczbą komputerów z dostępem do Internetu posiadanych przez gospodarstwa domowe. To urządzenie multimedialne pozwala obecnie na tyle form odbioru i przetwarzania obrazu i dźwięku, że gospodarstwa domowe często rezygnują z posiadania zajmującego wiele miejsca i powielającego funkcje komputera innego sprzętu audiowizualnego.”
Komentarze w raporcie zdecydowanie lepsze niż te w artykule, zgodzicie się? Czy przyczyną jest tylko to, że artykuł ma ograniczoną liczbę znaków? Czy merytoryczny komentarz w mediach jest możliwy? Jeśli tak, jakie powinien mieć cechy? Warto się nad tym zastanowić, ale już nie w tym wpisie. Tutaj chciałem tylko podważyć Wasze zaufanie do ekspertów.
—
Tytuł wpisu to cytat z artykułu.
„Polacy zgodnie przyznają, że nie interesuje ich kultura i sztuka.” „Polacy wciąż na bakier z kulturą.” Zdecydowanie największą popularnością wśród Polaków cieszą się imprezy i wydarzenia kulturalne mające charakter rozrywkowy i towarzyski.” Ach ci Polacy.
Bardzo się smucę, gdy czytam takie doniesienia w mediach. Z troską pochylam nad komunikatami z badań. Czy martwi mnie słaba kondycja kulturalna Polaków? Nie, bo z takich doniesień i badań nie dowiaduję się o niej zbyt wiele. Za wcześnie na lament. Za to niepokoi mnie jałowość dyskusji, które toczymy na podstawie takich informacji. A już pojawiające się przy okazji komentarze ekspertów, którzy szybko podsuwają wyjaśnienie stanu rzeczy i proponują środki zaradcze uważam za niebezpieczne.
Nie myślcie, że za chwile zacznę utyskiwać na media, które upraszczają przekaz i na badania ilościowe, które nie biorą poprawki na współczynnik humanistyczny. Jedyne co zalecam, to odrobina zdrowej podejrzliwości wobec tego, co czytamy.
Weźmy na przykład informację „Po kulturę na piknik” opublikowaną na stronie ARC Rynek i Opinia. News pokrążył trochę w sieci (zgodnie z obyczajem jako czyste kopiuj/wklej) i wywołał poruszenie. Z krótkiej informacji dowiadujemy się między innymi, że „w ciągu ostatnich 10 lat odsetek osób deklarujących duże zainteresowanie tą dziedziną życia oscylował wokół 1-3%, zaś osób trochę zainteresowanych – wokół 20-25%. W tym roku było to odpowiednio: 1% osób bardzo zainteresowanych kulturą i sztuką oraz 25% osób trochę interesujących się tą dziedziną życia. Zdecydowanie największą popularnością wśród Polaków cieszą się imprezy i wydarzenia kulturalne mające charakter rozrywkowy i towarzyski. Znacznie mniej chętnie Polacy chodzą na koncerty muzyki innej niż popularna, spektakle teatralne, festiwale, bezpośrednie spotkania z artystami, do muzeum czy galerii.”
Dobrze, ale co to właściwie za badanie i jaki był jego cel? Otóż nie jest to „badanie zainteresowania kulturą i preferowanych form uczestnictwa w kulturze Polaków” tylko Sponsoring Monitor, realizowane przez ARC Rynek i Opinia od kilku lat cykliczne komercyjne badanie, którego celem jest zbadanie potencjału kultury i sportu w kontekście sponsoringu. W informacji „Po kulturę na piknik” widzimy tylko niewielki wycinek Sponsoring Monitora. Pytań, na które odpowiada respondent jest więcej, także pytań o kulturę, w tym o znajomość i uczestnictwo w konkretnych wydarzeniach (co może zainteresować potencjalnego sponsora).
Jesteście przekonani, że warto formułować mocne sądy o uczestnictwie w kulturze na podstawie komercyjnych badań sponsoringowego potencjału kultury i sportu? No i o jakim uczestnictwie, jak rozumianej kulturze i sztuce mówimy? Jak dowiedziałem się w ARC (kto śledzi Widownię na Facebooku wie, że wysłałem tam kilka pytań): „W ogólnym pytaniu o zainteresowanie kulturą nie doprecyzowujemy pojęcia kultura – zależy nam na spontanicznych odpowiedziach respondentów.” (To odpowiedź na pytanie o koncepcję badania: przyjętą definicję kultury, zainteresowania kulturą i uczestnictwa w kulturze oraz operacjonalizację tych pojęć). Byłem również ciekaw, czy ankieter miał instrukcję dotyczą pytania „Czy interesuje się Pan/Pani kulturą?” która pomagała wyjaśnić respondentowi co to znaczy „interesować się kulturą”. Na to pytanie, jak i kilka innych, odpowiedzi nie otrzymałem ze względu na komercyjny charakter badania, co jest zresztą w pełni zrozumiałe. Ponownie, czy budować opinie o kulturalnych Polakach na podstawie badań, o których koncepcji i metodologii tak mało wiemy?
Zwróćmy też uwagę na detale i różne zabawne rzeczy, które można zrobić z danymi. Zestaw odpowiedzi do wyboru był taki sam w przypadku pytań o zainteresowanie sportem i kulturą: bardzo się interesuję, trochę się interesuję, raczej się nie interesuję, w ogóle się nie interesuję. Co ciekawe w przypadku sportu wyniki są łączone, dowiadujemy się ilu Polaków interesuje się sportem, ale nie wiemy jaka część bardzo, jaka trochę, a ilu w ogóle się nie interesuje. W kulturze ten 1% bardzo zainteresowanych wygląda tak smutno, a 40% nie interesujących się w ogóle tak dramatycznie – pewnie dlatego tu wyniki są szczegółowo zaprezentowane. Jeszcze jedna rzecz różni prezentację wyników dotyczących sportu i kultury. Na przykład w informacji, z tego samego Sponsoring Monitora, na temat sportu na początku dowiadujemy się ilu Polaków interesuje się tą dziedziną, a w przypadku kultury w pierwszym zdaniu czytamy ilu się kulturą nie interesuje.
Skoro już jesteśmy przy sporcie. Wiecie, że sportem interesuje się 36% Polaków (dane z 2012), a kulturą 26% (dane z 2013)? Nie jest to kolosalna różnica, kto by pomyślał. Powszechnie jednak sądzimy, że sport ma się zdecydowanie lepiej od kultury. Środowisku ludzi kultury zdarza się nawet mieć o to drobny żal do społeczeństwa. No to posłuchajcie komentarza dr Adam Czarneckiego z ARC Rynek i Opinia „Zainteresowanie Polaków sportem na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat systematycznie spada. Jest to zaskakująca informacja, ale jest to zgodne też z trendami światowymi. Po prostu w dobie Internetu, w dobie różnego rodzaju form dostępnej rozrywki sport traci na znaczeniu. Obserwujemy w badaniach dotyczących Polaków to, że to zainteresowanie sportem spada w dużo większym stopniu w młodszych
grupach wiekowych niż w starszych. Prawdopodobnie właśnie jest to związane z tym, że młodsi mają wiele innych bardzo atrakcyjnych form rozrywki, do których może jeszcze w takim stopniu nie są przyzwyczajeni starsi, którzy ciągle są fanami sportu”.
Zaraz zaraz, jakie atrakcyjne formy rozrywki i dlaczego nic o nich nie ma w komunikacie „Po kulturę na piknik?”. Można tak dalej pytać, drążyć, zestawiać. Przecież zostały jeszcze komentarze ekspertów do prześwietlenia. W kolejce czeka raport GUSu i alarmistyczne artykuły napisane na jego podstawie, które właśnie hulają po mediach społecznościowych…
Do tematu będę wracał i mam nadzieję, że choć trochę straciliście zaufanie do doniesień o wynikach badań. Bardzo dobrze.
—
Dziękuję ARC Rynek i Opinia za przekazanie informacji, z których korzystałem w przygotowaniu tego wpisu.
—
Marina Abramovic i Kickstarter? Dwa różne światy. Hermetyczna, transgresyjna sztuka i startupowe przedsięwzięcie znane głównie z wielkich crowdfundingowych zrzutek na gry komputerowe. Tak myślałem jeszcze kilka dni temu, ale dowiedziałem się (dzięki @michalpalasz) o – zakończonej sukcesem – zbiórce na Instytut Mariny Abramovic.
Więcej o instytucie i szczegółach zbiórki dowiecie się z Kickstartera. To, że uznana artystka korzysta z crowdfundingu nie jest aż tak zaskakujące. Chociaż jeśli dodamy do tego, że w promocję projektu aktywnie włączyła się Lady Gaga otrzymamy niezły mix sztuki, popkultury i biznesu.
Zaskakujące są powody skorzystania z finansowania społecznościowego. Celem było zebranie 600 000 dolarów, to prawda. Równie ważne (a może ważniejsze, bo nie wydaje się, żeby ta zbiórka przesądzała o być albo nie być instytutu) było zbudowanie zaangażowanej społeczności wokół projektu. Społeczności, która będzie związana z instytutem także w przyszłości. Takiej, która nie tylko wspiera, ale bierze udział w działaniach, współtworzy przedsięwzięcie.
Dla tych, którzy uważnie śledzą trendy w crowdfundingu to nic nowego. Czasem Kickstartera i podobnych serwisów używa się na przykład do testowania zainteresowania rynku nowym produktem. W przypadku Abramovic widzimy jakie funkcje poza finansowaniem spełnia crowdfunding w kulturze.
Bo przecież nie chodzi tylko o pieniądze, chodzi o uwagę i zaangażowanie. O publiczność. Znaczenie transakcji się zmienia, jest wiele znaczeń (jakie pole popisu dla antropologów kultury i socjologów!). Wydając pieniądze na platformie finansowania społecznościowego nie „kupuję sobie czegoś”, ja biorę udział, przyłączam się do sprawy, wyrażam uznanie. Podobnie może się dziać w przypadku biletów na koncert, książek, płyt, o czym pisałem w notce „Płacę, bo szanuję” (przy okazji sprawdźcie kategorię crowdfunding, bo ten temat pojawił się już kilka razy na blogu).
Wracając do zbiórki na Instytut Mariny Abramovic, w opisie projektu pada mocna teza: „A primary aim of Kickstarter is also a major theme of Marina’s forty-year career in performance art: to close the gap between artist and audience.”
Awangarda biznesowa i artystyczna mają ten sam cel? Nie jest to pomysł tak szalony, jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać. Zostawiam Was z tą tezą, bo nie zaszkodzi się nad nią przez moment zastanowić. Może dłużej. Może nawet ponad sześć godzin.
Dlaczego akurat tyle? To kolejna intrygująca sprawa związana z projektem, co nie dziwi skoro stoi za nim Abramovic. Do instytutu, zgodnie z ideą long durational work, będziesz mógł wejść tylko i wyłącznie zobowiązując się do pozostania w nim przez minimum sześć godzin, a to dopiero pierwszy z warunków. Ciekawe, że internet, królestwo rozproszonej uwagi, pomaga w tworzeniu miejsca ekstremalnego skupienia.
Marina Abramovic, Bohater, Autor fotografii: Fundacja NMAC Źródło: Wikimedia Commons
Zapraszam do lektury publikacji „Bibliocamp: blogi, książki, ludzie”, którą miałem przyjemność redagować. Dowiecie się z niej jak rozpoznać dobry blog o książkach (i nie tylko) i jak taki blog prowadzić, o zmianach na rynku wydawniczym, o internetowych pesymistach i optymistach.
Autorzy i autorki tekstów: Jarek Kowal, Aleksandra Kozłowska, Dagny Kurdwanowska, Ana Matusevic, Tomasz Nadolny, Marcin Niewęgłowski, Artur Rogoś, Maciej Rynarzewski, Piotr Siuda.
Wydawcą jest Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Gdańsku. Publikacja powstała w ramach projektu Bibliocamp. Dziękuję wszystkim zaangażowanym w jej powstanie, szczególnie Alicji Lipińskiej – koordynatorce Bibliocampu.
Tekst „Kultura bez pośredników?”, który znajdziecie poniżej, jest częścią tej publikacji i mogę go swobodnie zamieścić na blogu dzięki licencji CC-BY-SA 3.0, a nie zawsze jest to takie proste.
O kulturze bez pośredników dyskutowaliśmy w czasie Bibliocampu z Marcinem Niewęgłowskim (Creative Industries) i Piotrem Siudą (Popblog). Zapis spotkania można obejrzeć tu.
Kultura bez pośredników?
Możesz wydać książkę sam, bez pukania do drzwi wydawnictwa. Możesz założyć blog i zdobyć więcej czytelników niż polskie czasopisma literackie razem wzięte kiedykolwiek pozyskają. Możesz coraz więcej. Wydawcy, Krytycy i Tradycyjne Media zdają się tracić na znaczeniu. Czyżby ziścił się sen o kulturze bez pośredników, w której nic nie stoi na drodze od twórcy do odbiorcy?
Nie całkiem. Starych pośredników zastępują nowi, nie tak niewinni i przezroczyści jak byśmy chcieli. Pośrednicy czyli z jednej strony ci, dzięki którym kultura do nas trafia – dystrybutorzy, z drugiej nasze źródła wiedzy o tym co jest godne uwagi, a co omijać z daleka. Zatem mamy, platformy internetowe, które rządzą się prawem wielkiej liczby i gdzie to, co zobaczyliśmy o 12.00, o 12.50 jest już bardzo stare, serwisy społecznościowe i e-sklepy, gdzie możemy zobaczyć, co polecają nam nasi znajomi i ludzie o podobnych gustach, i właściwie już tylko to możemy zobaczyć, bo całą pracę wykonuje za nas algorytm.
Nie chciałbym serwować tu kolejnej dyskusji w konwencji “Internet: szansa czy zagrożenie?”. Za bardzo przypominają one bowiem debaty o młodzieży. Wiadomo przecież, że dzisiejsza młodzież to nie to, co kiedyś (i teksty piosenek też są gorsze). Wiadomo też, że już starożytni na młodzież swoich czasów narzekali.
Unikając tych pułapek zgodzimy się zapewne co do tego, że na naszych oczach zachodzą gwałtowne zmiany i nie wiemy, gdzie nas one zaprowadzą. Jednego dnia słucham debaty, na której nieprzejednani krytycy nowych mediów mówią o grafomańskich blogerach-amatorach, którzy odbierają chleb dziennikarzom. Drugiego czytam blog, którego autor oświadcza ekstatycznie, że wszyscy jesteśmy artystami.
Zmieniają się technologie i modele biznesowe. Jak uchwycić przemiany, którym my podlegamy? Warto na nie spojrzeć przywołując kategorie zaufania i autorytetu. Dzięki nim łatwiej będzie zrozumieć jak to możliwe, że polegamy na opinii osób, które niekoniecznie zdobyły wykształcenie w danej dziedzinie i nie są zatrudnione przez żadną instytucję, która potwierdzałaby ich kompetencje. Nie dziennikarz, nie krytyk, a jednak czytamy jego recenzje książek, filmów. Tak po prostu. Jesteśmy nawet zdolni do powierzenia pieniędzy komuś, kto ogłosił w internecie, że ma pomysł na dobrą książkę i zbiera na to fundusze.
Autorytet może być sankcjonowany. To autorytet szefa, którego słuchamy, bo jest szefem. Wykształconego krytyka, który pracuje w redakcji opiniotwórczego tygodnika z długimi tradycjami. Przeszedł weryfikację, zajmuje wysokie stanowisko – to przede wszystkim sprawia, że liczymy się z jego zdaniem.
Istnieje też autorytet niesankcjonowany, autorytet znawcy. Może istnieć bez potwierdzenia swoich kompetencji przez instytucje. Uznajemy, że ma wiedzę i doświadczenie, więc go słuchamy.
Jeden typ autorytetu nie zastępuje drugiego, ale zmieniają się proporcje. Wcześniej przeważały autorytety sankcjonowane, dzisiaj te oparte głównie na znawstwie. Za dziennikarzem stały jego kompetencje i redakcja-instytucja. Za blogerem przemawiają tylko jego kompetencje. Blogera, dziennikarza obywatelskiego nie pytamy o certyfikaty.
Zmienia się to, na jakiej podstawie pokładamy w kimś zaufanie. Kiedyś można było zdać się na Wydawców, Krytyków i Tradycyjne Media. Teraz ciężar weryfikacji leży głównie po naszej stronie, co nie jest komfortowe i wymaga wysiłku. Tym łatwiej ulec pokusie bezrefleksyjnego polegania na nowych pośrednikach, chociaż coraz więcej przemawia za tym, żeby traktować ich z podejrzliwością.
W świecie kultury bez pośredników raczej nie obudzimy się ani jutro, ani pojutrze. Za to korzystać z większej samodzielności w wybieraniu sobie tych, którym chcemy zaufać, możemy już dziś. O ile poświęcimy na to swój czas i uwagę. Inaczej pozostanie nam sięgnąć po leżącą na półce na wyciągnięcie ręki gazetę lub pierwszy wynik w wyszukiwarce.
*W tekście nawiązuję do analizy pojęcia “autorytet” przeprowadzonej przez Józefa M. Bocheńskiego.
Robiłem zdjęcia w muzeach. Na pamiątkę, jako notatki, a czasem bez żadnego powodu. To dobrze czy źle? Wyrazić skruchę czy uznać, że nie było w tym nic niestosownego?
Do takich wyznań i dylematów skłoniła mnie lektura dyskusji o zakazie fotografowania w muzeach, która toczy się na Historia i Media, Co nas uwiera i Kultura 2.0.
Zachęcam do prześledzenia całej dyskusji (spis linków znajdziecie na dole notki). Zaczęło się od wątpliwości autora Historia i Media, który pisze między innymi: “Fotografowanie w muzeum nie wydaje mi się specjalnie odpowiednim zajęciem: może przeszkadzać innym zwiedzającym albo stanowić zagrożenie dla prezentowanych zbiorów. Jednak przede wszystkim to sytuacja, w której uwaga fotografującego w tłumie innych zwiedzających skupia się na samej czynności robienia zdjęcia, zamiast na intelektualnej czy estetycznej recepcji dostępnego w ramach ekspozycji obiektu.” Potem pojawiła się polemika na Co nas uwiera i to z odwołaniami do “Fajdrosa”. Równolegle sprawę skomentował Alek Tarkowski. Na to wszystko odpowiedział Marcin Wilkowski, także przywołując Platona. Na marginesie, jak przyjemnie się czyta współczesne dyskusje z sensownymi nawiązaniami do klasycznych tekstów filozoficznych.
Wracając do muzeów i fotografowania, jeden z wątków jest dla mnie wyjątkowo pociągający. Artykuł “Zakaz fotografowania w muzeach nie musi być zły” kończy się stwierdzeniem: “konserwatywny model korzystania z muzeum może być wciąż atrakcyjny.”
W rzeczy samej i to nie tylko korzystania z muzeów. Zastanawiałem się kiedyś nad tym, czy warto w każdej sytuacji zacierać granice między twórcą a odbiorcą, odchodzić od tradycyjnych modeli uczestnictwa w kulturze (o czym przeczytacie we wpisie „Uwaga: nadlatują meteoryty!”).
Konserwatywny model korzystania ze sztuki może być wciąż atrakcyjny. Co nie znaczy, że ma być na powrót jedynym pozytywnie wartościowanym, dominującym modelem (choć i tak mógłby ktoś stwierdzić). Ja wolałbym powiedzieć, że powinien być równouprawnionym modelem uczestnictwa w kulturze (a znaleźliby się pewnie przeciwnicy takiego stanowiska).
Tylko czy naprawdę słowo “konserwatywny” pasuje tu najlepiej? To spór “starego” z “nowym”? Czy sprawa dotyczy tylko tradycyjnych instytucji? Nie. Poczytajcie o berlińskim klubie Berghain: “Ta świątynia muzyki techno imponuje nie tylko swoją surowością i ascetycznym wnętrzem. Najbardziej doceniłem w niej co innego – całkowity zakaz robienia zdjęć. Na początku pomyślimy, że to zuchwałe ograniczanie swobód. Jednak ta prosta zasada przynosi świetny skutek. Aparaty fotograficzne zostawia się w szatni, nikt nie sięga po komórkę w celu uwiecznienia występów. Ten niepisany zwyczaj sprawił, że muzyka stała się prawdziwie duchowym przeżyciem, wycieczką w głąb siebie.” – pisze na blogu Gdynia Kulturalna Mateusz Mondalski, który rozważa w swoim tekście, czy korzystanie z mediów społecznościowych w czasie wydarzeń kulturalnych nie zubaża naszego ich doświadczania.
To nie jest dyskusja tylko o muzeach i postawach wobec dziedzictwa. To także rozmowa o tym, czy warto fotografować i nagrywać w czasie koncertów, festiwali (a gdy piszę te słowa do internetu trafia masa kiepskich zdjęć i filmów z Open’era). Nie uprawiamy tutaj konserwatywnego biadania nad upadkiem obyczajów. Być może zajmujemy się czymś awangardowym. Może analog is hot.
—
Dyskusja o zakazie fotografowania w muzeach:
historiaimedia.org/2013/06/21/zakaz-fotografowania-w-muzeach-nie-musi-byc-zly/
kultura20.blog.polityka.pl/2013/06/28/aparat-w-muzeum-to-nie-lomiarz-w-warszawie/
historiaimedia.org/2013/07/01/dostep-to-jeszcze-nie-wiedza-znow-o-fotografowaniu-w-muzeach/
—
Zdjęcie które zrobiłem w Muzeum Archidiecezjalnym w Gnieźnie. Nie mam pojęcia dlaczego.
Może nie jest aż tak źle z filter bubble skoro trafiłem dzisiaj na nowego bloga i omówienie badań, o których nie słyszałem wcześniej. Na dodatek ich wyniki mnie zaskoczyły.
Badano osoby w wieku 19-25 lat, na zlecenie MTV (tak, tego MTV). Szukano odpowiedzi na pytanie, czego ludzie urodzeni na przełomie wieków oczekują od relacji z artystami. Wymagania mają spore, odsyłam do komunikatu z badań.
Zaskoczyło mnie to jakie znaczenia przypisują kupowaniu muzyki. Jak podkreślają autorzy badania to jest pokolenie, które wzrastało razem z serwisami Napster i Kazaa i nigdy nie miało potrzeby/nie musiało kupować muzyki. Na dodatek badani uważają, że muzyka powinna być dostępna za darmo. Mimo to kupują, chociaż nieliczni (28% kupiło muzykę w ciągu ostatniego miesiąca).
Kupują tylko dlatego, żeby wyrazić swój szacunek dla artysty (tak twierdzi 68% kupujących). Szacunek i wsparcie dla artysty, z którym czują się związani. Im bliższa jest ich relacja z artystą, tym większa wola kupowania nagrań.
Taka motywacja zakupu mnie nie dziwi, pamiętam dobrze hasło “wspieraj lokalną scenę”. Kojarzyłem je jednak dotychczas raczej z muzycznymi niszami. Zaskakuje mnie, że ten typ myślenia o wspieraniu twórców pojawia się po pierwsze w mainstreamie, po drugie w pokoleniu, które raczej Mać Pariadki nie czytało. Może jest jakaś nadzieja w dzieciach MTV?
Pozytywnie zdumiewa mnie określanie relacji między odbiorcą a artystą w kategoriach odpowiedzialności. Nie kupuję dlatego, że to jedyny sposób na zdobycie nagrania, nie ze strachu przed sankcją (to nie to pokolenie). Kupowanie staje się relacją (etyczną?). Powinnością, ale nie koniecznością. Ciekawie koresponduje z badaniami wypowiedź Tymona Tymańskiego, który o swoich muzyczny zakupach mówi tak: “nie kupiłem tego dlatego, że ja tej płyty nie znam ja znam, one sobie leżą i ja nie słucham. Ale kupiłem z szacunku do syna Coltrane’a, do syna Lennona, ja im płacę za to tantiemy za to, że na nich wzrosłem. (…) ja to kupiłem po to, że ja mam dług karmiczny wobec dzieci tych ludzi.” [całą rozmowę z Tymonem oraz innymi artystami i artystkami można obejrzeć na stronie projektu Kultura ponad prawem].
Bardzo podoba mi się taki sposób myślenia o płaceniu za kulturę. Pewnie lepiej działa w sytuacji, gdy kontakt między twórcą a odbiorcą jest naprawdę bliski. Chociaż badania MTV dotyczyły globalnego obiegu gdzie funkcjonuje raczej poczucie bliskości niż bliskość.
Tak czy inaczej, o wiele łatwiej kupuje mi się bilet na wydarzenie, na którym obok kwoty nie jest napisane “opłata za wstęp”, ani nawet swojskie “wjazd”, a – jak na zdjęciu poniżej – “wsparcie”. To najlepiej definiuje moją relację z twórcami, a w tym przypadku z lokalną sceną soundsystemową. Każdy z Was ma pewnie takie swoje sceny, artystów których szanuje i wspiera. Kto wie, może da się z tego zrobić model biznesowy? Na dodatek etyczny.
Konferencja dla branży IT & New Media. Dziewiąta rano, sala nabita po brzegi (a dzień wcześniej była impreza integracyjna). Wystąpienie Pawła Tkaczyka ”Sprzedawaj siebie (i innych) dzięki opowieściom. O budowaniu marki osobistej i nie tylko.” Zaczęło się. Czego tam nie ma? Etnolingwistyka, psychologia ewolucyjna, uniwersalia kulturowe, semiotyka, toposy i archetypy, filozofia języka, struktura mitu…
Sala słucha z zapartym tchem. Wystąpienie kończy burza oklasków. Wkręcam Was? Trochę tak. Wprost nie padła żadna z wymienionych wyżej nazw, a w trakcie były też żarty i oglądanie filmów. Przypisów, dygresji, zaawansowanej terminologii, wyliczania nazwisk uczonych nie było. Za to pojawił się przekaz, który w pełni czerpał z przywołanych wyżej dziedzin i zagadnień. Spójny i przydatny licznie zgromadzonej na wystąpieniu branży marketingowej i IT.
Paweł Tkaczyk powinien dostać medal za zasługi na rzecz humanistyki. Bo takie wystąpienie robi więcej dobrego dla pokazania wagi nauk humanistycznych niż działania środowiska akademickiego i kampanie pr-owe pokazujące wartość humanistyki. Zaraz, zaraz – jakie działania i jakie kampanie? Przecież w równoległym świecie naukowcy na kongresach i konferencjach wytrwale zmniejszają liczebność populacji pand. Niespecjalnie interesują się tym, co dzieje się poza Katedrą, co najwyżej ponarzekają, że technicyzacja, komercjalizacja, instrumentalizacja…
[autor: Emanuel Kulczycki, źródło: Warsztat Badacza]
Jednak tym, którym się chce, badaczom którzy pragną nawiązać kontakt ze światem, a są tacy w polskiej humanistyce, poddaję pod rozwagę znalezienie sposobu na wyróżnienie osób takich jak Paweł Tkaczyk, czy Natalia Hatalska, która na tej samej konferencji mówiła o granicach człowieczeństwa. Nie zajmują się popularyzacją, upowszechnianiem i promocją nauki, ale ich historie sukcesu dobrze potwierdzają przydatność teorii naukowych w praktyce biznesowej. Na dodatek niekoniecznie tych dziedzin, gdzie stosunkowo łatwo znaleźć takie przełożenie np. psychologii społecznej na marketing. Sięgają również tam gdzie zależności są mniej oczywiste, do antropologii kultury, filozofii, literaturoznawstwa.
No dobrze, z tą wiedzą o literaturze to trochę przesadzam:) Zresztą, nie mam złudzeń, od studiowania zwyczajów ludu Azande biznesy się nie zrobią. Nie piszę tu o “miejscach pracy dla humanistów”, tak nie będzie:
[źródło: Studiuję humanistyczny kierunek – świat stoi przede mną otworem.]
Jednak humanistyka może się biznesowi przydać. Choćby, jak w wystąpieniach Tkaczyka, jako inspiracja. Nawet jeśli związki nauk społecznych, humanistycznych z biznesem są subtelne, trudne do prześledzenia i zmierzenia, to mają znaczenie i mogą być korzystne dla każdej ze stron. Tylko niech się te światy do siebie bardziej zbliżą. Budowniczowie mostów już są. Kilku występowało na infoShare.
Ps. Podczas konferencji infoShare nie ucierpiała żadna panda.
Idę do biblioteki. Niewielkiej filii. Nie mam pojęcia z jakim zestawem książek wyjdę za kilkanaście minut. Minut spędzonych na niezobowiązującym spacerze między półkami, przeglądaniem ich zawartości, od kryminałów, przez literaturę piękną (w klasycznym podziale na polską i obcą) po reportaż i to, co akurat zwróci moją uwagę. Po drodze science-fiction, ale tam już wszystko co miałem przeczytać – przeczytałem, sprawdzam tylko czy nie pojawiło się coś nowego. Spaceruję po całej bibliotece, ale przecież i tak moje ulubione półki to nowości i zwroty. Zwroty najbardziej. Dlaczego?
Nie jestem pewien. Zastanawiam się od pewnego czasu, z jakiego powodu od dobrych kilku lat odwiedzam to miejsce. Książki na których bardzo mi zależy kupuję. Do biblioteki głównej, z pewnością lepiej zaopatrzonej, mam równie blisko. Zawsze mogę pożyczyć od znajomych sprawdzone przez nich pozycje. Może lubię pogawędzić z bibliotekarkami (zresztą przesympatycznymi)? Napić się kawy (jest ekspres) i pogawędzić? Nie w moim przypadku.
Może to sentyment? Sama wizyta w bibliotece jako doznanie. Drewniane regały pełne książek, ich zapach, ważenie ciężaru w dłoni, miękkie światło padające na grzbiety, szeregi grzbietów… Nie martwcie się, nie zacznę pisać na Widowni w taki sposób, ale przyznaję, w moich wizytach w bibliotece jest coś z książkowego flaneryzmu.
Zaczynam jednak rozumieć, że to nie sama potrzeba wałęsania się między półkami ciągnie mnie do biblioteki. To szansa na przeczytanie nowych dla mnie książek. Nie poleconych przez znajomych, nie rekomendowanych przez autorytety (stare: krytyków, czy nowe: blogerów-krytyków), nawet nie okupujących rankingi bestselerów. Niekoniecznie nowości wydawniczych. Czasem kryterium jest tytuł, a czasem kolor okładki lub przypadkowe skojarzenie lub tak jakoś wystawała i po nią sięgnąłem. Zależy od dnia, od nastroju, od tego co akurat stoi na półkach. Żadnej prawidłowości, algorytmu i nie ma na to apki.
Tak dochodzę do sedna. Chodzę do biblioteki bo możliwość obcowania z czymś Nowym w kulturze staje się dobrem rzadkim. W sieci trafię na to co polecają mi znajomi albo co podsuwa mi usłużny algorytm (klienci, którzy kupili tę książkę kupili również… itd.). Miejsca na przypadek, na bezcelowe wałęsanie się po sieci jest coraz mniej (zastanówcie się przez chwilę, w jaki sposób trafiacie w nowe dla Was strony internetowe?). Wszystko się personalizuje, nawet wyniki wyszukiwania. Sieciowe filtry minimalizują szanse na zetknięcie się z czymś naprawdę Nowym. Czego nie da się powiedzieć o mojej Filii nr 13, której pozostanę wierny. Szukam tylko sposobu na to, żeby być flaneurem także w sieci.
Wychodzę z biblioteki z trzema książkami, bardzo różnymi, nieracjonalnie i przypadkowo wybranymi. Czyli na pewno trafnie.
Władza ustawodawcza i partie trochę się ociągają, za to dostałem zdjęcie z Kancelarii Prezydenta RP. Przypomnę, zainspirowany wypowiedzią dyrektora Biblioteki Narodowej („W Polsce politycy nie fotografują się z książką – PR-owcy im odradzają, bo to się źle kojarzy.”) proszę biura prasowe polityków o zdjęcia z książką. Może takie fotografie przestaną się źle kojarzyć, gdy będzie ich dużo w sieci, gdy pojawi się na nie zapotrzebowanie? Ty też możesz pomóc 1. poproś polityka o zdjęcia z książką 2. rozpowszechniaj je.
Typ otrzymanych zdjęć ma znaczenie. Tak było w przypadku Pana Premiera, tak jest i teraz (patrz poniżej). Jak dotąd zdaje się, że dyrektor Biblioteki Narodowej ma sporo racji.
źródło: Kancelaria Prezydenta RP, autor: Piotr Molęcki, Warszawa Belweder, Prezydent Bronisław Komorowski czyta Pana Tadeusza w związku z akcją Narodowe Czytanie
—
Więcej o akcji „Polityk z książką”
Na twitterze #politykzksiążką
„W Polsce politycy nie fotografują się z książką – PR-owcy im odradzają, bo to się źle kojarzy.” – mówi dyrektor Biblioteki Narodowej Tomasz Makowski w wywiadzie dla Dziennika Opinii. Zapadło mi w pamięć to zdanie. Nie dawało spokoju.
Może zdjęcia polityków z książką będą się lepiej kojarzyć, gdy coraz więcej takich obrazów będzie krążyło w sieci? Gdy będziemy chwalić polityków za takie zdjęcia? Napisałem więc do Pana Prezydenta, Pani Marszałek Sejmu i Pana Premiera. To znaczy do ich biur prasowych, bo na zdaniu PR-owców też nam przecież zależy. Ponoć to oni odradzają.
Mail brzmiał mniej więcej tak: W żywych obecnie dyskusjach na temat stanu czytelnictwa w Polsce często pojawia się teza, wedle której politycy, w tym Pan/Pani…., nie są zainteresowani rozwojem i promocją czytelnictwa. Co między innymi przejawia się w tym, że niechętnie fotografują się z książką w ręku i/lub na tle regału z książkami.
Nie wierzę w to, że Pan/Pani… nie jest zwolennikiem kultury czytania. W związku z tym chciałbym prosić o przesłanie zdjęć Pana/Pani… , na których czyta książkę (jest w bibliotece, stoi na tle regału z książkami itp.).
Jestem przekonany, że szerokie rozpowszechnianie zdjęć Pana/Pani… z książką pozwoli przełamać krzywdzący stereotyp, według którego „politycy w Polsce nie chcą fotografować się z książką, bo to się źle kojarzy”.
Jeżeli politykom i PR-owcom polityków zdjęcia z książką źle się kojarzą, to przecież trzeba im pomóc to zmienić. Zachęcić. W internecie jest mało tego typu zdjęć, ale jaki to dla nas kłopot, żeby fotografii polityków z książką było w sieci znacznie więcej? To przecież proste: 1. poproś polityka o zdjęcia z książką 2. rozpowszechniaj je.
Na dobry początek wrzucam dwa zdjęcia, które otrzymałem z Kancelarii Premiera.
źródło: Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, autor: Maciej Śmiarowski
źródło: Kancelaria Prezesa Rady Ministrów
Kancelaria odpowiedziała bardzo szybko, jako pierwsza (chwalę). Nie ograniczyła się tylko do zdjęć (chwalę). Przekazała ważną, szczególnie jeśli ktoś pamięta atmosferę Kongresu Kultury Polskiej, deklarację: „w piątkowym wywiadzie dla TOK FM szef rządu powiedział, że dużo więcej czasu spędza dzisiaj z książką niż z piłką”. Dowiedziałem się również, że Donald Tusk czytał ostatnio „Dziennik” Jerzego Pilcha” oraz „Pierścienie Saturna. Angielska pielgrzymka” W. G. Sebalda. Same zdjęcia (hmm)… Dobre i to, chociaż wyraźnie pasują do kategorii przecięcie wstęgi i gospodarska wizyta. O to również chodzi w akcji „Polityk z książką”, o uważne przyglądanie się otrzymanym zdjęciom.
Czekam na zdjęcia Pani Marszałek Sejmu i Pana Prezydenta. Wyślę prośby do Marszałka Senatu i do szefów partii. Potem pewnie do parlamentarzystów z mojego regionu. A Ty?
Czytam informację o wynikach badania „Społeczny zasięg książki w Polsce w 2012 r.”. Dane nie są optymistyczne, o czym dowiedzieliście się już lub dowiecie za moment z licznych omówień w mediach i statusów na facebooku. Z właściwym gazetom i portalom wdziękiem podsumowuje to tytuł pierwszej relacji: „Nie czytamy. Naród głupieje.”
Jest w tym badaniu coś, co bardzo mnie zaintrygowało i skłoniło do rozważania kwestii zasadniczych i obrazoburczych. Otóż zwiększa się liczba ludzi, „którzy mają wystarczające kompetencje i motywację, aby obcować ze stosunkowo długimi tekstami, a jednocześnie unikają lektury książek.” Mają kompetencje i motywacje, a jednak „w ciągu ostatniego roku nie czytali żadnej książki.” Dlaczego? Ponieważ „dla tej zbiorowości książki nie mają do zaoferowania niczego, czego nie można by uzyskać za pośrednictwem innego medium piśmienności.” Dopowiedziałbym, chociaż nie ma tego w komunikacie z badań, że w niektórych przypadkach teksty nie mają do zaoferowania niczego, czego nie można by uzyskać za pomocą innego medium.
Bo też w jakim celu czytamy książki (i czytamy w ogóle)? Autorzy komunikatu nie poświęcają temu zagadnieniu zbyt wiele miejsca, możemy się jednak dowiedzieć, że „gdy badanych poproszono o wskazanie motywów, dla których sięgnęli po czytaną książkę, kobiety częściej niż mężczyźni wskazywały relaks i rozrywkę, czytelnicy zaś częściej niż czytelniczki preferowali lektury służące ich rozwojowi i poszerzeniu wiedzy o świecie.”
Upraszczając, książki mogą być źródłem wiedzy lub rozrywki. Głód wiedzy i pragnienie rozrywki z powodzeniem można zaspokoić nie-książkami, a coraz częściej po prostu nie-tekstami. Dlaczego zatem tak bardzo zależy nam na tym, żeby ludzie czytali książki? Chcemy, by zdobywali wiedzę, rozwijali się, dyskutowali, uczestniczyli w kulturze. A jeśli książka nie będzie już do tego wszystkiego potrzebna? Jeśli pismo będzie coraz mniej potrzebne? Może nasze przywiązanie do książki (nieważne czy papierowej czy elektronicznej) jest wyłącznie sentymentalne?
Z wielkim trudem zadaję sobie te pytania, bo książki są dla mnie źródłem wiedzy, rozrywki i, co tu kryć, przedmiotem kultu. Niełatwo mi pogodzić się z tym, że wykształcona, uczestnicząca w kulturze osoba może nie czytać książek. Nie znać klasyki literatury. Zaakceptować takiego stanu rzeczy póki co nie potrafię, ale zaczynam to rozumieć.
Ten wpis jest kontynuacją tekstu o nowej publiczności instytucji kultury na przykładzie blogu jestKultura i Trendbooka Kultura 2013. Część pierwsza znajduje się tu.
Tak sobie rozmawiamy o Trendbooku i jestKultura, ale właściwie dlaczego mamy się przejmować tym, co ma do powiedzenia o kulturze student zarządzania? “Student zarządzania” – do tego sprowadzałaby się informacja o Andrzeju Tucholskim przed nastaniem epoki Web 2.0. W czasie jej rozkwitu dodajemy “wpływowy bloger” i już łatwiej nam odpowiedzieć na pytanie.
Może dlatego, że miesięcznie blog jestKultura notuje kilkadziesiąt tysięcy odwiedzin (w styczniu ponad 50 000 odwiedzin), a dla porównania nakład Aktivista to ponad 100 000 egzemplarzy, Tygodnika Powszechnego około 40 000 egz., a Arteonu 3 500 egz. [dane za: Związek Kontroli Dystrybucji Prasy]. Profil prowadzonego przez studenta blogu zgromadził na facebooku 6 820 osób, co nie odbiega znacząco od liczby fanów profilu Obywateli Kultury (9 568 osób) czy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (3 387 osób).
Mniejsza o liczby. Dobrym powodem uznania wypowiedzi Tucholskiego na temat kultury za godne uwagi jest społeczność zaangażowanych czytelników, którzy jego teksty komentują, dyskutują o nich, polecają znajomym. Dodajmy zaangażowanie autora w protesty przeciw ACTA. Dorzućmy aktywną postawę, której jednym z owoców stał się Trendbook Kultura 2013, polecany między innymi na profilu facebookowym Instytutu Adama Mickiewicza, prezentowany na głównej stronie serwisu NaTemat i dzięki temu trafiający na przykład do czytelników serwisu e-teatr.
I tak wróciliśmy do jestKultura jako miejsca, gdzie instytucje kultury mogą podejrzeć swoją nową, nadchodzącą publiczność. Jest się z czego cieszyć, bo to publiczność żywo zainteresowana kulturą i jej rozwojem. To odbiorcy, którzy chcą o kulturze czytać i o niej rozmawiać. W tym samym czasie gazety likwidują redakcje kulturalne i ograniczają powierzchnię przeznaczoną na recenzje, a politycy niechętnie fotografują się z książką w ręku. Skoro kultura zdaniem polityków i przedstawicieli mediów tradycyjnych tak bardzo nie interesuje społeczeństwa, to skąd się biorą te wszystkie internetowe teksty, blogi i dyskusje?
Kultura obchodzi nowych odbiorców, co nie oznacza, że na przykład podpiszą z marszu petycję ruchu społecznego, którego głównym postulatem jest zwiększenie wydatków publicznych na kulturę. Jednak jeśli chcą mieć wpływ i coś zmienić – robią to. Choćby przygotowując krótką publikację i bez wahania apelując: „Weźcie tego trendbooka i wyślijcie do swoich ulubionych gwiazd. Do swoich ulubionych teatrów. Do aktorów, do menedżerów, do bibliotek. Do wydawnictw muzycznych, growych i książkowych. Do znajomych rysowników, zaczynających dopiero zespołów lub marzących o błyskotliwej karierze designerów. Uczyńcie z tego prostego pliczku dokument, który będzie po młodych (i od młodych) krążył tak upierdliwie, aż doprowadzi do pierwszy spięć. Niech doprowadzi do poczucia dumy, bo wielu artystów i firm w to nowe podejście bardzo wierzy.” Zanim na Waszej twarzy pojawi się ironiczny uśmiech rzućcie okiem na komentarze pod wpisem, w którym znajduje się ten apel.*
Nie twierdzę, że nowa publiczność jest rozmiłowana w Pendereckim, nie może doczekać się nowej powieści Houellebecq’a i pasjami lubi dyskutować o krytyce neoliberalizmu w twórczości duetu Strzępka-Demirski. Gdyby zbadać kulturalną blogosferę (jedno z pól aktywności nowych odbiorców, ale przecież są jeszcze fora, vlogi, rozmowy na facebooku itd.) to zapewne okazałoby się, że większość jest poświęcona muzyce, serialom i grom. Dla ścisłości powinienem więc pisać: „są zainteresowani szeroko rozumianą kulturą”. Jednak nadal oznacza to: „w tym kulturą określaną dotychczas jako kultura wysoka, czy też kulturą związana z ofertą publicznych instytucji kultury”.
Nawet jeśli propozycja instytucji nie jest, o czym pisałem wcześniej, najważniejszą dla nowej publiczności częścią kultury to nadal kulturalne zaangażowanie i aktywność takich odbiorców jest raczej szansą niż zagrożeniem. Zaryzykowałbym nawet przypuszczenie, że miłośnik seriali jest bardziej otwarty na fascynację operą niż tradycyjny koneser opery na uwielbienie dla seriali. Skoro już jesteśmy przy serialach, trudno nazwać jedynie rozrywkowym i powierzchownym zainteresowanie serialami, skoro na przykład w blogowej notce na temat House of Cards znajdziemy takie słowa: „Prawdziwa sztuka nie jest bezpieczna. Prawdziwa sztuka nie jest tworzona pod odbiorcę. Tak są tworzone jedne z najdoskonalszych produktów, ale na pewno nie najważniejsze dzieła sztuki.”
Nowa publiczność nie bez powodu chce o kulturze czytać i rozmawiać. Kultura ma dla niej znaczenie, bardzo indywidualne i (uwaga, będzie górnolotnie) silnie związane ze sposobem przeżywania świata i budowania wspólnoty. O czym można napisać wiele, ale już nie w tej notce, dlatego poprzestanę na dopowiadającym cytacie z tekstu Piotra Czerskiego My, dzieci sieci. „Uczestniczenie w kulturze nie jest dla nas czymś odświętnym – globalna kultura to podstawowy budulec naszej tożsamości, ważniejszy dla samodefinicji niż tradycje, narracje historyczne, status społeczny, pochodzenie, a nawet język, którym się posługujemy.”
Kultura ma znaczenie dla nowego odbiorcy i to na wielu poziomach. Dla instytucji kultury to szansa. Na dodatek instytucje mogą się od nowych odbiorców wiele nauczyć. O czym, zgodnie z popkulturową logiką seriali, opowiem w następnym wpisie.
—–
*Aktualizacja z 21 lutego, cytując status z twittera Andrzeja Tucholskiego: „Trendbook Kultura 2013 w sposób twardy (tj. z poziomu bloga) został na przełomie pierwszych pięciu dni pobrany ponad 1025 razy. Wiem też, że latających po necie kopii jest już przynajmniej 5000. Zarówno czytelnicy jak i zainteresowane tematem instytucje powielały go i wysyłały dalej bardzo chętnie. Nie ma dnia bez przynajmniej kilku odzewów lub ciekawych pomysłów.”
Kilka dni temu Andrzej Tucholski opublikował Trendbook Kultura 2013, który w zamyśle autora „nazywa trzy główne trendy w kulturze oraz przewiduje ogólny rozwój poszczególnych jej dziedzin.” Gdy czytam publikację i wracam do blogu Andrzeja Tucholskiego jestKultura coraz wyraźniej dostrzegam, że zarówno trendbook jak i blog same są przejawami trendu – ważnego dla instytucji kultury.
Nowi odbiorcy u bram
Dokładniej, nie tyle przejawami, co świadectwem nadejścia nowego typu publiczności, która wypływa na fali różnorakich trendów i majaczy na horyzoncie instytucji kultury. Nawet więcej, coraz częściej puka do bram teatrów, galerii, oper i filharmonii.
To nie jest odbiorca, który ma nabożny stosunek do dziedziny sztuki, której jesteście oddani. Prawdopodobnie nie poświęci jej tyle uwagi, ile byście chcieli. Tym co może zaoferować Wasza instytucja jest kolejne wrażenie do kolekcji, bo mowa o kolekcjonerach wrażeń, unikatowych przeżyć.
Dlatego z recenzji spektaklu Piotra Cieplaka dowiecie się, że „To jest Prawdziwy Teatr. (…). Jeśli więc masz ochotę na łyk czegoś naprawdę dziwnego (w pozytywnym sensie), ale też i dostępnego jedynie na drewnianych deskach – szczerze polecam.” Nie oznacza to, że nowy odbiorca zwiąże się z Wami na dłużej. „Zwykłych dialogów w sztuce jest dosłownie kilka, więc trzeba cały czas się skupiać, aby zrozumieć o czym właściwie mowa.” Deklaracji „Lubię teatry.” towarzyszy wyznanie „Nie chodzę do nich za często, bo koncepcja planowania wyjścia z wyprzedzeniem dłuższym niż dwa dni zupełnie do mnie nie przemawia.”
Sztuka wysoka staje się czymś, czego można (ale nie trzeba) spróbować. „Miałem pewne opory, czy faktycznie wybrać się na balet. (…) Najprawdopodobniej wynikało to z mojej niewiedzy, nie przeczę, miałem jednakże kilka innych pomysłów na wieczór (w teorii ciekawszych niż oglądanie grupki radośnie podskakujących postaci). No, ale że nie ma rozwoju bez wychodzenia z własnej strefy komfortu, postanowiłem się przełamać i spróbować.”
W świecie nowego odbiorcy wszystko jest wymieszane. To wszystkożerca, o którym pisze Bauman przywołując Petersena (ależ ja się pogrążam, przepraszam, ale nie udało mi się uniknąć tego Baumana). To nie jest wszystkożerność polegająca na poszerzaniu kanonu o kulturę popularną (co opisywała koncepcja Petersena). Dla naszego odbiorcy popkultura jest pierwszym wyborem, a kultura wysoka dodatkiem. Oferta instytucji kultury nie zalicza się do głównych dań, to raczej przystawki, a może nawet przyprawy.
Wszystko jest wymieszane w zaskakujący dla nie-nowego odbiorcy kultury sposób. Czytelnik jestKultura płynnie przechodzi od lektury notki Płatki Sakury Wiatrem Niesione (z której dowie się, że „Zachód zapomniał bowiem, że prawdziwa (aż powtórzę: prawdziwa) radość bierze się jedynie ze zgody, akceptacji i spokoju (czego dowodzą wszystkie sensowne filozofie w historii – od Zenona z Kition, przez Maslowa, po Zen), nie zaś ze spontaniczności lub ciągłych zmian.”), przez recenzje filmów, relacje z podróży, zestawienia muzyki, analizy trendów marketingowych, po… poradnik dla początkujących biegaczy (długie zdanie wyszło, przepraszam po raz drugi).
Nowego odbiorcę dobrze opisują założenia, które Andrzej Tucholski przyjmuje pisząc jestKultura:
„- Każdy z nas jest od czasu do czasu twórcą, nawet jeśli o tym nie wie
– Interesujemy się setkami rzeczy + nie mamy czasu i uwagi nawet na połowę
– Kultura ma się świetnie i można się z tej okazji jedynie cieszyć.”
Kultura to „wartość w życiu, niezbędna składowa codzienności, ale bez zbędnej spiny, martyrologii lub awantur.” (…) Kultura i lifestyle to jedno i to samo.”
Tradycyjnie instytucje kultury nie spodziewają się takiej publiczności. Pozbawionej onieśmielenia, gotowej by ją zaintrygować. Pod warunkiem, że się naprawdę postaramy. Zrozumienie tej publiczności może nie być łatwe. Choćby dlatego, że postrzegamy kulturę, którą się zajmujemy, inaczej niż kolekcjonerzy wrażeń.
Tacy są nowi odbiorcy i, jakby powiedzieli, deal with it. Chcecie ich lepiej poznać – czytajcie jestKultura.
Jesteś autorem. Publiczna instytucja kultury zleca Tobie napisanie artykułu do antologii tekstów. Publikacja jest darmowa i dostępna w internecie. Właśnie się ukazała, Ty się bardzo cieszysz, a że prowadzisz blog, to chcesz podzielić się z Twoimi czytelnikami swoim tekstem. Nie możesz. Przecież nie masz już praw do tego artykułu. Musisz go usunąć z blogu i przyznaj – trochę Ciebie poniosło. To pewnie przez to, że pisałeś o wolnej kulturze do tomu o animacji kultury i nowych mediach, a w tej samej publikacji ukazał się również tekst o otwartych zasobach i licencjach Creative Commons.
Uznajesz swój błąd, zapomniałeś, że w umowie nie było mowy o wolnych licencjach. Mimo wszystko sytuacja wydaje się Tobie dziwna, czemu dajesz wyraz na facebookowym profilu swojego blogu. Gdzie spotykasz się ze stanowczą odpowiedzią Twojego zleceniodawcy: „Publikacja nie została wydana na CC, wszystkie teksty zostały stworzone na zlecenie (…), które jest wydawcą publikacji. W związku z tym, to (…) ma prawa do wszystkich tekstów. Prosimy o kontakt z redakcją w sprawie udostępniania całości tekstów i publikowania ich samodzielnie nie jako część publikacji.”
Pewnie myślicie sobie „co za wydumany przykład”. Nic z tych rzeczy, opisałem powyżej przygodę Grzegorza Stunży, który prowadzi blog Edukator Medialny i jest autorem tekstu „Edukacja zaangażowana: (nowe) media w projektach kulturalnych” opublikowanego w zbiorze „Nowe media + animacja kultury” wydanym przez Narodowe Centrum Kultury.
Przykład prawdziwy i świetnie ilustrujący dlaczego ustawa o otwartych zasobach publicznych jest potrzebna. Zamieszanie wokół tekstu pokazuje też, że licencje Creative Commons naprawdę ułatwiają obieg treści i są korzystne także dla autora.
Z satysfakcją (bo pisałem o tym niedawno) dodam, że opisana sytuacja przemawia za przygotowaniem akcji informacyjnej dla instytucji kultury na temat otwartych zasobów i licencji Creative Commons (oraz innych sposobów wolnego licencjonowania). Widać przecież, że Narodowe Centrum Kultury nie miało złych intencji, co więcej, nie zamierzało zarabiać na zamówionych dziełach. Po prostu zapomniano/nie pomyślano o tym, że publikację warto udostępnić na wolnej licencji. Warto, a nawet powinno się.
Nie widzę powodów dla których publiczna instytucja nie miałaby być zobligowana do udostępnienia zamówionego utworu na wolnej licencji, gdy:
– autor otrzymał godziwe wynagrodzenie,
– nastąpiło (pełne) przeniesienie praw majątkowych do utworu.
Takie udostępnienie jest korzystne również dla autora i to na bardzo praktycznym poziomie. Ma przecież do wyboru:
– przeniesienie praw majątkowych bez publikacji na wolnej licencji, czyli „sprzedałem tekst i nie mogę go nawet opublikować na swoim blogu bez specjalnej zgody zamawiającego”,
– przeniesienie praw majątkowych z publikacją na wolnej licencji, czyli „sprzedałem tekst i mogę go swobodnie publikować, przerabiać, a nawet (o zgrozo) być może jeszcze raz dzięki niemu zarobić.”
Współczuję Grzegorzowi Stunży, ponieważ niedawno byłem w podobnej sytuacji. Również napisałem, na zamówienie publicznej instytucji kultury, artykuł do antologii tekstów. Gdy tylko publikacja się ukazała z radością podzieliłem się swoim tekstem z czytelnikami Widowni. Miałem więcej szczęścia niż autor Edukatora Medialnego, bo wydawnictwo zostało udostępnione na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa. Na tych samych warunkach 3.0.
Opisywanie kryzysów na blogach zazwyczaj ma wydźwięk negatywny. Dlatego zakończenie tego wpisu będzie pozytywne.
Doceniajmy szybką reakcję i dobrą wolę Narodowego Centrum Kultury, które w facebookowej dyskusji deklaruje: „Do tej pory nie wydawaliśmy publikacji na CC ale na pewno wyciągniemy wnioski.”, „dziękujemy za zwrócenie słusznie uwagi na ten paradoks, będziemy nad tym pracować.” Pochwała dla NCK należy się także za inicjatywę zorganizowania Ogólnopolskiej Giełdy Projektów, efektem której jest publikacja „Nowe media + animacja kultury”.
Doceniajmy także publiczne instytucje kultury które dobrowolnie udostępniają treści na wolnych licencjach. Zwróćmy uwagę na to, że otwartość ułatwia obieg treści i jest korzystna dla autora.
Na (pozytywny) koniec: polecam publikację „Nowe media + animacja kultury” – znajdziecie tam sporo interesujących tekstów na temat nowych mediów w kulturze. Otwartej kulturze.
Do poniedziałku piątego lutego można konsultować „Projekt założeń projektu ustawy o otwartych zasobach publicznych” który dotyczy nauki, edukacji i kultury. Jak pisze Piotr VaGla Waglowski: „Jeśli nie weźmiecie udziału w konsultacjach wspierając lub krytykując zaproponowane rozwiązania i koncepcje – ktoś inny na pewno w takich konsultacjach weźmie udział i będzie proponował i wspierał rozwiązania, które mogą wam się nie spodobać.” No to wziąłem.
Ustawa może mieć doniosłe konsekwencje dla kultury. W projekcie czytamy: „Przede wszystkim należy zapewnić dostęp do publicznych zasobów tworzonych przez pracowników publicznych instytucji kulturowych określonych w ustawie o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej, oraz zasobów finansowanych publicznie z programów Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego lub poprzez państwowe i samorządowe instytucje kultury. W tym zbiorze należy dążyć do implementacji zasad dostępu w pełnej opcji.”
Pełna opcja oznacza „udostępnienie zasobów publicznych na wolnej licencji (…), swobodne zwielokrotnianie, rozpowszechnianie, sublicencjonowanie oraz modyfikowanie zasobów (wykonywanie praw zależnych) niezależnie od profilu korzystającego, a także niezależnie od celów, jakim czynności te mają posłużyć.”
Zasoby finansowane publicznie to na przykład dramat napisany na zamówienia teatru, zakupione/wykonane na zamówienie galerii dzieło sztuki (film, fotografia), książki i płyty powstałe dzięki stypendiom i grantom przyznawanym przez samorządy. Próbuję sobie wyobrazić teatr, który podpisuje umowę z autorem (pełne przeniesienie praw). Dramat zostaje opublikowany w sieci na wolnej licencji. Powstają swobodne adaptacje tekstu, niezwiązane z teatrem wydawnictwo publikuje tekst i zaczyna sprzedawać. Dzieje się wiele rzeczy nad którymi autor i teatr nie mają kontroli, z których nie czerpią korzyści. Próbuję, ale przychodzi mi to z trudem, podobnie jak w przypadku wideo artu, płyt, książek, zdjęć…
Nie dlatego, że jestem przeciwnikiem pełnej otwartości zasobów publicznych w kulturze. Mam tylko świadomość, że ewentualne wprowadzenie takiej ustawy bez jednoczesnych systemowych zmian w kulturze przynieść może więcej szkód, niż pożytków i skompromitować w środowisku ludzi kultury samą ideę otwartości. Dlaczego instytucje miałyby z entuzjazmem brać się do uwalniania zasobów, skoro jednocześnie poddane są presji „zarabiania” na swojej działalności? Czy będzie można zapłacić więcej artyście, gdy zawarta z nim umowa pozwoli na późniejsze udostępnienie dzieła w „pełnej opcji”.
Bez dodatkowych działań, programów, być może zmian w innych dotyczących kultury aktach prawnych trudno będzie mówić o udanym otwieraniu zasobów publicznych. Zobligowanie bez zmotywowania nie wystarczy. (Warto w kontekście projektu ustawy wrócić do tekstu Mirosława Filiciaka „Kultura niewolna od konfliktów.„)
Przywołany wcześniej Vagla pisząc o finansowaniu ze środków publicznych brutalnie konstatuje: „nie powinno nikogo niepokoić, że [Państwo] dając na coś kasę oczekiwać będzie, że efekt takiej pracy będzie następnie powszechnie i bez dalszych ograniczeń wykorzystywany publicznie.” Mam wrażenie, że artystów to jednak zaniepokoi.
Zdaje się, że autorzy „projektu założeń do projektu” (nie wiem jak Wy, ja bardzo lubię biurokratyczny slang) przewidzieli te trudności, ale znaleźli dla nich niezbyt dobre rozwiązanie. W dziedzinie kultury przewidziano tak wiele możliwości odstąpienia od pełnej otwartości i taką łatwość uzasadnienia wyjątków, że „pełna opcja” prawdopodobnie będzie rzadkością i efektem dobrej woli pracowników instytucji kultury i artystów.
Decyzję o wyłączeniu stosowania przepisów ustawy będzie można podjąć np. w oparciu o przesłanki ekonomiczne (s. 8 projektu). Załóżmy, że instytucja ma pełne prawa do fotografii wykonanej przez uznanego artystę. Co będzie bardziej „ekonomiczne” dla instytucji: zachowanie wyłączności i sprzedawanie reprodukcji dzieła, czy jego udostępnienie na zasadzie pełnej otwartości? Odpowiedź z punktu widzenia instytucji jest prosta, z perspektywy celów ustawy już taka prosta nie jest. Pomijając kwestię dostępności dzieła dla odbiorców można przecież mówić o takich „przesłankach ekonomicznych”, które przemawiają za otwarciem dzieła. Otwarcie daje szansę np. na sprzedaż, nie przez instytucję, gadżetów (toreb, kubków itp.) wykorzystujących reprodukcje dzieła. Czy to źle? A co jest złego w rozwoju małej lokalnej przedsiębiorczości?
Na zakończenie zwrócę uwagę na fragment dokumentu, który nie wiedzieć czemu kojarzy mi się jednym ze zdań z „Folwarku zwierzęcego”. Po obszernym opisie, kiedy należy w dziedzinie kultury stosować „pełną opcję” pada kategoryczne: „najbardziej konserwatywne reguły (dostępność na zasadach otwartego dostępu lub długi okres embargo) powinny dotyczyć takich zasobów o znacznej wartości komercyjnej jak bieżące produkcje mediów publicznych czy filmy dofinansowywane przez Polski Instytut Sztuki Filmowej” (s. 20 projektu). Nie wiem co czyni produkcje mediów publicznych oraz filmy tak uprzywilejowanymi. Nie rozumiem też co oznacza „znaczna wartość komercyjna” finansowanych publicznie zasobów kultury (wartość dla kogo?). Pomóżcie proszę i wyjaśnijcie mi to, ale wcześniej skonsultujcie dokument, bo „ktoś inny na pewno w takich konsultacjach weźmie udział i będzie proponował i wspierał rozwiązania, które mogą wam się nie spodobać.”
Kiedy myślimy o centrach kultury, warto zachować ostrożność, ponieważ łatwo stać się niewolnikiem języka i metafor. Jeżeli o kulturze nie mówimy już w kategoriach centrum, kanonu, skoro używamy metafor sieci i nisz, to czy nazwa „centrum kultury” nie jest anachroniczna? Co ważniejsze, czy to przestarzałość na poziomie języka, czy na poziomie funkcji, które spełnia instytucja? Czy centrum kultury jest potrzebne?
Widzę tu dwa różne zagadnienia. Jedno dotyczy specyficznej formy organizacji, jaką jest centrum/dom kultury. Dom kultury z definicji obejmuje różne dziedziny sztuki, stawia na edukację i aktywność odbiorców. W tym przypadku pytanie o „centrum” to poddanie w wątpliwość, czy dom kultury jest jeszcze w stanie promować kanon, zajmować się pełnym zakresem kulturalnych aktywności.
Drugie pytanie ma szerszy wymiar i odnosi się do wszystkich instytucji kultury, szczególnie tych, które nazywamy artystycznymi. To pytanie o nowy typ instytucji kultury. Czy nadal powinny istnieć jednofunkcyjne, wyspecjalizowane instytucje, takie jak filharmonie, opery, teatry dramatyczne? Organizacje, które zajmują się jedną dziedziną sztuki i w tym sensie są tradycyjne.
Widzimy przecież coraz wyraźniej tendencję do przekształcania takich miejsc w centra kultury. Oczekuje się od tych instytucji nie tylko tworzenia i prezentowania sztuki, ale również edukowania, animowania i angażowania społeczności, inicjowania debat, bycia miejscem spotkań. Z jednej strony to pozytywny trend. Możemy w tych instytucjach napić się kawy, jest przyjemnie, są spotkania, dyskusje, ale z drugiej strony następuje rozmycie ich funkcji, zatarcie tożsamości. Nieprzypadkowo wspominam o kawie, która tak bardzo irytowała Franka Furediego, gdy w książce „Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?” krytykował koncepcję biblioteki jako miejsca spotkań.
Dotychczas, wbrew brytyjskiemu socjologowi, byłem zwolennikiem przejścia tradycyjnych instytucji od jedno do wielofunkcyjności. Sądziłem, że powinny podążać za zmianami kulturowymi. Na przykład teatr powinien stać się miejscem, gdzie nie tylko ogląda się przedstawienia, ale także spędza czas. Gdzie odbywają się warsztaty, debaty, wystawy, koncerty, wspólne gotowanie… Nie podzielam konserwatyzmu Furediego, ale zastanawiam się, czy na pewno jest to dobra interpretacja kierunku zmian? W kulturze popularnej zachodzi przecież daleko idąca specjalizacja. Fani Gwiezdnych Wojen, gdy już zajmują się swoim ukochanym uniwersum, to skupiają uwagę tylko na nim. Jeżeli nie ma centrum, pozostały nam tylko nisze. Mogę zainteresować się dowolnie niszowym zjawiskiem, znaleźć ludzi, którzy fascynują się nim podobnie jak ja i zgłębiać temat. Ten jeden, konkretny. Tak działa teraz kultura, jednak od filharmonii oczekujemy, że będzie szła w innym kierunki i starała się zajmować wszystkim.
Zaczynam przekonywać się do tego, że lekcja dla instytucji płynąca z przemian uczestnictwa w kulturze jest radykalnie odmienna. Może nie chodzi o wielofunkcyjność, a o specjalizację? To prawda, że współczesny odbiorca kultury jest wszystkożercą, może być równocześnie fanem Gwiezdnych Wojen i miłośnikiem opery. Co nie oznacza, że chciałby, aby ta sama instytucja zajmowała się zlotami fanów science-fiction i wystawianiem oper. Podobnie, gdy naszego wszystkożercę najdzie ochota na włoską kuchnię, wybierze raczej klimatyczną trattorię, a nie restaurację serwującą pizzę, bigos i sushi.
W tym sensie tradycyjne instytucje kultury nie mogą już dalej być centrami: jedynymi miejscami, w których możliwy jest kontakt z kulturą . Nie strzegą już kanonu. Podobnie domy kultury nie mogą już być centrum, które jest w stanie zgromadzić pod jednym dachem wszelkie aktywności i zaspokoić wszystkie potrzeby kulturalne. Instytucje te powinny raczej rozpoznawać i docierać do nisz obecnych w ich otoczeniu – dopełniać obraz. Zamiast się rozpraszać, może warto się skupić?
—-
Tekst pochodzi z publikacji „Po co nam centra kultury?” pod redakcją Olgi A. Marcinkiewicz i Grzegorza Kondrasiuka wydanej przez Miejskie Centrum Kultury w Bydgoszczy.
Publikacja jest dostępna na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa. Na tych samych warunkach 3.0
Cieszy mnie widok książek w Biedronce. Wyłożone w bliskim sąsiedztwie kalafiora? Nie przeszkadza mi to. Nie mają najnowszego Houellebecqa? Żaden problem. Czy kupuję tam książki? Nie. Tak samo jak nie zaopatruję się w książki w sieciach Auchan, Tesco i Leclerc.
Nie nabywam książek na zakupach spożywczych, ale prosta kapitalistyczna logika każe wnioskować, że skoro książki tam są, to znaczy, że ktoś je kupuje, opłaca się je sprzedawać. Trudno przecież podejrzewać hipermarkety i dyskonty o misyjność. Z drugiej strony wiemy, że „Polacy nie czytają”, mówi o tym wiele badań.
Jak to pogodzić? Czy firmy postanowiły obsługiwać niszowy rynek czytających? Czy ludzie kupują masowo książki na prezenty, ale obdarowani ich potem nie czytają? Przyznam, że nie rozumiem. Polacy nie czytają, nie kupują książek, czytelnictwo spada, a hurtownie pompują tony literatury do sklepów.
Uff, prowadzenie seminarium Kultura czy sztuka? już za mną. Cieszę się z tego, że była dyskusja, różnice zdań. Pojawiły się także elementy zgody. Dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w spotkaniu. Każdy głos w dyskusji dał mi do myślenia. Do tematu będą na pewno wracał, rozwijał wątki w nawiązaniu nie tylko do seminarium, ale również wystąpień, których wysłuchałem w czasie festiwalu. Dla tych, którzy trafili tu po raz pierwszy, przygotowałem krótki przewodnik po moich blogowych zmaganiach z kulturą i sztuką.
Wersja easy:
Jeżeli macie czas na przeczytanie tylko jednego wpisu, zajrzyjcie tu.
Wersja pro:
Jeżeli chcecie poznać całą opowieść – było to tak:
Już w 2009 roku, podczas Kongresu Kultury Polskiej zacząłem odczuwać lekki niepokój związany z tym, co ludzie kultury sądzą o publiczności (kongres – sportowe emocje). Zacząłem też dostrzegać, że przedstawiciele antropologii kultury i socjologii widzą wiele spraw inaczej niż ludzie kultury, czy może dokładniej elity świata kultury i sztuki (kongres – badacze przychodzą z odsieczą).
Temat nie dawał mi spokoju, wróciłem do niego na przykład w kontekście kulturalnego edukowania dorosłych (Szpinakowe ciasteczka). Aż przyszedł następny kongres, tym razem Europejski Kongres Kultury, na którym zrozumiałem, że z zatarciem granic między kulturą wysoką i niską nie jest do końca tak, jak się o tym pisze (Następny Kongres Kultury – Penderecki i Rubik?).
Pytanie Kultura czy sztuka? zadałem pod koniec roku 2011. Potem nastąpił długi namysł, po którym nie pozostał żaden ślad w internecie (w skrócie: porzuciłem blog). Z letargu wytrąciło mnie Euro 2012 (Superczułe Narzędzie do Pomiaru Kapitału Społecznego). Ostatnio moja obsesja przybrała na sile. Oto seria wpisów o kulturze wysokiej (wybrany wątek rozważań o relacji kultury i sztuki), gdzie głoszę jeszcze większe herezje, niż te wypowiedziane na seminarium:
fajny hip-hop, bo taki poetycki
—
Jeszcze bonus dla tych, którzy uczestniczyli w seminarium i przeczytali cały wpis. Wspominałem o dzielnicowym turnieju Counter-Strike, tu można dowiedzieć się o nim więcej. Na zachętę fragment wprowadzający trochę zamieszania w nasze rozważania o sztuce w kontekście kapitału społecznego:
„Czy jednak imprezy z pełnymi przemocy grami w roli głównej to odpowiedni sposób, aby zmieniać wizerunek dzielnicy? – Wbrew pozorom takie gry uczą pozytywnych cech – współpracy zespołowej, z którą u naszej młodzieży nie zawsze jest najlepiej – odpowiada Kluz. Pan Marcin dwa razy w tygodniu prowadzi w Gościnnej Przystani kafejkę internetową, na której młodzież może pograć w Counter-Strike’a. Warunkiem uczestnictwa w zabawie jest udział w bezpłatnych zajęciach z podstaw informatyki. Nauczycielem jest również pan Marcin.”
Poniżej znajdziecie tekst z serwisu Historia i Media, o tym jak mierzyć efektywność instytucji kultury w internecie. Zaproponowane podejście jest warte przemyślenia nie tylko w odniesieniu do internetu. Szczególnie wobec wszechobecnego dyktatu liczb, któremu stawiałem opór tutaj.
Tekst i tłumaczenie Marcina Wilkowskiego mogę szybko i bez przeszkód opublikować dzięki licencji Creative Commons, wprowadzając tym samym w czyn to, o czym pisałem w poprzednim wpisie.
—
Mierzenie efektywności działań instytucji kultury w internecie
Jasper Visser to założyciel firmy Inspired by Coffe, zajmującej się wspieraniem instytucji kultury w zakresie ich obecności online, promocji oraz zarządzania. Jest też autorem bloga The Museum of the Future.
Przeglądając tego bloga trafiłem na krótki wpis poświęcony problemowi ewaluacji projektów internetowych prowadzonych przez instytucje GLAM (Galleries, Libraries, Archives & Museums). Główną ideą tekstu jest odejście od ilościowego modelu ewaluacji tych inicjatyw – liczenia odsłon stron, liczby komentarzy czy liczby fanów na Facebooku – w kierunku modelu jakościowego. Zdaniem Jaspera Vissera (które w pełni popieram) nie da się opisać jedynie za pomocą liczb efektywności instytucji kultury w internecie. Myślę, że wielu polskim instytucjom takie krytyczne podejście mogłoby się przydać – pytanie tylko, czy finansujące je podmioty (samorządy, ministerstwa) są w stanie zaakceptować nowy sposób rozliczania projektów.
Autor proponuje skorzystanie z rozwiązań stosowanych w serwisach hotelarskich (takich jak booking.com), które tworzą własne modele oceniania ofert noclegowych, nie mogąc przecież opierać się na danych z Google Analitics w budowaniu swoich rankingów.
Jasper Visser, Going from measuring online success to measuring significance @The Museum of the Future, opublikowane na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Holandia (CC BY-SA 3.0)
Tłumaczenie zawiera drobne edycje.
• • •
Jasper Visser
Niedawno uświadomiłem sobie, że my, instytucje kultury, używamy niewłaściwych metryk do mierzenia naszego sukcesu w Internecie, ponieważ tak po prostu badamy ogólny sukces. Używamy statystyk i oprogramowania, które jest w porządku, kiedy jesteś sprzedawcą Coli, ale które może nie być idealne dla instytucji kultury, dziedzictwa i sztuki.
W rzeczywistości wiemy, że naszego sukcesu nie można łatwo zmierzyć za pomocą twardych danych. Liczba zwiedzających czy obroty sklepu z pamiątkami to ważne wskaźniki KPI (kluczowych wskaźników efektywności), zwłaszcza, że nasze fundusze i kondycja finansowa często od nich zależy. Jednak te ilościowe metody mierzenia sukcesu prawie nigdy nie odnoszą się do naszej misji. Odwrotnie – uważamy się za skutecznych, kiedy zmieniamy postawy zwiedzających, zwiększamy ich wiedzę, inspirujemy wyobraźnię… Ewaluatorzy korzystają ze złożonych zestawów narzędzi i list kontrolnych aby sprawdzić, czy dana wystawa miała odpowiedni wpływ a organizowane wydarzenie oczekiwany efekt. Tymczasem w realu osiągamy sukces jeśli zdobywamy znaczenie.
W realu tak, ale nie w internecie. W niemal wszystkich prezentacjach projektów, które widziałem w zeszłym roku, sukces mierzono liczbą odsłon, komentarzy i facebookowych lajków. Czasami wykorzystywane są nawet bardziej zaawansowane metody aby wykazać zaangażowanie, entuzjazm czy lojalność. Raz lub dwa słyszałem ludzi mówiących o efektywności w kontekście jakości usług (skuteczności wyszukiwania). Efektywność online to liczby.
Jeśli przestrzeń online jest w pełni częścią twojej instytucji, powodzenie w internecie jest równie ważne.
Na pewno tysiąc darowizn uzyskanych w ramach twojego crowdfundingowego projektu jest sukcesem, ale czy rzeczywiście zmieni to świat? I podobnie, 2 tys. użytkowników twojej mini strony to nie coś, czym można się pochwalić. Co jednak, jeśli ta mała strona pomaga im wszystkim zmienić swoje życie?
Na corocznej konferencji Ecsite w zeszłym tygodniu brałem udział w sesji dotyczącej ewaluacji wystaw. Byłem zaskoczony, jak zaprezentowane tam narzędzia dobrze pokazywały efektywność działalności instytucji kultury. Kiedy wracałem do domu, dostałem na moją skrzynkę mailową wiadomość z serwisu booking.com z prośbą o ocenę mojego hotelu i opisanie moich doświadczeń z pobytu, co uświadomiło mi, jak łatwo narzędzia oceny jakościowej mogą być zintegrowane z działaniami online naszych instytucji. Zostawiłem swój adres na gazylionach stron internetowych o kulturze, ale jeszcze nigdy nie miałem szansy odpowiedzieć na siedem prostych pytań, które mogłyby pomóc danej instytucji dowiedzieć się, jakie miała dla mnie znaczenie.
(Nie mówię tu o ponad 300 pytaniach ankietowych rozsyłanych przez stażystów przed, w trakcie lub po redesignie strony internetowej ich instytucji – takich pytań mam już dość).
Do następnej kulturalnej internetowej aktywności, którą będę projektował wspólnie z ewaluatorem, wypracuję już nie ilościowy, ale jakościowy model mierzenia efektywności. Framework, z którego korzystam w projektowaniu, już teraz zawiera odniesienia do misji instytucji, więc łatwe będzie zdefiniowanie, na czym w tym przypadku polega skuteczność.
A co z wami? Jestem pewien, że pominąłem całe mnóstwo projektów internetowych, które ignorowały Google Analytics i zamiast tego korzystały podczas ewaluacji z innych wskaźników. Jeśli moglibyście, to poinformujcie mnie o nich w komentarzach.
—
Autorem tekstu i tłumaczenia jest Marcin Wilkowski, artykuł pochodzi z serwisu Historia i Media i został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Unported.
„Fantastyczny festiwal, kopiuje rozwiązania najlepszych tego typy wydarzeń z całego świata.” – czytaliście kiedyś taką recenzję? Może spotkaliście się z opinią: „Ta organizacja powiela dobre projekty zrobione wcześniej przez innych. Brawo!”. Nie? To może chociaż widzieliście regulamin konkursu grantowego, w którym zamiast punktów za „kreatywność” lub „nowatorski wymiar” była premia za „udane kopiowanie sprawdzonych rozwiązań”?
Nie wchodząc w głębokie kulturowe rozważania o współczesnym przymusie kreatywności, łatwo zauważyć, że media i decydenci pochwalą raczej za oryginalność i nowość niż za korzystanie z cudzych rozwiązań. Nawet jeśli sprawdzonych, skutecznych, na wszelkie sposoby korzystnych. Niechęć do kopiowania przyjmuje ekstremalne formy w ocenie sztuki. Wskazanie braku oryginalności zawsze będzie zarzutem, nigdy pochwałą.
Kopiowanie budzi opór także przy tworzeniu projektów kulturalnych. Powstają kolejne katalogi dobrych praktyk, ale prawie nikt ich nie czyta, a jak już przeczyta to nie stosuje, a nawet jeśli zastosuje, to się nie będzie tym chwalił. Lepiej zrobić coś „po raz pierwszy”. Tak to działania kulturalne i artystyczne znajdują się pod presją oryginalności.
Z pomocą mogą przyjść kultura internetu i popkultura. Kopiowanie, korzystanie z szablonów, powielanie istniejących rozwiązań w internecie jest powszechną praktyką, na ogół wartościowaną pozytywnie. Ruch creative commons działa na rzecz czynienia kopiowania łatwiejszym. Za to popkultura daje nam formaty, schematyczne fabuły, przewidywalne kino gatunkowe… (i z każdym z tych zjawisk łączę pozytywne skojarzenia, no może poza formatami teleturniejów i talent show).
O wpływie internetu na kulturę sporo się dyskutuje, ale o korzyściach z internetowego ducha kopiowania dla organizacji projektów kulturalnych nikt nie wspomina. Może jestem pierwszy? Byłoby miło, ale tym razem dokładnie wiem skąd się wziął ten wpis.
W zeszłym tygodniu brałem udział w dwóch warsztatach, które odbywały się w tym samym dniu. Pierwszy dotyczył stosowania badań w działaniach kulturalnych. Na marginesie głównego tematu prowadząca zauważyła, że animatorzy kultury mają obawę przed powtarzaniem pomysłów, jest to częsta bariera kopiowania projektów i rozwiązań. Drugi warsztat w całości dotyczył praw autorskich w kontekście licencji creative commons, domeny publicznej i otwartych zasobów. Słuchałem o tym, jak kopiować i jak ułatwić kopiowanie innym. Prowadzący zachęcał do korzystania z otwartych zasobów i do dzielenia się swoimi treściami w otwarty sposób.
Dwa odmienne warsztaty, dwie wynotowane myśli – z ich połączenia powstał ten wpis. Tekst, który możesz kopiować, rozpowszechniać i przetwarzać. Nie musisz być oryginalny.
Serdecznie zapraszam czytelników Widowni na seminarium Kultura czy sztuka?, które poprowadzę w czasie festiwalu Kultura 2.0. Festiwal odbędzie w dniach 26 i 27 października w Warszawie i jest organizowany przez Narodowy Instytut Audiowizualny.
W czasie seminarium chciałbym wspólnie z uczestnikami zastanowić się i przedyskutować problem postawiony w tym wpisie, skomentowanym przez Alka Tarkowskiego na blogu Kultura 2.0.
Seminarium odbędzie się w ramach ścieżki tematycznej Sztuka dla obywatelskości, w temat której wprowadzi uczestników Ryszard Kluszczyński.
Udział w festiwalu jest bezpłatny, wymagana jest wcześniejsza rejestracja. Zachęcam do udziału w festiwalu, program jest bogaty, a na szczególną uwagę zasługują warsztaty (sam już się zapisałem na dwa).
Tematem przewodnim festiwalu będzie „partycypacyjny wymiar kultury powiązany z rozwojem technologicznym i informacyjnym.” Organizatorzy pytają: „Jak kultura zapośredniczona przez technologię może działać na rzecz obywatelskości? Jak społeczności mogą włączać się w tworzenie i twórcze przekształcenie swoich zasobów kulturowych? Jak obywatelskość sprawdza się w sztuce? Jakie prawo do treści kultury ma obywatel?”
Zapraszam.
seminarium Kultura czy sztuka
26 października, piątek
godz. 15.30-17.00
Narodowy Instytut Audiowizualny (ul. Wałbrzyska 3/5)
573 osoby w 30 dni sfinansowały festiwal o budżecie 94 817,19 zł. Pierwszego października zakończyła się prowadzona w serwisie Polak Potrafi zbiórka na Cohabitat Gathering 2012. Pisałem wcześniej o crowdfundingu w kulturze, informacja o sukcesie projektu Cohabitat jest ważnym uzupełnieniem tamtych wpisów. Nawet jeśli festiwal nie ma nic wspólnego ze sztuką, tak jak ją obecnie rozumiemy (za to ma bardzo dużo wspólnego z terminem “sztuka” w jego źródłowym sensie znanym z greki i łaciny).
Organizatorzy festiwalu świadomie wybrali finansowanie społecznościowe. Na początku akcji pisali: „W pełni ufając w solidarność tych, którym zależy, postawiliśmy postawić w tym roku wszystko na jedną kartę. Poświęciliśmy już setki godzin pracy oraz włożyliśmy kawał serca w to aby przygotować festiwal od strony organizacyjnej, jednak jedynym znaczącym źródłem jego finansowania w tym roku jesteśmy My – ludzie dobrej woli ery Internetu. Twoje wsparcie będzie sygnałem, że ten festiwal jest potrzebny. Każde, nawet najmniejsze wsparcie jest istotne, gdyż finansowane społecznościowe w Polsce dopiero raczkuje. Na stronie internetowej udostępniliśmy plan budżetu. Po zakończeniu festiwalu dodamy pełne rozliczenie, a także wszystkie zapisy wideo z prezentacji prelegentów. Dla korzyści całego społeczeństwa.”
Teraz, gdy akcja jest zakończona, mogę się przyznać do tego, że nie wierzyłem w sukces zbiórki. Pragnę również wyznać, że jako jedna z 573 osób, które wsparły projekt – czuję radość.
Okazało się, że można sfinansować duże wydarzenie bez grantów i korporacyjnego sponsoringu. Tylko dwie osoby wpłaciły ponad 2 000 złotych, nikt nie skorzystał z możliwości przekazania ponad 4 500 zł. Chłodna analiza każe dodać, że część zebranej kwoty to po prostu opłaty za udział w festiwalu. W niczym nie umniejsza to sukcesu oraz nie obiera wydarzeniu niezależności, która w przypadku Cohabitat jest ważna. Mówimy tu przecież o ruchach open-hardware, lokalnej autonomii, architektury naturalnej…
Społecznościowe finansowanie festiwalu Cohabitat Gathering potwierdza, że kilkaset zmotywowanych osób może samodzielnie sfinansować wydarzenie o znaczącym budżecie: festiwal filmowy, przegląd teatralny, koncert muzyki klasycznej, warsztaty intermedialne… Zanim pojawią się pytania i zaczną nachodzić nas wątpliwości zatrzymajmy się na chwilę i cieszmy razem z cywilizacyjnymi hakerami – ludźmi, którzy chcą zmienić świat.
Podobno dubstep to wiadomość od pozaziemskiej cywilizacji źle zinterpretowana przez ziemian. Uważam, że to prawdopodobna hipoteza. Jednak we wpisie, a właściwie przypisie do tematu, który zdominował ostatnio Widownię, ten gatunek muzyczny posłuży mi do zilustrowania relacji, jakie zachodzą pomiędzy niszami kulturowymi.
Zaraz, zaraz, ale czy dubstep jest nowym gatunkiem muzycznym? Zastanawia się nad tym autor tekstu opublikowanego w czasopiśmie internetowym Meakultura. Co ciekawe, krytykę dubstepu prowadzi nie tyle z pozycji muzyki klasycznej (której Meakultura w dużej mierze jest poświęcona) co muzyki rockowej. Dziwi się między innymi temu, że w jednym z amsterdamskich klubów: „Za każdym razem (…) występował ktoś, kogo instrumentarium stanowiły laptopy i miksery. Nie widziałem tam ani razu zespołu grającego na instrumentach muzycznych, jakie można nabyć w sklepach z instrumentami.”
Jeszcze ciekawsze jest poruszenie, jakie wywołał ten artykuł w środowisku twórców i miłośników dubstepu. Poruszenie tak wielkie, że aż wyrażone w liście otwartym, który również został opublikowany w Meakulturze. Autor listu chce obalić „obiegowe, krzywdzące opinie, jakoby muzyka elektroniczna była czymś gorszym niż każda inna”. W tym celu podkreśla na przykład, że „znane są przykłady muzyków klasycznych, którzy zaczęli produkować muzykę techno i odwrotnie” a „niektóre kompozycje klasyków techno, jak np. Derricka May’a zostały rozpisane na nuty i bywają grane przez całe orkiestry.”
Zachęcam do przeczytania artykułu „Dubstep. Nowy gatunek muzyczny?” i polemiki „Mity, pogarda, ryrający bas” w kontekście tezy o zaniku podziału na kulturę wysoką i niską.
Przyjmijmy, że rzeczywiście mamy do czynienia już tylko z niszami kulturowymi, bez hierarchii. Te nisze zachowują się, tak jak w przywołanej dyskusji o dubstepie, w zastanawiający sposób.
Po pierwsze odtwarzają hierarchię. Nadal coś jest wyżej, a coś niżej, nawet gdy rozważania o wyższości muzyki klasycznej nad popularną zastępują dywagacje o wyższości muzyki rockowej nad elektroniczną. Nisze konfrontują się ze sobą, oceniają się. Nie współistnieją w pozbawionym hierarchii uniwersum. Walczą, jak w tym zdaniu z listu otwartego w obronie dubstepu: „Musi Pan mieć świadomość, że produkcja muzyki elektronicznej to nierzadko wyzwanie (wbrew obiegowej opinii o „prostocie” czy wręcz „debilizmie” tej muzyki), znacznie większe niż skomponowanie prostego kawałka na gitarę i trzy akordy.”
Po drugie, w ramach niszy również odtwarza się hierarchia. To prawidłowość, którą każdy pewnie zaobserwował w bliskiej sobie kulturowej niszy. Prędzej czy później pojawiają się podziały na to co ambitne i komercyjne, prawdziwe i wtórne, krótko mówiąc wysokie i niskie. W przywoływanym liście znajdziemy takie zdania: „to co Pan opisuje nie jest dubstepem per se – to jest nurt tzw. „brostepu” od którego prekursorzy dubstepu całkowicie się odżegnują. Producenci, których Pan wymienia w swoim artykule nie mają nic wspólnego z prawdziwym dubstepem, a jedynie przywłaszczyli sobie niektóre jego elementy i sprymityzowali jego brzmienie do celów komercyjnych.”
Po trzecie, nisze aspirują. Przykładem tego jest jedna z linii argumentacyjnych listu otwartego. Wartość muzyki elektronicznej mają podnosić powiązania z muzyką klasyczną. Wiemy, że kanonu już nie ma, a jednak wciąż jest punktem odniesienia. Nie jest tylko tak, że „wysokie” nisze odmawiają wartości „niskim”, dodatkowo „niższe” aspirują do bycia „wyższymi”. Stąd obrona dubstepu, a przecież jego twórcy mogliby machnąć na zarzuty ręką i w spokoju zająć się generowaniem wobwobwobwobwobwobwob.
Przywołane zjawiska nie obalają tezy o zaniku podziału na kulturę wysoką i niską. Nie obalają, ale niuansują.
Na pewno słyszeliście o filmie Jesteś Bogiem. Nie będę pisał o tym czy to dobry film (jest dobry), ani czy warto na niego pójść do kina (warto). Chciałem za to zwrócić Waszą uwagę na to, co dzieje się na marginesie dyskusji o filmie i o Paktofonice. Co jest powiązane z tematem dwóch ostatnich wpisów, dotyczy relacji między kulturą wysoką a niską, głównym nurtem a niszami kulturowymi.
Zauważcie, jak twórczość Paktofoniki jest oswajana, podnoszona do rangi sztuki, by można było o niej bez trudności mówić w głównym nurcie. Oto przykład: gdy Michał Sutowski mówi „Jest jeszcze kwestia tego, co „niskie”, i tego, co „wysokie”. Język hip-hopu długo nie był wystarczająco prawomocny, żeby używać go do mówienia o poważnych sprawach.” Agnieszka Graff odpowiada: „Kwestia niskiej czy wysokiej kultury nie jest w tym wypadku jednoznaczna. Bo wprawdzie hip-hop bywał przez inteligentów traktowany z góry, ale w wypadku Magika można przecież mówić o autentycznych zdolnościach poetyckich. Moim zdaniem tytułowy tekst Jesteś Bogiem jest wyjątkowy, uczciwy i po prostu dobry literacko.” Z kolei w jednej z recenzji filmu czytamy: „nazywanie poezją tekstów Kalibra czy Paktofoniki chyba już nikogo nie dziwi.”
Kulturalny wszystkożerca może wciągnąć hip hop do swojego menu, z tym że musi go sobie wcześniej odpowiednio przyrządzić. Podobnie dzieje się w przypadku komiksu, który już można lubić, ale najlepiej, żeby był to komiks artystyczny. W muzyce może dojść do niezwykłego spotkania Pendereckiego i Aphex Twina, a to dlatego, że ten drugi wprawdzie gra w klubach, ale przecież wyrasta ponad przeciętność.
Te praktyki skłaniają do krytycznego spojrzenia na tezy o zatarciu granic pomiędzy kulturą wysoką a niską (pisałem o tym szerzej po Europejskim Kongresie Kultury). Bauman, w wydanej z okazji kongresu książce, pisze: „Znamieniem przynależności do kulturowej elity jest dziś maksymalna tolerancja i minimalna wybredność. Snobizmem kulturalnym jest ostentacyjne wyrzekanie się snobizmu.” Podobno elita jest „gotowa konsumować wszystko”, a jednak ta gotowość ma swoje granice. Przed konsumpcją dobrze jest podnieść rangę przedmiotu konsumpcji albo wziąć go w ironiczny nawias (ale to osobny temat-rzeka).
Tylko właściwie do czego potrzebne jest nam nazwanie tekstów Magika poezją? Czy bez tej „nobilitacji” są mniej interesujące, prawdziwe, wzruszające? Czy kulturowa elita jest gotowa pójść dalej i poznać na przykład twórczość nagrywającej tu i teraz Amfy – Anity Bogusławskiej? Amfa reprezentuje młody, wrażliwy hip-hop z przekazem. Nie wiem czy literacki i wyjątkowy, ale wiem, że uczciwy i przejmujący (na przykład w utworze Przegrani (przez rodziców)). Anita Bogusławska ma niewielkie szanse na zaproszenie do telewizji śniadaniowej i raczej nikt nie napisze o niej eseju. Chyba, że jej rap przejdzie proces oczyszczenia, podniesienia do rangi Sztuki. Wtedy to co innego.
W poprzednim wpisie naszkicowałem tło, zatem przejdę od razu do rzeczy.
Jeżeli kultura wysoka jest jedną z nisz kulturowych to nie należą jej się żadne przywileje. Dlaczego w takim razie nadal istnieją filharmonie, teatry i opery? Z jakiego powodu szczególnie dbamy o zaspokojenie potrzeb jednej z nisz?
Sytuacja przypomina utrzymanie monarchii w niektórych państwach. Z sentymentu, ale bez realnej władzy. Tylko czy nostalgia jest wystarczającą racją wspierania kultury wysokiej?
Mam wrażenie, że analizy badaczy i postulaty aktywistów nie przebiły się jeszcze do naszej świadomości lub są z niej wypierane. Nie jest łatwo uznać, że wedle nowego opisu Proces Kafki stawiamy na półce nie tylko obok komiksu (na przykład serii Rork Andreasa), ale również w sąsiedztwie Weronika postanawia umrzeć Paulo Coelho i Zdrada Bourne’a Erica Van Lustbadera (książki, jak donosi Wikipedia, napisanej „w trakcie seansu spirytystycznego, podczas którego rzekomo wywołano ducha Roberta Ludluma”).
Skoro odrzuciliśmy hierarchię, to „społeczność miłośników muzyki klasycznej” jest jedną z wielu społeczności, ani lepszą ani gorszą od społeczności miłośników mangi i anime, tanga argentyńskiego, czy country.
Przeczytajmy w tym kontekście fragment tekstu Jacka Nowińskiego Działalność i wizerunek instytucji kultury w miastach:”W jeszcze innym mieście filharmonia po prostu w miarę regularnie organizuje koncerty muzyki symfonicznej. Stara się zapraszać ludzi na niebiletowane imprezy „lżejszej” muzyki, na przykład filmowej, czy niebiletowane imprezy do amfiteatru. Ma przygotowane koncerty dla dzieci, cieszą się one zainteresowaniem, lecz z braku funduszy odbywają się sporadycznie. Badana placówka ubolewa nad dość mierną frekwencją, nawet znakomite nazwiska twórców muzyki klasycznej nie zapewniają wypełnienia czterystuosobowej sali. Respondent bardzo negatywnie ocenia informacyjną rolę mediów lokalnych, które w niewielkim stopniu i z dużą niechęcią informują o wydarzeniach kulturalnych. Głównym odbiorcą jest publiczność określona mianem elity, w przedziale wiekowym 40-60 lat. To grupa trzystu-czterystu osób, które stale bywają na różnych imprezach kulturalnych kojarzonych z tzw. kulturą wysoką.”
300-400 osób? Z pewnością w mieście znajdziemy wiele równie liczebnych grup skupionych wokół różnych subkultur (rozumianych tak jak to proponuje Barbara Fatyga). Jednak potrzeby tych grup nie są zaspokajane z równym rozmachem i konsekwencją, co potrzeby bywalców „imprez kulturalnych kojarzonych z tzw. kulturą wysoką.”
Co mają powiedzieć na przykład dorośli fani Lego? Z pewnością wspólne budowanie z tych klocków rozwija kreatywność i zacieśnia więzi społeczne. Czy mogą liczyć na wsparcie?
Żarty żartami, sprawa jest poważna. Czy kultura wysoka ma szansę przetrwać jako nisza? Nad tym zastanowię się w następnymi wpisie.
„Było dla nas oczywiste, iż kultura współczesna nie stanowi już hierarchicznie uporządkowanej całości (od “wysokiej” i/lub “narodowej” na górze do “popularnej” i/lub “ludowej” na dole hierarchii). Byliśmy też zgodni co do oczywistego faktu, że jeśli w ogóle warto dziś mówić o kulturze dominującej, to nie jest to zdecydowanie tzw. kultura wysoka, lecz kultura popularna.” – czytamy w, napisanym przez Barbarę Fatygę i Wojciecha Bursztę, wstępie do publikacji Kultura miejska w Polsce z perspektywy interdyscyplinarnych badań jakościowych.
Na stronie Obywateli Kultury znajdziemy takie postulaty, które głoszą Jerzy Hausner i Andrzej Mencwel: „przekraczać wszędzie, gdzie to osiągalne, podziały na nabywców i producentów, widzów i aktorów, twórców i odbiorców.”
Zmienił się sposób korzystania z kultury. „Oznacza to, że konieczna jest zmiana mechanizmu relacji pomiędzy instytucją kultury a widzem. Instytucje kultury nie powinny być miejscami, w których coś się oferuje widzowi, ale raczej takimi, które umożliwiają mu realizację tych specyficznych sposobów korzystania z kultury, jakie on praktykuje, do których jest przyzwyczajony, które są dla niego naturalne.” – pisze Marek Krajewski w tekście Instytucje kultury a uczestnicy kultury. Nowe relacje, a Wojciech Kłosowski w książce Kierunek kultura dopowiada, że uczestnictwo w kulturze: „To w ogóle nie tylko konsumpcja, nie tylko bycie odbiorcą, widzem, słuchaczem, czytelnikiem. Równie ważną część uczestnictwa w kulturze stanowi świadome i dumne wnoszenie w obieg społeczny własnej kultury, „kultury samodzielnie przez siebie odkrytej lub wynalezionej”, jak pisze o niej Godlewski. Słowem: uczestnictwo w kulturze, to dużo więcej niż „uczęszczanie do teatrów i muzeów”.”
Badacze i aktywiści są zgodni, z dużą stanowczością głoszą konieczność odejścia od, przypisywanego kulturze wysokiej, tradycyjnego modelu relacji twórca-odbiorca. Przecież wszyscy jesteśmy twórcami. Nie chcemy tylko uczestniczyć, my pragniemy współuczestniczyć.
W porządku, trudno spierać się z tym, że kultura wysoka utraciła status kultury dominującej. Czy jest to równoznaczne z odejściem od podziału na twórcę i odbiorcę w każdym przypadku? Czy dziedziny sztuki przypisywane kulturze wysokiej nieuchronnie tracą swoją tożsamość? Czy koncerty muzyki poważnej, nowe tomy poezji to tylko ostatnie podrygi kultury wysokiej, skazanej na zatarcie granic, rozmycie, zanik?
Może ostatni koneserzy sztuki wysokiej są jak dinozaury, które spokojnie przeżuwają duchową strawę, nieświadome, że za moment deszcz meteorytów zniszczy ich świat na dobre?
Mam sporo wątpliwości i pytań związanych ze zmianą statusu kultury wysokiej. Starczy ich na kilka wpisów, a zacznę od wyznania. Gdy słucham Wariacji Goldbergowskich w Kościele Świętej Trójcy w Gdańsku jestem całkowicie usatysfakcjonowany tradycyjnym modelem uczestnictwa. Nie zamierzam wstawać z miejsca w trakcie koncertu, tym bardziej nie rwę się do tańca. Postępuję według obowiązujących reguł, klaszczę wtedy, kiedy jest to przyjęte. Jestem do tego stopnia bierny w odbiorze, że nawet nie mam potrzeby zapisania się do kółka dyskusyjnego (gdyby takie istniało) i rozmawiania z innymi o moim przeżywaniu Bacha. Na dodatek mam świadomość swojego braku kompetencji, wiem, że nie potrafię odpowiednio docenić poziomu wykonawstwa. Znajduję się w zdecydowanie niesymetrycznej relacji odbiorcy i artysty.
Wiem, że jako miłośnik muzyki dawnej nigdy nie przekroczę podziału na twórcę i odbiorcę. Nie znajdę w księgarni podręcznika „Traverso w weekend” i nie opanuję gry na tym instrumencie.
Podobnie nie muszę pisać wierszy, żeby czytać poezję, nie muszę występować w teatrze amatorskim, żeby docenić spektakl. Mogę samotnie obcować z „Grą szklanych paciorków”, bez konieczności społecznego przeżywania tej jakże nudnej trudnej lektury.
Nie apeluję o przywrócenie rządów kultury wysokiej. Sam w innych obszarach kultury praktykuję współuczestnictwo. Zastanawiam się jedynie, czy naprawdę wszędzie należy odejść od tradycyjnego modelu relacji twórcy i odbiorcy.
Rozważając co to właściwie znaczy, że kultura wysoka jest zaledwie jedną z nisz kulturowych, przyszła mi do głowy przerażająca myśl… [ciąg dalszy nastąpi].
Kryterium popularności, frekwencji, oglądalności, liczby unikalnych użytkowników, fanów…
Z załączonej infografiki dowiecie się czym żyły Stany Zjednoczone w 2011 roku. Źródła danych to Twitter, Facebook i wyszukiwarka Google, kryterium – wyłącznie ilościowe.
Jestem daleki od konserwatywnego lamentu nad rządami motłochu i upadkiem obyczajów. Nie podzielam też humanistycznych fobii przed Liczbą. Za to czuję niepokój, gdy słyszę, że „sztuki nie można mierzyć”.
Jednak odnaleziona w sieci infografika przypomniała mi, że z kryterium popularności trzeba postępować ostrożnie. Więcej ludzi chodzi do kina niż do teatru, a Grotowskiego nie cenimy za to, że tłumy oglądały jego spektakle.
Liczby warto umieszczać w kontekście i stosować je tam, gdzie to zasadne. W kulturze raczej nie jako jedyne kryterium oceny. Wydawałoby się, że to elementarna wiedza, ale ile razy w dyskusjach publicznych mówi się o frekwencji tak, jakby była jedynym kryterium oceny wydarzenia kulturalnego. A przecież nawet branża marketingowa obserwując co się dzieje w mediach społecznościowych coraz wyraźniej podkreśla, że ilość rzadko przechodzi w jakość (oczywiście nie mam na myśli wielkości sprzedaży, bo tu zależność jest raczej prosta).
Walki z dyktatem wielkiej liczby toczą się także na łonie popkultury, na przykład opisywane przez Jenkinsa w Kulturze konwergencji kampanie fanów na rzecz ratowania seriali, które z powodu niskiej oglądalności kończą swój żywot po pierwszym sezonie.
Ale dosyć tych słów, niech przemówią liczby z infografiki. Kilka zdań ostrzeżenia przez kryterium frekwencji już napisałem, a Justin Bieber zyskał nowego followersa na Twiterze.
[źródło: Frugal Dad via Get more social]
O crowdfundingu pisałem dwukrotnie, za każdym razem przywołując projekt społecznościowego sfinansowania książki o filozofii według Philipa K. Dicka. Postanowiłem zapytać autora publikacji o kilka spraw związanych ze sposobem, w jaki zebrał fundusze na realizację swojego projektu.
—-
Rozmowa z Maciejem Kaczmarskim, autorem książki „Bóg w sprayu. Filozofia według Philipa K. Dicka”, której wydanie zostało sfinansowane metodą crowdfundingu.
Sławomir Czarnecki: Dlaczego zdecydowałeś się na wykorzystanie crowdfundingu w finansowaniu Twojej książki?
Maciej Kaczmarski: Podejrzewam, że z podobnych przesłanek, co inni, którzy decydują się na taki krok – z powodu trudności w tradycyjnym pozyskaniu środków na realizację pomysłu. Nie chciałem brać kredytu ani pożyczki, bo nieufnie podchodzę do takich form zależności. Swego czasu przeczytałem artykuł o serwisie Kickstarter i zacząłem szukać jego krajowego odpowiednika. W ten sposób trafiłem na PolakPotrafi.pl. W finansowaniu społecznościowym najbardziej zaintrygowała mnie swoista symbioza pomiędzy twórcą a mecenasem. Podoba mi się taka idea, bo przyczynia się do wzbogacania kultury niezależnymi środkami na zasadzie quid pro quo. Crowdfunding wpływa pozytywnie na rozwój wszelkich form twórczości i umożliwia zaistnienie ciekawych, ambitnych i oryginalnych pomysłów. Wiele projektów ufundowanych w ten sposób nie wpisuje się w ramy strategii zwykłych sponsorów, bo są to zbyt niszowe rzeczy, nieopłacalne z czysto komercyjnego punktu widzenia. Dzięki wsparciu zwykłych ludzi, pasjonatów dbających nie o profity, lecz efekt końcowy, ciekawe przedsięwzięcia mają szansę wypłynąć na powierzchnię. Oczywiście i tu jest pewien element zależności, od darczyńców, ale to jest właśnie piękne – że zawsze znajdą się pasjonaci, którzy pomogą w realizacji nawet najbardziej dziwacznego pomysłu. Na jednym z portali była przecież zbiórka pieniędzy na pokrycie zadłużenia USA. To oczywiście żartobliwy happening, ale większość zgłaszanych projektów to rzeczy jak najbardziej poważne.
Czy uważasz, że udałoby się sfinansować projekt w inny sposób?
Zanim zdecydowałem się na crowdfunding, zwróciłem się z prośbą o wsparcie do rozmaitych mediów, fundacji i stowarzyszeń. Najczęstszą odpowiedzią było zamknięcie budżetu na mniej więcej najbliższe czterdzieści lat, inni wspominali między wierszami o niszowości Boga w sprayu, jeszcze inni twierdzili, że w ogóle nie zajmują się finansowaniem literatury, bo to niedochodowy interes i żadna inwestycja. Twarde prawa rynku ery turbokapitalizmu (śmiech). Ostatecznie dobrze się stało, bo crowdfunding daje pewną dozę wolności. Nie trzeba się zadłużać, nie trzeba mieć znajomości ani iść na kompromisy względem formy i treści projektu. Istotny jest w tym również czynnik, powiedzmy, socjologiczny. Byłem ciekaw, jak wiele osób chciałoby przeczytać taką książkę i czy są one na tyle zainteresowane tematem, żeby wesprzeć jej publikację.
Jak bardzo emocjonujący był proces zbierania funduszy? Czy miałeś chwile zwątpienia w powodzenie projektu?
Nie. Wierzyłem, że się uda. Cieszyła mnie wszelka, najmniejsza nawet suma, jaka wpłynęła na konto projektu. To jest właśnie siła finansowania społecznościowego: każda złotówka jest ważna, bo przybliża pomysł do urzeczywistnienia.
Jak byś określił proporcję między mecenasami, których znałeś osobiście, a pozostałymi osobami?
Niektórzy mecenasi to członkowie mojej rodziny, przyjaciele oraz bliżsi i dalsi znajomi. Przeważały jednak osoby, których nie znam osobiście. To bardzo budujące, bo przecież nikt nie miał wglądu w treść ani gwarancji, że książka się ukaże. Znaleźli się ludzie dobrej woli, którzy pomimo tego zainwestowali w mój projekt. Uważam, że to naprawdę wspaniałe i jestem im wdzięczny po wsze czasy.
Czy Twoim zdaniem crowdfunding znajdzie w Polsce szersze zastosowanie? Czy możesz być szansą dla niszowych działań?
Chciałbym, żeby tak było. Na PolakPotrafi.pl jest coraz więcej projektów, większość z nich udaje się sfinansować, sam portal też się rozwija. Z drugiej strony, o ile się nie mylę jest to jedyny rodzimy serwis crowdfundingowy, więc póki co trudno mówić o zjawisku na skalę taką, jak choćby w Ameryce. Ostatnio władze Nowego Jorku uruchomiły na Kickstarterze swoją zakładkę, aby promować projekty realizowane w biednych dzielnicach miasta. Genialne w swej prostocie, a u nas nikt jeszcze na to nie wpadł. Może to kwestia innej mentalności? Finansowaniu społecznościowemu musi też towarzyszyć odpowiednia legislacja. W Polsce były niepokojące propozycje zmian w ustawie o zbiórkach internetowych, zakładające ich odgórną regulację przez państwowych urzędników. Na skutek protestów w sieci ten pomysł szczęśliwie upadł. Warto jednak zachować czujność. Internet, jako miejsce nieskrępowanej kreatywności i wolności wypowiedzi, jest w dużej mierze polem bitwy pomiędzy różnymi strefami wpływów. Za przykład niech posłużą afery związane z ustawami typu ACTA i SOPA, które pod pozorami walki z piractwem usiłują dać wielkim koncernom jeszcze większy monopol na kulturę.
Czy masz w planach nowy projekt, który także będziesz finansował społecznościowo?
W tej chwili nie mam takich planów, ale nigdy nic nie wiadomo.
Dziękuję za rozmowę.
—-
Maciej Kaczmarski – rocznik 1984, absolwent filozofii (specjalność kulturoznawstwo) Uniwersytetu Szczecińskiego. Dziennikarz muzyczny i radiowy. Copywriter i publicysta portalu Nowamuzyka.pl. Promotor muzyki elektronicznej i okazjonalny współorganizator wydarzeń kulturalnych. Na co dzień domowy kinoman i kolekcjoner dziwnych przedmiotów, na co noc badacz prozy Philipa K. Dicka. Towarzyski samotnik, milkliwy gawędziarz.
—-
Przeczytałeś wywiad i żałujesz, że nie mogłeś współfinansować wydania książki? Nic straconego, możesz ją kupić! Na przykład bezpośrednio u wydawcy lub w księgarniach internetowych.
Projekt wydania książki „Bóg w sprayu. Filozofia według Philipa K. Dicka” został sfinansowany za pośrednictwem serwisu PolakPotrafi.pl
Chciałem, nawiązując do tekstu Patricka Husseya How is crowdfunding changing culture?, pisać o tym, czy nowe technologie rzeczywiście są dobre dla sztuki. Ale przeczytałem nowy wpis na blogu Kultura 2.0 gdzie Alek Tarkowski też pisze o crowdfundingu. Jego tekst Crowdfunding zrzuca skórę jest utrzymany w tonie nostalgiczno-krytycznym, a mój entuzjazm wobec finansowania społecznościowego mimo to nie słabnie. Właściwie dlaczego?
Entuzjazmowi dawałem wyraz jakiś czas temu, pora zastanowić się nad jego podstawami. Nie wchodząc w mnogość definicji, dla mnie interesujące w crowdfundingu jest to, że wiele osób z różnych miejsc może w łatwy sposób za pośrednictwem internetu współfinansować dany projekt. W tym modelu możliwe jest osiągnięcie zakładanego poziomu finansowania przy niewielkim zaangażowaniu każdej z osób.
Jakie to daje szanse kulturze? Uderzając od razu w wysokie tony, crowdfunding daje szansę na nową formę finansowania projektów kulturalnych. Nie granty, nie umowy sponsorskie, tylko prawdziwie demokratyczny (wspominałem o wysokich tonach?) sposób pozyskania środków na realizację projektu. Był mecenat religijny, był i jest państwowy, są mechanizmy rynkowe, a crowdfunding to szansa na mecenat demokratyczny, a może nawet anarchistyczny (w tym sensie, że w grę wchodzą tu wyłącznie autonomiczne decyzje jednostek).
No tak, ale czy z tym samym sposobem finansowania nie mamy do czynienia, gdy ludzie po prostu płacą za bilet na koncert lub kupują książkę? Nie do końca, bo crowdfunding pozwala odbiorcy na finansowanie projektu przed jego realizacją. To także szansa dla kultury. Możliwość zdobycia środków na takie projekty, które licząc na inne źródła finansowania nie doczekałyby się realizacji.
Idąc dalej, finansowanie społecznościowe to szansa dla wszelkich kulturalnych nisz. Przedsięwzięcia które wymykają się logice grantów, które nie wzbudzają zaufania partnerów biznesowych mogą pozyskać grupę osób zainteresowanych danym tematem. Osób gotowych wydać swoje pieniądze na projekt. Dzięki internetowi grupę na tyle liczną, by zebrać kwotę pozwalającą na realizację przedsięwzięcia.
O ile ktoś już tego nie zrobił, warto byłoby odnieść do finansowania społecznościowego koncepcję długiego ogona. Tutaj podobnie jak w sprzedaży przez sieć: nie ma tak niszowego produktu, który nie znalazłaby swoich odbiorców/nabywców.
Weźmy, dość zwariowany, pomysł napisania przez fana książki o filozofii w powieściach Philipa K. Dicka. Czy jest program grantowy, który wspiera tropienie wątków gnostyckich i rozważania epistemologiczne wokół dorobku literackiego amerykańskiego pisarza science-fiction? Raczej nie. Czy z takim pomysłem warto starać się o stypendium literackie? A może znajdzie się wydawnictwo, które zainwestuje w ten niewątpliwy bestseller? Nie sądzę. Za to jestem przekonany, że ten pomysł zaintryguje fanów Philipa K. Dicka i zapłacą za to, żeby takie dzieło powstało. Skąd ta pewność? Stąd, że na mojej półce stoi książka „Bóg w sprayu. Filozofia według Philipa K. Dicka”.
Dowolnie niszowe i osobliwe zjawisko znajdzie w internecie swoją społeczność. Prawdopodobnie część tej społeczności będzie gotowa pielęgnować swoją niszę także poprzez finansowanie projektów. To daje niezależne od polityki kulturalnej i trendów rynkowych narzędzie pozyskiwania środków. Przy czym te prawidłowości nie stosują się tylko do kultur fanowskich i miłośników popkultury. W równym stopniu dotyczy to miłośników historii wojskowości, muzyki dojrzałego baroku w Niemczech, średniowiecznej filozofii arabskiej, Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia, sztuki konceptualnej….
Relacja społeczności i finansowania społecznościowego jest bardziej złożona. To nie tylko dodanie do zaangażowania fanów/miłośników wymiaru ekonomicznego. Jak zauważa, czy też przypomina, Alek Tarkowski, samo finansowanie jako proces może być mniej lub bardziej uspołecznione. Dodatkowo, wspólne finansowanie może wzmacniać społeczność. Może również, i to kolejna szansa dla kultury, być wręcz narzędziem tworzenia nowych społeczności wokół projektów.
No dobrze, powie ktoś, a jeśli w tym całym crowdfundingu nie ma nic nowego? Przecież przed internetem istniały dobrowolne składki, przedpłaty, zbiórki publiczne. Sprawa nie jest taka prosta, o czym więcej w następnym wpisie (który będzie poświęcony także ograniczeniom stosowania crowdfundingu w kulturze). Choćby tylko finansowanie społecznościowe było nową nazwą starych mechanizmów, to i tak sama dyskusja wokół crowdfundingu jest szansą dla kultury.
Dlatego, że otwiera na myślenie o alternatywnych sposobach finansowania. O wyrwaniu się z kręgu dotacji publicznych i transakcji rynkowych. Nawet jeśli tylko przypomnimy sobie, że czasami aby zrealizować projekt, wystarczy się na niego po prostu złożyć – to będzie ożywcze.
Do czego są potrzebne społeczeństwu kultura i sztuka? Podobnie jak w świecie mody, w debacie publicznej na ten temat co pewien czas zmieniają się trendy. Był czas, gdy kultura i sztuka miały przede wszystkim promować kraj/region/miasto. Potem nastąpiła gwałtowna i krótka (jak to w modzie) tendencja do wiązania kultury i sztuki głównie z tworzeniem klimatu dla kreatywności, co miało bezpośrednio oddziaływać na rozwój gospodarki. W tamtym sezonie nosiło się Floridę. Obecnie coraz częściej, o ile już nie jest to dominujący trend, mówi się o tym, że kultura i sztuka służą budowaniu kapitału społecznego.
Na przykład w projekcie Strategii Rozwoju Kapitału Społecznego (prace na którą nieprzypadkowo koordynuje Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego) czytamy: „zwiększenie dostępu do kultury i usług kulturalnych będzie miało istotne znaczenie dla rozwoju kapitału społecznego, osiągania spójności społecznej i ekonomicznej, oraz będzie sprzyjało włączeniu społecznemu.” (s. 13)
Wszystko się zgadza, kultura i sztuka temu właśnie służą. Dzięki nim ludzie spotykają się, rozmawiają, poznają lepiej, wzmacniają relacje, bardziej sobie ufają.
Jednak w czasie Euro 2012 zacząłem zastanawiać się nad tym, co by się stało gdybyśmy dysponowali Superczułym Narzędziem do Pomiaru Kapitału Społecznego? Gdybyśmy mogli mierzyć poziom relacjogenności danego wydarzenia? Sprawdzić dokładnie ile wystąpi pożądanych przez nas interakcji społecznych? Wyliczyć stopień trwałości nawiązanych relacji?
Gdyby dominującą funkcją kultury i sztuki było budowanie kapitału społecznego, a kryterium oceny wydarzeń ich relacjogenność to wedle wskazań naszego narzędzia osiedlowy festyn miałby wyższy „poziom KS” niż, nawet odbywający się w plenerze, koncert kwartetu smyczkowego. Gdybyśmy mogli wytworzyć tyle samo relacji zapraszając na koncert zagraniczną gwiazdę lub organizując cykl warsztatów rękodzieła to po co płacić gwieździe?
Dlaczego te, obrazoburcze szczególnie dla świata sztuki, myśli przyszły mi do głowy akurat podczas Euro? Ponieważ, czego się zupełnie nie spodziewałem, było to wydarzenie, które moim zdaniem autentycznie budowało kapitał społeczny. Nie afirmuję tym samym działań firmy UEFA czy polityki rządu związanej z przygotowaniami do Euro. Wychodzę raczej z założenia, że pozytywne zjawiska mogą wystąpić niezależnie od intencji organizatorów (tak jak festiwal w Jarocinie stał się niekoniecznie tym, czym miał być w zamyśle ówczesnych władz).
Zaskoczyło mnie to, że wydarzenie sportowe (i to z kategorii przemysłów sportu) na poziomie ulicy, osiedla tworzyło rzeczywistą, choć tymczasową, wspólnotę. Silne poczucie wspólnoty było krótkotrwałe, ale efekty mogą być długofalowe. Mam zresztą nadzieję, że przewidziano poświęcone temu badania. Jestem przekonany, że na przykład dla dzieci i wczesnej młodzieży mogło to być przeżycie pokoleniowe, w którym ci którzy nie mieli dotychczas możliwości podróżowania po Europie po raz pierwszy mogli poczuć się częścią wspólnoty europejczyków. Być może chociaż w małym stopniu udało się przeszczepić nowe modele świętowania, zabawy ulicznej. Oby udało się, chociaż trochę, zmienić styl kibicowania. Niewykluczone, że Euro zapoczątkowało, czy też wzmocniło, przemiany w sposobie przeżywania i manifestowania patriotyzmu.
Nie wchodząc w dalsze rozważania o Euro, chyba to dobrze dla kultury, że póki co nie mamy narzędzia do pomiaru kapitału społecznego.
Jednak eksperyment myślowy z „Superczułym Narzędziem do Pomiaru Kapitału Społecznego” nie ma prowadzić do smutnego wniosku: nie zajmujmy się kulturą i sztuką, lepiej stawiać na sport. Ten eksperyment nie sprawi, że zamiast chodzić do teatru zacznę grać w piłkę nożną.
Cel jest inny. Narzędzie służy pokazaniu, że trzeba ostrożnie obchodzić się z jednoczynnikowymi wyjaśnieniami roli kultury i sztuki w społeczeństwie, szczególnie gdy stosujemy je do uzasadnienia publicznego finansowania kultury oraz wyznaczania celów polityki kulturalnej. Zawsze bowiem może znaleźć się dziedzina, która lepiej będzie budowała kapitał społeczny, promowała miasto, przyciągała inwestorów i tak dalej.
A może są takie funkcje kultury i sztuki, które są specyficzne tylko dla nich? Może trzeba zacząć wyraźnie odróżniać ich funkcje (mierzyłem się z tym pytaniem tutaj)? Czy nie jest tak, że z publicznej debaty zniknęły, przyćmione między innymi przez dyskusje o kapitale społecznym, istotne wątki dotyczące roli kultury i sztuki?
Na ostatnie pytanie znam odpowiedź i pewnie za kilka wpisów wrócę do tego tematu. W świetle tej odpowiedzi nie trzeba się obawiać wynalezienia Superczułego Narzędzia do Pomiaru Kapitału Społecznego.
Tradycyjnie zachwycam się wakacyjną reklamą wydarzeń kulturalnych. Zdjęcie jest aktualne. Wpis, w którym uzasadniam swój zachwyt – archiwalny. Muszę też odnotować, że jakość reklamy koncertów w Bazylice Mariackiej w Gdańsku uległa poprawie.
… nowe wpisy w nowej odsłonie bloga, a tymczasem zapraszam na profil: www.facebook.com/widownia
Artyści versus politycy? Ludzie kultury versus urzędnicy? Kultura versus rozrywka? Te spory znamy. Toczą się jawnie, linie podziału są wyraźnie oznaczone, stanowiska określone. Tymczasem na marginesie dyskusji o kulturze rozwija się spór mniej oczywisty, o zatartych liniach podziału. Mało widoczny, żywotny i aktualny, konflikt między kulturą a sztuką.
Sprawa wydaje się prosta. Kiedy mówimy „kultura”, mamy na myśli albo „kultura, czyli sztuka” albo „kultura i sztuka”, gdzie „sztuka” jest częścią „kultury”. Coraz częściej też jednym tchem mówimy „kultura” i „demokracja”, „partycypacja”, „kapitał społeczny”. Kto jest tym przeskokiem od kultury do demokracji nieco zdezorientowany, niech prześledzi chociażby działania ruchu Obywatele Kultury, program Europejskiego Kongresu Kultury czy regionalnych kongresów (np. w Bydgoszczy, Poznaniu).
Kultura i sztuka zgodnie pracują na rzecz społeczeństwa obywatelskiego. Byłby to całkiem ładny obrazek, gdyby nie małe, trudne do zauważenia, rysy.
Jak ten żart prowadzącego debatę „Niebezpieczne związki” w czasie Europejskiego Kongresu Kultury. Chantal Mouffe opisała sposób wydawania funduszy publicznych, w którym społeczność lokalna sama wybiera artystę i dyskutuje z nim na temat kształtu zamawianego dzieła. Mouffe przywołała taką praktykę jako przykład tworzenia sztuki publicznej, na którą jest zapotrzebowanie oddolne, w odróżnieniu od stosowania kryteriów biurokratycznych, czy elitarnych. Co Jacek Żakowski, moderator debaty, podsumował żartując: Mogę sobie wyobrazić ile i jakich pomników powstałoby w Polsce w takiej sytuacji.
Demokratyzacja jest dobra, ale gdy wkracza na terytorium Sztuki, budzi rozbawienie. Idea konsultacji, społecznej odpowiedzialności artysty może budzić też całkiem poważny i zdecydowany sprzeciw. Jak w tekście Grzegorza Drozda, który w kontekście projektu Universal mówi „wciąż nie rozumiem, dlaczego wymagano ode mnie, abym kogoś pytał o zdanie, o zgodę. Czy to normalne, aby artysta pytał publiczność o to, jak ma pracować?”. I deklaruje: „Nie byłem i nie jestem zwolennikiem terapii przez sztukę, bo w swych podstawowych założeniach takie działanie kieruje się litością. Nie wierzę w te kredki, farby i różnej maści warsztaty. Wierzę jednak, że oddziaływanie sztuki może dokonać zmian lub choćby wpłynąć na ich początek.” (Obudzić uśpioną bestię, w: Krytyka Polityczna, nr 27-28, s. 59)
Wygląda na to, że „kredki, farby i różnej maści warsztaty” – to kultura, a sztuka to dziedzina wyłączona z procesów konsultacji, współdecydowania. Nawet więcej niż tylko wyłączona, raczej zupełnie nieprzystająca. Na Poznańskim Kongresie Kultury w czasie debaty „Jakimi językami mówimy o kulturze” Izabela Cywińska wystąpienia swoich przedmówców skomentowała w duchu: Wy tu mówicie o demokracji, partycypacji, a ja chciałam rozmawiać o sztuce, o emocjach.
Zdarza się, że ten podział jest wyrażony wprost, jak w rozmowie z Rafałem Kozińskim na temat lubelskich Warsztatów Kultury: „Zajmujemy się kulturą, mogę nawet powiedzieć, że bardziej kulturą niż sztuką. Niektóre osoby nie rozumieją, jak można zajmować się kulturą, bez pielęgnowania sztuki? Nas jednak bardziej interesuje kulturotwórcza rola zmiany społecznej niż sama sztuka (…).”
To nie jest oś żadnej z prowadzonych dyskusji. Być może dlatego, że publicznie nie wypada przyznawać, że kultura i sztuka mogą być antagonistyczne. Mam jednak wrażenie, że mimo popularności, w kontekście mówienia o kulturze, takich określeń jak „partycypacja”, „współdecydowanie”, „konsultacje społeczne”, gdy wkraczamy na terytorium sztuki wraca myślenie tradycyjne. Takie w którym dominuje kult eksperta (czyli w przypadku sztuki samego artysty i krytyka, kuratora), bo przecież, „gdyby ludzie sami decydowali, to chcieliby jakichś brzydkich pomników”.
O ile łatwo przychodzi nam mówienie o kulturze i demokracji, to czy równie łatwo można mówić o „sztuce demokratycznej”? Jeżeli sztuka ma „służyć zmianie społecznej”, jeżeli ma „pomnażać kapitał społeczny”, to czy naprawdę jej artystyczna jakość jest istotna? Co ma większą wartość – indywidualny proces twórczy artysty, czy wspólnotowe działanie uczestników kultury?
Jaka relacja zachodzi pomiędzy, tworzoną przez profesjonalnych artystów, sztuką, a tymi kulturalnymi „farbami, kredkami i wszelkiej maści warsztatami”? Czy to jest taka relacja jak między sportem zawodowym a amatorskim? A może bardziej jak między uprawianiem nauki a zajmowaniem się dydaktyką? Nie wiem. Tak samo jak do końca nie wiem, w jakich znaczeniach używałem terminów „kultura” i „sztuka” w tym tekście. Dlatego jest to pierwszy wpis na blogu od trzech miesięcy. Przez ten czas zastanawiałem się nad tym, jak roboczo zdefiniować kulturę i sztukę. Nie chcąc przedłużać przerwy o kolejne trzy lata, w tej kwestii zdałem się jednak na intuicje czytelnika.
Nie o definicje tutaj chodzi, ale o praktyczne konsekwencje różnych koncepcji kultury i sztuki, w tym te dotyczące sposobu wydawania środków publicznych. Będę się nad tym jeszcze zastanawiał na blogu (i poza nim, także następnego wpisu spodziewajcie się za tydzień lub za pół roku).
Tymczasem zachęcam wszystkich do szukania rys na krzepiącym obrazie, na którym kultura i sztuka ramię w ramię pomnażają kapitał społeczny i przyczyniają się do społecznej zmiany.
„Znamieniem przynależności do kulturowej elity jest dziś maksymalna tolerancja i minimalna wybredność. Snobizmem kulturalnym jest ostentacyjne wyrzekanie się snobizmu” – pisze Bauman w swojej kongresowej książce „Kultura w płynnej nowoczesności” i przywołuje kategorię „wszystkożerności” (wymyśloną przez Richarda A. Petersena). Wszystkożerni wedle Petersena konsumują w szerokim zakresie zarówno popularne, jak i wysokie formy sztuki. Bauman stawia sprawę ostro: „To już nie konfrontacja jednego (wyrafinowanego) gustu z innym (wulgarnym), ale wszystkożerności z jednożernością, gotowości konsumowania wszystkiego z wybiórczym konsumowaniem.”
Wydaje się, że koncerty Penderecki, Aphex Twin & Greenwood miały być potwierdzeniem powyższych tez. Jak to entuzjastycznie podsumował Roman Pawłowski w relacji z kongresu „Ktoś, kto widział, jak ponad 3 tys. widzów słucha koncertu muzyki Krzysztofa Pendereckiego i Johna Greenwooda z Radiohead, nie miał wątpliwości, że dawne podziały na sztukę elitarną i masową nie mają już sensu.”
Do niedawna sam byłem zwolennikiem tezy o nieadekwatności podziału na sztukę elitarną i masową. Jednak lektura książki Baumana zrodziła we mnie wątpliwości, a wspominane koncerty, przeciwnie niż u Pawłowskiego, w tych wątpliwościach mnie utwierdziły.
Rzeczywiście, dieta szeroko rozumianych elit jest obecnie urozmaicona. Do jadłospisu trafia od czasu do czasu serial, powieść science-fiction, teledysk, a nawet gra komputerowa. Jednak więcej egzotycznych potraw wpisanych menu nie oznacza, że jesteśmy w stanie spróbować wszystkiego co jadalne.
Zgoda, jesteśmy świadkami gwałtownego poszerzania się kanonu, ale to wciąż kanon. Fenomeny kultury popularnej muszą spełnić pewne warunki, żeby trafić do karty dań człowieka kulturalnego. Aphex Twin? Może być, to przecież „ambitna elektronika” no i jest nazywany „Mozartem muzyki elektronicznej”. Greenwood z Radiohead? W porządku, to kompozytor, nie tylko gitarzysta. Philip K. Dick? Przecież podejmował ważkie tematy filozoficzne, a science-fiction to był tylko sztafaż, tak naprawdę to była literatura głównego nurtu. Człowiek kulturalny może od niedawna przyznawać się nawet do oglądania seriali, bo są ważnym kulturowym fenomenem i dają wgląd w kondycję społeczeństwa (nawet te o zombie)…
Nadal trzeba znać niepisane reguły, które pozwalają odróżnić, na co kulturalny człowiek może sobie pozwolić, a na co już nie (nadal nie wolno Wam czytać książek Paulo Coelho! i nucić „Baby” Justina Biebera też nie!! za to możecie już bez wstydu oglądać True Blood i Glee). Zjawiska z peryferii kultury, zanim trafią do jej centrum, muszą przejść proces oczyszczenia. Trzymając się metafor kulinarnych, muszą być odpowiednio przyrządzone. Horrorów nie spożywamy na surowo, żeby się po prostu bać i czuć obrzydzenie. Konsumując jesteśmy świadomi, że ten gatunek filmowy wyraża lęki społeczne.
Nie ulega wątpliwości, że wspólny występ Pendereckiego i Aphex Twina był zderzeniem dwóch różnych światów. Na koncercie w jednym rzędzie usiedli odziani w garnitury europejscy biurokraci i młodzi bywalcy klubów w t-shirtach i trampkach (z jednym rzędem trochę przesadziłem, powiedzmy, że w bliskich sobie sektorach). O tym, że było to nietypowe spotkanie świadczą odmienne sposoby relacjonowania koncertu. Podczas gdy Dorota Szwarcman na swoim muzycznym blogu używa takich określeń jak „(utwór) trochę przypominał obniżony do basów i mocno zgłośniony gamelan”, „Polymorphia poniekąd od końca odtworzona, czyli od owego akordu C-dur” użytkownik forum internetowego fanów drum’n’bass pisze tak: „aphex twin też nieźle pocisnął. Widać, że chciał zagrać bardziej core’owo, więcej szatańskich noisów, ale nie mógł się za bardzo rozpędzić, ale momentami niezły speedcore:).”
Elity wyrzekają się snobizmu i chcą być minimalnie wybredne i maksymalnie tolerancyjne. Penderecki wystąpił z Aphex Twinem. Wciąż mamy do czynienia z kanonem. Poszerzonym, ale wciąż kanonem. Dlatego nie będzie koncertu Penderecki & Rubik.
Dystynkcja (patrz s. 19 książki Baumana) ma się dobrze.
Właśnie kupiłem książkę, która nie została wydana. Owszem, jest to książka o Philipie K. Dicku, ale mój zakup nie ma nic wspólnego z prekognicją, podróżami w czasie czy alternatywną rzeczywistością. Ma za to wiele wspólnego z realnym zjawiskiem, chociaż osobliwym i o dziwnej nazwie. Z crowdfundingiem.
Było to tak. Znajomy, z którym dzielę wieloletnią fascynację twórczością Dicka, przesłał mi na Gadu Gadu link do strony na Facebooku, na której był link do serwisu Polak Potrafi. Przeczytałem, Polubiłem, Kupiłem. Niewydaną książkę „Gnostycyzm w literaturze Philipa K. Dicka”. Wyrażając się precyzyjnie, nie tyle „kupiłem”, co „dofinansowałem projekt wydania książki korzystając z serwisu crowdfundingowego Polak Potrafi„.
Wcześniej czytałem trochę na temat crowdfundingu, z czystej ciekawości podglądałem serwis Kickstarter, zastanawiałem się nawet czy nie wesprzeć finansowanego tą metodą filmu Iron Sky (koniecznie obejrzyjcie zwiastun!).
Jednak przejście od obserwacji do zaangażowania nastąpiło dopiero teraz. Widać potrzebny był temat, który będzie mi na tyle bliski, aby życzliwe zainteresowanie przemienić w realne wsparcie. Musiałem poczuć, że ta książka naprawdę powinna się ukazać, że chcę ją przeczytać.
Opisałem wyżej drogę od uzyskania informacji o projekcie do jego wsparcia oraz powody zaangażowania, bo te dwa czynniki sprawiają, że mój stosunek do idei crowdfundingu jest wyłącznie entuzjastyczny (osoby pragnące ostudzić mój entuzjazm zapraszam do podawania słabych stron tej metody w komentarzach).
Sposób rozpowszechniania informacji oraz poleganie na osobistej, nacechowanej emocjami, motywacji – te dwa czynniki wróżą crowdfundingowi sukces. Dzięki powszechnemu w internecie linkowaniu, polecaniu znajomym, lubieniu, słowem – podawaniu dalej, nawet najbardziej niszowy projekt ma szansę na zgromadzenie wokół siebie zwolenników, gotowych zaangażować środki finansowe. Jednostkowo nieznaczne, ale po zsumowaniu umożliwiające realizację projektu.
Autor książki „Gnostycyzm w literaturze Philipa K. Dicka” zachęca do wsparcia swojego pomysłu hasłem „zostań mecenasem kultury.” W tej promocyjnej zachęcie jest coś intrygującego. Być może rzeczywiście po mecenacie kościelnym, państwowym, biznesowym przyszedł czas na mecenat demokratyczny? Na mecenat indywidualny zamiast mecenatu instytucjonalnego?
Oby tak było, to wyjątkowa szansa dla projektów kulturalnych. Będę jeszcze pisał o crowdfundingu, o tym czy uda się znaleźć polski odpowiednik terminu też. Tymczasem zastanówcie się, czy nie chcielibyście przeczytać książki o wątkach gnostyckich w książkach Dicka? Nie jesteście ciekawi, czy Bóg może przybrać formę aerozolu?
[aktualizacja 20.02.12 projekt „Bóg w sprayu” zakończył się sukcesem]
Jeszcze kilka lat temu Zygmunt Bauman był uznanym socjologiem, obecnie staje się wielbionym mędrcem. Ja nadal wolę myśleć o Baumanie jako o wnikliwym i błyskotliwym socjologu. Nie wiem w jakiej mierze z Baumana mędrca i autorytet się robi, a w jakiej sam tak siebie postrzega. A może nie odrobiłem lekcji z ponowoczesności i buduję teraz racjonalistyczną, osnutą na tworzeniu opozycji, narrację. Podczas gdy myśl meandruje, tworząc splątane kłącza… No, ale dosyć tych żartów.
„Kultura w płynnej nowoczesności”, nowa książka Zygmunta Baumana napisana z okazji Europejskiego Kongresu Kultury, robi największe wrażenie tam, gdzie znajdują się szczegółowe obserwacje i analizy. Mniej do mnie przemawia główny nurt książki, w którym następuje przejście od dość pesymistycznej oceny stanu kultury do ogłoszenia postulatów, które w moim odczuciu są niezbyt z tą oceną powiązane. Dlatego skupię się na detalach.
Na pierwszy ogień idą rozważania Baumana na temat relacji artystów i urzędników. Autor nawiązuje do Adorno, który „mówiąc o kulturze, ale mając głównie sztuki piękne na uwadze, uznaje nieuchronność konfliktu między nią a administracją. Ale twierdzi zarazem, że antagoniści potrzebują siebie nawzajem (…).” (s. 124). Mamy zatem do czynienia z nieusuwalnym konfliktem, napięciem, a przy tym „wezwania twórców kultury do wycofania się z procedur administracyjnych i trzymania się od nich na odległość dźwięczą pusto. Gdyby się tych wezwań posłuchali, nie tylko pozbawiliby się środków do życia, ale też straciliby jakikolwiek wpływ na społeczeństwo i wszelki z nim kontakt (…).” (s. 125)
Czy stwierdzenie nieuchronności konfliktu prowadzi do rezygnacji? Uznania, że te spory do niczego nie prowadzą? Na szczęście nie, ponieważ „twórcy mogą wybierać między bardziej lub mniej znośnymi dla nich formami i stylami zarządzania (…).” To na pocieszenie, ale od razu Bauman dodaje, że artyści „nie mają wyboru między akceptacją a odrzuceniem instytucji zarządzania jako takiej. W każdym razie roszczenie sobie prawa do takiego wyboru jest nierealistyczną mrzonką.” (s. 125-126)
Warto czasem spojrzeć na, nieraz gwałtowne, spory urzędników z artystami z tej perspektywy. Spory, których każdy kto zajmuje się kulturą jest świadkiem lub uczestnikiem. Może pozwoliłoby to czasem ostudzić emocje i zapobiec zbytniemu „wchodzeniu w rolę”. „Urzędnika” wzdychającego nad niesubordynowanymi, nieodpowiedzialnymi twórcami. „Artysty” pomstującego na ograniczonych, nie rozumiejących sztuki urzędników.
Owszem, zdarzają się aroganccy urzędnicy i nieodpowiedzialni artyści. W dziedzinie przechodzenia do „bardziej znośnych form zarządzania” mamy naprawdę wiele do zrobienia. Wobec tych wszystkich sporów i problemów jedna z obserwacji Baumana jest moim zdaniem bardzo istotna.
Chodzi o zrozumienie, że ostatecznie jesteśmy, artyści i urzędnicy, po tej samej stronie. Jak pisze „na przekór wszelkim między nimi zatargom i potajemnemu czy hałaśliwemu obrzucaniu się obelgami i pomówieniami, twórcy kultury i urzędnicy od kultury współżyją w tym samym domostwie i współuczestniczą w tym samym przedsięwzięciu. (…) Jedni i drudzy powodowani są takim samym pojmowaniem swojej we wspólnym świecie roli i jej przeznaczenia, jakim jest uczynienie wspólnego im świata innym, niż pozostawałby czy stałby się bez ingerencji i wkładu w jego stan i funkcjonowanie.” (s. 126).
Narzekajmy na siebie, kłóćmy się, ale bądźmy po tej samej stronie. Wtedy łatwiej nam będzie osiągnąć nasze, oby, wspólne cele.
…obiecuję. Kilka raportów do omówienia, a przede wszystkim „Kultura w płynnej nowoczesności” Zygmunta Baumana do przeczytania na blogu.
W ramach wiosennych porządków warto ułożyć obok siebie dwie linie argumentacji, które występują w dyskusjach na temat kultury i jej finansowania. Te dwie linie celnie nazwała i opisała w wywiadzie na temat Paktu dla Kultury Bogna Świątkowska. Zrobiła to wprawdzie tylko po to, żeby za moment poddać obydwa typy argumentów krytyce (której pewnie poświęcę osobny wpis).
W wywiadzie mowa o dwóch argumentach:
1. kultura ma istotny udział w tworzeniu PKB
2. kultura służy budowaniu społeczeństwa obywatelskiego
Linię pierwszą wykorzystuje kampania społeczna „Kultura się liczy”, druga jest motywem przewodnim działań Obywateli Kultury.
Zamiast o dwóch argumentach wolę mówić o liniach, typach argumentacji. Jeden typ odwołuje się do korzyści ekonomicznych, drugi do społecznych. Ważny jest kontekst uzasadniania publicznego finansowania kultury, dlatego nie chodzi tutaj o dwa różne sposoby opisywania kultury, tylko o dwa typy argumentów.
W zasadzie wszystkie pojawiające się w aktualnych dyskusjach argumenty na rzecz kultury można przypisać do której z wymienionych linii. Nawet uwzględniając poczynione przez Bognę Świątkowską w tym samym tekście zastrzeżenia.
Dzięki uporządkowaniu dyskusji można jasno postawić problem. Na przykład w formie pytania: czy te dwa typy argumentacji można pogodzić? Czy, argumentując na rzecz kultury, można je stosować równocześnie? Zagadnienie dotyczy określenia relacji pomiędzy ekonomicznym, a społecznym uzasadnianiem potrzeby publicznego finansowania kultury.
W rzeczywistości te dwa typy argumentów mieszają się ze sobą. Na przykład w kampanii „Kultura się liczy” pojawiają się argumenty społeczne, a ruch Obywateli Kultury odwołuje się do ekonomicznej linii argumentacji.
Mam jednak przeczucie, że łączne stosowanie dwóch typów argumentacji ma swoje ograniczenia. Dlatego, że stosując określony typ argumentów, uzasadnia się potrzebę istnienia określonego typu kultury. Być może budowaniu społeczeństwa obywatelskiego służą najlepiej wydarzenia artystyczne całkowicie odmienne od tych, które mają istotny udział w tworzeniu PKB.
Relacja ekonomicznego i społecznego uzasadniania kultury nie jest jednoznaczna. Można ją na przykład (jak czyni Lidia Makowska) ująć dynamicznie, jako relację następstwa. Przejścia od mniej dojrzałego, ekonomicznego, argumentowania na rzecz kultury do formy lepiej uzasadnionej, która polega na ujmowaniu roli kultury w kontekście społeczeństwa obywatelskiego.
Możliwości jest zresztą wiele. Można przecież uznać, że chodzi tylko o PKB. Kultura owszem buduje społeczeństwo obywatelskie, które cechą jest wysoki poziom kapitału społecznego. Ten zaś kapitał jest potrzebny do generowania wyższego PKB.
Tak czy inaczej, wyróżnienie dwóch typów argumentów i zastanawianie się nad ich relacją silnie porządkuje, nierzadko chaotyczną, dyskusję na temat finansowania kultury.
Jeden problem, dwa typy argumentów, kilka komentarzy – ułożone obok siebie. Jaki piękny, wiosenny porządek. W czasie porządkowania często znajduje się dawno zapomniane przedmioty i odkrywa je na nowo – co przydarzyło mi się i teraz.
Uczestnicząc w Blog Forum nauczyłem się, między innymi, tego, że „skromny bloger” to określenie wewnętrznie sprzeczne. Dlatego nieskromnie zauważę, że o argumentach, które obecnie nas wszystkich tak zajmują, pisałem na blogu trzy lata temu.
Odkurzone wpisy są dość obszerne, miejscami zawiłe, ale naprawdę warto (ach ta nieskromność) poczytać o niewidzialnej ręce sztuki, pożytecznych efektach ubocznych, umowie społecznej w sprawie teatru, a także zajrzeć do portfela Pana Prezydenta.
W działaniach promocyjnych dotyczących Traviaty w Operze Bałtyckiej moją uwagę zwrócił jeden z filmów, który opowiada o przygotowaniach do premiery.
Pojawiają się w nim pracownice kasy biletowej, biura obsługi widza, promocji. Nie są anonimowe, możemy poznać ich nazwiska.
Pierwszy raz spotkałem się z tak wyraźnym zaznaczeniem obecności pracowników obsługi i marketingu w teatrze. Uznania ich za pełnoprawnych uczestników procesu powstawania spektaklu. Owszem, bywają fotoreportaże „zza kulis”, gdzie pokazuje się budowanie scenografii, szycie kostiumów. Ale czy ktoś widział w takich materiałach „ludzi promocji”?
Tym bardziej, że pracownicy działów promocji i obsługi widza w instytucjach kultury nie mają lekko. Między innymi z powodu Prawa Widowni, które kiedyś na swój użytek sformułowałem tak:
Wysoka frekwencja = zasługa artystów,
Niska frekwencja = wina działu promocji.
Pisze o tym również Mariusz Wróbel na portalu Info-PR: „Żaden przykładowy aktor nigdy przecież nie przyzna, że tłumy na jego występie są wynikiem zespołowej pracy artystów, menedżerów, marketingowców i obsługi, a nie tylko magii jego nazwiska :-).”
Z czego wynikałoby, że prestiż działów promocji wewnątrz instytucji kultury nie jest zbyt wysoki. W tym kontekście film promujący Traviatę to znak, że nadchodzą zmiany na lepsze. Wam, proletariusze działów promocji i obsługi widza, dedykuję ten film.
Kultura nie zajmuje w teorii klasy kreatywnej centralnego miejsca (o czym pisałem tutaj). Na dodatek tezy Floridy stosunkowo łatwo poddać zasadnej krytyce, zwłaszcza z pozycji socjologii. Za przykład mogą posłużyć dwa interesujące teksty(Joanny Erbel i Pawła Marczewskiego), które ukazały się na stronie kampanii Kultura się liczy.
To nie oznacza, że z wielu obserwacji i postulatów autora „Narodzin klasy kreatywnej” nie można zrobić dobrego użytku. Na przykład w rozmowach kuratorów, artystów, animatorów z osobami tworzącymi i wdrażającymi miejską politykę kulturalną lub odpowiedzialnymi za rozwój miasta (celowo nie piszę „urzędnikami”, bo to słowo w języku polskim nabiera obecnie pejoratywnego znaczenia).
Argumenty „z Floridy” przydadzą się nie tylko do zmiany, panującego wśród decydentów, klimatu wokół kultury. Pomogą także w staraniach o uzyskanie konkretnych udogodnień, czy wsparcia finansowego dla przedsięwzięć artystycznych. Teorii klasy kreatywnej można użyć i we wnioskach grantowych.
Pragmatyczne podejście? Owszem, w końcu ta teoria powstała w Ameryce.
Dlatego warto zrobić sobie wypisy z Floridy właśnie na potrzeby przekonywania do swoich racji osób zarządzających miastem, ale niekoniecznie dobrze zorientowanych w sprawach kultury. Dzięki „Narodzinom klasy kreatywnej” można znaleźć wspólny język z osobą, której bliższy jest skrót BCG niż, dajmy na to, CSW. Odwołanie do wskaźników, statystyk, korelacji – może pomóc.
Godne uwagi jest to, że Florida nie dostarcza argumentów głównie przedstawicielom dużych instytucji, reprezentantom sztuki wysokiej. A przecież często, jeśli mowa o kulturze w kontekście prestiżu miasta, przywołuje się obecność Filharmonii, Opery, Teatru.
Dzięki teorii klasy kreatywnej to może się zmienić. Swoją szansę zyskują małe wytwórnie płytowe, kluby, grupy teatralne, zespoły muzyczne, tancerze. Nowe inicjatywy, warsztaty twórcze, klubowe koncerty, działania w przestrzeni publicznej. Osobom kreującym takie zjawiska szczególnie polecam pragmatyczną lekturę „Narodzin klasy kreatywnej”.
Na zachętę kilka wypisów:
„(…) miejsca z dynamiczną sceną kulturalną i atrakcyjnym środowiskiem artystycznym generować będą silny wzrost gospodarczy oraz osiągną najwyższy poziom kreatywności i innowacyjności gospodarczej.” (s. 270)
„Okazuje się, że Wskaźnik Bohemy bardzo silnie koreluje ze wszystkimi aspektami rozwoju regionalnego: od regionalnej bazy w zakresie wysokich technologii po przyrost ogólnej liczny ludności oraz wzrost zatrudnienia.” (s. 269) (Wskaźnik Bohemy mierzy liczbę pisarzy, designerów, muzyków, aktorów i reżyserów, malarzy i rzeźbiarzy, fotografów oraz tancerzy w danym regionie).
„(…) dziś kluczem do sukcesu jest stworzenie jak najlepszego klimatu dla ludzi.(…) Oznacza to przede wszystkim konieczność stworzenia i aktywnego podtrzymywania klimatu otwartości na różnorodność oraz inwestowania w atrakcje lifestylowe, z których ludzie będą chcieli jak najczęściej korzystać.” (s. 304)
„Członkowie klasy kreatywnej wolą atrakcje bardziej aktywne, nieformalne, „uliczne”.” (s. 268)
„Zależało mi zwłaszcza na tym, aby w ramach tych badań wprowadzić wyraźne rozróżnienie pomiędzy – z jednej strony – organizowanymi na mniejszą skalę, „ulicznymi” atrakcjami a – z drugiej – tradycyjnymi, dużymi, masowymi atrakcjami, takimi jak zawodowe drużyny sportowe, muzea, symfonie, opery, balety i wszelkie inne instytucje, które miasta zazwyczaj starają się promować, chcąc w ten sposób przyciągnąć ludzi i przedsiębiorstwa oraz umocnić swój status i wizerunek jako metropolii należącej do ścisłej czołówki regionów. (…) Z moich analiz wynikało, że atrakcje kulturalne określonego rodzaju są lepszym sposobem przyciągania zdolnych ludzi i generowania rozwoju branż high-tech niż inne rozwiązania w tej sferze. Co szczególnie ważne, wynikało z nich również, że duże, masowe atrakcje nie są skutecznym środkiem osiągania tychże celów. Pod tym względem zdecydowanie lepiej sprawdzają się mniejsze atrakcje, czyli te rzeczy, o których najczęściej wspominali uczestnicy moich badań focusowych: dynamiczne życie uliczne, łatwo dostępne możliwości odpoczynku na świeżym powietrzu oraz atrakcyjna scena muzyczna.” (s. 268-269)
„Branża technologiczna i scena muzyczna doskonale do siebie pasują, gdyż oba te sektory występują w miejscach, które są otwarte na nowe idee, nowych ludzi i kreatywność. Właśnie dlatego bardzo często powtarzam lokalnym liderom, że znalezienie sposobów wsparcia lokalnej sceny muzycznej jest równie istotne, co inwestowanie w branże high-tech, i przynosi zdecydowanie lepsze rezultaty niż budowanie centrum handlowego w śródmieściu.” (s. 236)
„Bardzo ważnym elementem mieszanki atrakcji i udogodnień oferowanych przez dane miasto jest życie nocne. (…) Najwyżej cenione są zawsze te opcje, które oferują nowe doświadczenia i doznania – ciekawe lokale muzyczne, dzielnicowe galerie sztuki, miejsca dla sztuki performatywnej i teatrów. Dynamiczne, bogate i mocno zróżnicowane życie nocne postrzegane jest przez wiele osób jako wyraźny sygnał, że dane miasto „wie, o co chodzi.” (s. 231-232)
W poprzednim wpisie pisałem o sytuacji polskiego czytelnika „Narodzin klasy kreatywnej”, który zanim zapoznał się z teorią Richarda Floridy, zdążył już całkiem dobrze poznać krytykę tej teorii. Pisałem również o możliwych nadinterpretacjach koncepcji gospodarki i klasy kreatywnej.
W trakcie dalszej lektury książki zacząłem zadawać sobie pytanie: „Czy Florida pisze o nas?”. Właściwie to są dwa pytania, jedno odnoszące się do „nas” – mieszkańców Polski, drugie do „nas” – ludzi kultury. Na ile obserwacje i wnioski autora można odnieść do polskich realiów? Jaką rolę w teorii klasy kreatywnej odgrywa kultura, rozumiana jako działalność artystyczna?
Krótko mówiąc, na co trzeba wziąć poprawkę czytając Floridę w Polsce w roku 2011 w perspektywy dyskusji o roli kultury w życiu społecznym i gospodarczym? Odpowiadając krócej, na wiele rzeczy. Kilka z nich zasygnalizuję, ale (na razie) nie będę ich głęboko uzasadniał i rozwijał.
Zacznijmy od podstaw. Mocnym stwierdzeniem otwierającym książkę Richarda Floridy jest przywołanie danych, według których ponad 30% z ogółu zatrudnionych w USA należy do klasy kreatywnej. W „rozwiniętych krajach europejskich” od 25 do 30%. Jak dotąd nie odnalazłem polskich danych, które dałoby się bezpośrednio porównać z danymi z USA. Prawdopodobnie nikt jeszcze nie policzył, ile osób należy w Polsce do klasy kreatywnej rozumianej dokładnie w ten sam sposób, w jaki definiuje ją Florida. Jeśli ktoś zna takie dane, z ochotą przyznam się do błędu i poznam te wyliczenia. Jak dotąd z lektury ekspertyzy „Analiza potrzeb i rozwoju przemysłów kreatywnych (creative industries) w Polsce.” i raportu „Znaczenie gospodarcze sektora kultury. Wstęp do analizy problemu.” dowiedziałem się przede wszystkim, że zagadnienie jest bardzo skomplikowane i istnieje wiele definicji „przemysłów kreatywnych”. Cóż, taka rola raportów i ekspertyz.
Na szczęście w raporcie „Znaczenie gospodarcze sektora kultury” pojawia się próba oszacowania udziału zatrudnionych w „przemysłach kreatywnych” w ogóle zatrudnionych w Polsce. Udział ten wynosi 2,65% (dane z 2008 r.). Nawet biorąc pod uwagę różnice w definiowaniu przemysłów kreatywnych w raporcie i klasy kreatywnej w książce Floridy, a są to dość duże różnice, z zestawienia 30% z 2,65% płynie jedna wskazówka. Należy bardzo ostrożnie podchodzić do przenoszenia wniosków i obserwacji Richarda Floridy na polskie realia. Przypuszczam, że z tym przenoszeniem mogą być pewne kłopoty nawet w odniesieniu do, jak to określa autor, „rozwiniętych krajów europejskich”.
Teoria klasy kreatywnej jest przywoływana często w dyskusjach na temat znaczenia kultury dla rozwoju gospodarczego. Kultury rozumianej jako działalność artystyczna, w tym także sztuka wysoka. Richard Florida wydaje się tutaj przychodzić z mocnymi argumentami na rzecz tezy, że tak rozumiana kultura się liczy, że ma duże znaczenie dla rozwoju miast i rozwoju gospodarki. Rzeczywiście autor wiele miejsca poświęca analizie związków między różnymi przejawami kreatywności, podkreśla rolę życia artystycznego w tworzeniu miejsc przyjaznych klasie kreatywnej. Artyści wchodzą w skład tej klasy. Co więcej należą do jej „Hiper-kreatywnego Rdzenia” (nawiasem mówiąc, inwencja terminologiczna Floridy jest czasami zdumiewająca).
Jednak, gdy przychodzi do opisu stylu życia klasy kreatywnej, czytamy przede wszystkim o inżynierach i informatykach. Gdy określane są twarde wskaźniki dotyczące klasy kreatywnej w kontekście rozwoju gospodarczego, to pojawiają się, między innymi, Wskaźnik Innowacyjności (liczba zarejestrowanych patentów) i Wskaźnik Wysokich Technologii (koncentracja przedsiębiorstw z branży high-tech na danym obszarze).
Tezy Floridy są bardziej rozwinięciem teorii gospodarki opartej na wiedzy niż próbą postawienia kultury (sztuki) w centrum myślenia o rozwoju gospodarki. Jak sam to określa, jego celem jest „wyjaśnienie czynników regionalnego rozwoju gospodarczego”. Kultura jest jednym z tych czynników, teoria klasy kreatywnej nie służy jednak wyjaśnianiu roli kultury w rozwoju gospodarczym.
Rolą artystów jest, według autora, tworzenie odpowiedniego klimatu miejsca, który zachęci klasę kreatywną do osiedlania się tym, a nie innym mieście. Poświęcony jest temu nawet osobny Wskaźnik Bohemy (czy wspominałem już o inwencji terminologicznej autora?). Znamienne, że ten wskaźnik został opisany najkrócej.
Wbrew klasyfikacji przyjętej przez Floridę, odnoszę wrażenie, że w jego teorii artyści faktycznie nie należą do właściwej klasy kreatywnej. Pełną raczej rolę usługową, dostawców doznań i twórczego klimatu. Kultura liczy się o tyle, o ile zapewnia różnorodność społeczną. Życie artystyczne tworzy klimat miejsca. Ten klimat powoduje, że pracują w danym miejscu ci, którzy mają bezpośredni wpływ na rozwój gospodarki. Zachodzi tutaj zależność: kultura – miejsce – gospodarka, nie: kultura – gospodarka. Inaczej jest np. w przypadku zależności: branża high-tech – gospodarka. Naturalnie istnieje bezpośredni wpływ branży kulturalnej na życie gospodarcze, ale przynajmniej w teorii klasy kreatywnej nie odgrywa on znaczącej roli.
Samo rozumienie sztuki/kultury, które pojawia się w tekście, odbiega od tego rozumienia, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Oto mała próbka: „Trudno również uznać Pittsburgh za miasto ze słabo rozwiniętą ofertą kulturalną. Jest to wszak siedziba trzech znanych drużyn sportowych. Pittsburgh ma do zaoferowania bardzo dużo: znane muzea, ośrodki życia kulturalnego, imprezy i festiwale, imponującą sieć parków miejskich, wyjątkową architekturę z epoki przemysłowej oraz doprawdy wspaniałe dzielnice z urokliwymi, a przy tym stosunkowo tanimi domami”. (s. 222) Pozostaje pytanie, co robią drużyny sportowe w pierwszym zdaniu opisu oferty kulturalnej?
Żarty żartami, ale zestawienie aktywnego wypoczynku na świeżym powietrzu, życia nocnego i oferty kulturalnej jest charakterystyczne dla całej książki. Tak naprawdę ma doniosłe konsekwencje dla rozumienia kultury i wcale takiego podejścia nie odrzucam. Przeciwnie, uważam, że jest inspirujące. Otwiera to całkiem nowe wątki, które rozwinę niebawem w osobnym wpisie.
Było sporo o różnicach między sytuacją klasy kreatywnej w USA, a polskimi warunkami. Podsumuję to anegdotycznie. Chociaż opis, który zaraz przytoczę, w książce nie jest podany jako anegdota. Richard Florida chcąc przybliżyć naturę zależności pomiędzy klasą kreatywną, a klasą usługową, powołuje się na przykład własnego życia. Pisze: „Mam ładny dom z ładną kuchnią, ale pomieszczenie to pełni głównie funkcję dekoracyjną – najczęściej jadam na mieście (…). Mój dom jest czysty, ale nie ja go sprzątam – robi to gospodyni. Mam również ogrodnika oraz obsługę basenu (…) Fryzjer, który obcina mi włosy to wzięty, bardzo kreatywny stylista, który jeździ nowiutkim bmw.” (s. 90)
Prawda, że też tak macie, polscy artyści i naukowcy?
Dzięki serii wydawniczej „Kultura się liczy!” możemy nareszcie zapoznać się z polskim przekładem książki „Narodziny klasy kreatywnej” Richarda Floridy. Między innymi za sprawą tej publikacji i zaprezentowanej w niej teorii, gdy mowa o kulturze w kontekście ekonomii lub rozwoju miasta, prędzej czy później padnie hasło „klasa kreatywna” lub „miasto kreatywne”. W każdym razie możemy być pewni, że „kreatywność” będzie obecna (dość wysokie notowania ma zbitka pojęć „przemysł kreatywny”).
Zanim przejdę do samej książki, parę słów na temat przyjętej w tym wpisie metody. Proponuję „czytanie na blogu”, co oznacza, że będą na bieżąco relacjonował swoje wrażenia z lektury. Wrażenia oraz refleksje, wątpliwości, dygresje. Te, które powstają w trakcie czytania, jeszcze przed wyrobieniem sobie opinii na podstawie całości książki. Refleksje z całym inwentarzem pytań, które być może, po zapoznaniu się z całym tekstem, stracą na znaczeniu. Słowem, zapraszam do wspólnego czytania.
Wracając do „Narodzin klasy kreatywnej”: polski czytelnik tej książki znajduje się w dość dziwnym położeniu. Zanim wykład teorii „klasy kreatywnej” dotarł do nas w swojej oryginalnej formie, zdążyliśmy przejść etapy zachwytu Floridą, ochłonięcia i rosnącej podejrzliwości wobec jego propozycji. W pewnym sensie krytyka wyprzedziła opartą na źródłach recepcję tej teorii. Znamienne jest to, że miesiąc przed premierą „Narodzin klasy kreatywnej”, ukazała się książka „Ekonomia Kultury. Przewodnik Krytyki Politycznej”, gdzie znajdziemy żywiołową i bezlitosną krytykę Floridy (tekst „Zastrzyk kreatywności” Jamie Peck).
W związku z czym do lektury „Narodzin klasy kreatywnej” przystąpiłem ze świadomością, że „hasła Floridy z pewnością zyskały na sprytnej promocji”, w teorii kreatywności „dyskursywnie utowarowiono kulturę i sztukę”, a kreatywność jest „całkowicie spójna z proroszczeniową, wściekle konkurencyjną rzeczywistością wielkich miast” i napędza gentryfikację.
Po takim zastrzyku krytycznego podejścia „czysta” lektura Floridy stała się niemożliwa. Poznawanie teorii klasy kreatywnej odbywa się równocześnie z weryfikowaniem, czy rzeczywiście jest tak źle? Czy to nauka czy pop-nauka? Czy teorie Floridy pomagają, czy szkodą kulturze?
Po lekturze części pierwszej „Narodzin klasy kreatywnej”, zatytułowanej „Era kreatywna”, mam wrażenie, że aż tak źle, jak wyczytałem w Przewodniku Krytyki Politycznej, nie jest. Być może teoria Floridy jest błędna, ale to jednak udokumentowana i przemyślana teoria. Bardziej złożona, niż można by przypuszczać na podstawie gazetowych opisów. Co więcej, Florida zdaje sobie sprawę z ograniczeń swojej teorii.
Sam pisze to, czego spodziewalibyśmy się raczej po jego krytykach: „Gospodarka kreatywna nie jest panaceum na niezliczone bolączki społeczne i niedomagania gospodarki, jakie trapią współczesne społeczeństwo. Nie zmniejszy w jakiś magiczny sposób ubóstwa, nie zlikwiduje bezrobocia, nie pokona cyklu koniunkturalnego ani nie doprowadzi do większej szczęśliwości i harmonii dla wszystkich. Pod pewnymi względami, ów system oparty na kreatywności, pozostawiony bez kontroli i bez odpowiednich form ludzkiej interwencji, może niektóre z naszych problemów pogłębić.” (s. 43)
Być może postrzeganie kreatywnej gospodarki jako leku na całe zło wynika z nadinterpretacji teorii Floridy, a nie jest immanentną cechą jego myśli. Mam wrażenie, że zdarza nam się oczekiwać odrobiny magii na przykład od koncepcji „miasta kreatywnego”, która miałaby stać się uniwersalna receptą na rozwój dla każdego miasta. Jak zauważa Dragan Klaic „wielu burmistrzów myśli, że inwestowanie w przemysł kreatywny może stać się jakimś wyjściem dla ich własnych miast. (…) wielu marzy o powtórzeniu efektu Bilbao”. I podsumowuje dość kategorycznie: „Nie sądzę, by była to strategia, którą można po prostu powtórzyć.” („Kultura a współczesne miasto”, artykuł opublikowany w Res Publica Nowa)
Traktowanie, odmienianej na wszelkie sposoby, kreatywności, jako uniwersalnego panaceum na problemy społeczne i gospodarcze to jedna z form nadinterpretacji myśli Floridy. Druga forma, co uświadamiam sobie coraz wyraźniej w trakcie lektury, przejawia się w nieco naiwnym traktowaniu teorii klasy kreatywnej, jako łatwej do pogodzenia z innymi teoriami, podejściami do kultury. Wcześniejsza lektura tekstu z Przewodnika Krytyki Politycznej wyczuliła mnie na to, że niekoniecznie można jednocześnie mówić o krytycznej funkcji sztuki, jej roli w sferze publicznej i o ekonomicznych dobrodziejstwach płynących z „przemysłu” kreatywnego.
Tak jak robi to na przykład ruch Obywateli Kultury, przywołujący dane liczbowe, pojęcia zwrotu z inwestycji itp., a jednocześnie widzący rolę kultury w tworzeniu sfery publicznej, odwołujący się do pojęcia „dobra wspólnego”. Wydaje się, że to coś więcej niż tylko mieszanie odmiennych typów dyskursu, różnych poziomów opisu. Tutaj chodzi o to, żeby zjeść ciastko i mieć ciastko.
Znowu przywołam Dragana Klaica, który twierdzi, że „kiedy ktoś używa sformułowania „przemysł kreatywny”, w zasadzie znosi wszelkie różnice między przedsięwzięciami kulturalnymi nastawionymi na zysk i przedsięwzięciami non-profit; pomiędzy z jednej strony kulturą kreatywną i ekspresywną, a z drugiej strony – kulturą komercyjną”. Klaic nie odnosi się tutaj bezpośrednio do Floridy, pisze o „przemyśle kreatywnym” w innym kontekście, ale stawia problem dotykający również kategorii gospodarki/klasy kreatywnej i miasta kreatywnego
Czy w świetle tezy Klaica, wierząc w krytyczny potencjał sztuki, można jednocześnie afirmować teorię klasy kreatywnej? Jeszcze nie wiem, przede mną lektura następnych trzech części książki. A przecież nie zdążyłem podzielić się jeszcze wszystkimi wrażeniami dotyczącymi części pierwszej. Zrobię to w następnym wpisie.
Graficzny przypis do poprzedniego wpisu. Znalezione dzięki cienkamila’s posterous, autor i źródło: Propaganda Times.
Na Blog Forum wiele razy powtarzano, że wartość blogów leży w ich subiektywnym i emocjonalnym charakterze. Dobrze, w takim razie napiszę o czymś, co dotychczas wydawało mi się zbyt osobiste i naznaczone emocjami, by zamieszczać to na blogu.
Chciałbym upomnieć się o filozofię w kontekście debaty na temat kultury w Polsce.
W Apelu obywateli kultury czytamy: „Edukacja medialna i kulturowa, rozumiana jako umiejętność obcowania z tradycją, wzorcami i kodami, czytania tekstów kultury i poruszanie się w świecie wiedzy i współczesnych mediów, jest fundamentem, na którym można budować twórcze, aktywne i obywatelskie postawy nowoczesnego społeczeństwa.”
W projekcie Paktu dla Kultury padają takie słowa: „To dzięki kulturze określa się pojęcia przestrzeni publicznej, dobra wspólnego i postaw obywatelskich. Kultura pomaga zrozumieć współczesność i wiązać przeszłość z przyszłością.”, „Strony uznają za priorytetowe stworzenie pełnego, wielostopniowego systemu edukacji kulturalnej dzieci i młodzieży, od przedszkola począwszy, wspierającego rozwój aktywnych postaw twórczych. (…) Programy te będą obejmowały animację i edukację kulturalną, edukację medialną oraz edukację obywatelską.”
Z kolei autorzy Manifestu Komitetu na rzecz Radykalnych Zmian w Kulturze piszą tak: „Kultura odgrywa ważną społeczną rolę jako strefa eksperymentu i refleksji, przestrzeń do budowania zaufania i międzyludzkich więzi. Z punktu widzenia rozwoju społeczeństwa (także rozwoju gospodarczego) najistotniejsze powinny być te formy kulturowego działania, które polegają na spontanicznej aktywności jednostek i grup. W ten sposób stworzona zostanie przestrzeń do samorealizacji i demokratycznej debaty.”
Twórcy manifestu postulują także: „Domagamy się wprowadzenia w edukacji szkolnej – od przedszkoli do końca szkoły średniej – nowego przedmiotu: wiedza o kulturze współczesnej. (…) Taka edukacja miałaby na celu nie tyle „wkucie” kultury, co wypracowanie autonomicznych sposobów jej odbioru oraz niehierarchicznych, bezprzemocowych modeli rozmawiania o własnych poglądach i doświadczeniach. Byłaby de facto nauczaniem do tworzenia, krytycznej refleksji i życia w bezpośredniej demokracji.”
To wszystko prawda. Ale istnieje bardziej podstawowa umiejętność, która „pomaga zrozumieć współczesność”, „tworzy przestrzeń do samorealizacji i demokratycznej debaty” oraz proponuje „ahierarchiczne, bezprzemocowe modele rozmawiania o własnych poglądach i doświadczeniach”. Nauczanie tej umiejętności zdecydowanie jest nauczaniem do „krytycznej refleksji”. Słowem, jest taka umiejętność, która z powodzeniem umożliwia realizację wszystkich tych zadań, które ludzie kultury stawiają przed edukacją kulturalną i przed kulturą samą.
Ta umiejętność to filozofowanie, myślenie. Umiejętność argumentowania, analizy, dyskusji – wymiany poglądów.
Mimo wszystko „rozmawianie językiem sztuki” jest tylko określeniem metaforycznym, bo rozmawia się używając języka i stosując pojęcia.
Dlatego edukacja filozoficzna wydaje się mieć zdecydowanie bardziej elementarne znaczenie dla budowania społeczeństwa obywatelskiego niż edukacja kulturalna i medialna. Richard Sennett zauważa, że „demokracja wymaga, aby obywatele chcieli włożyć choć trochę wysiłku w poznanie sposobu działania otaczającego ich świata.” (Kultura Nowego Kapitalizmu, Warszawa 2010, s. 135.)
Jeżeli zależy nam na świadomych obywatelach, na ludziach, którzy chcą wiedzieć i są krytyczni – to postulujmy przede wszystkim kształcenie filozoficzne.
Jednak propozycja wprowadzenia powszechnego kształcenia filozoficznego w Polsce nie doczekała się nawet poważnej debaty. Także w edukacji akademickiej filozofia jest marginalizowana. Nie wspominając o popularyzacji. Nie ma manifestów, poparcia elit, ludzie kultury nie piszą o filozofii w swoich żarliwych odezwach i projektach paktów. Trudno nawet sobie wyobrazić dyskusję „1 % budżetu na kształcenie filozoficzne”, nie wiemy nawet, czy na ten cel postulować 1, a może 0,1 % budżetu.
Kultura (w przytaczanych tekstach mniej lub bardziej, ale jednak sprowadzana do działalności artystycznej) nie może zastąpić filozofii. Te dwie dziedziny aktywności mogą się uzupełniać, przenikać, wzajemnie inspirować, ale nie mogą się zastępować. Jest jeszcze dodatkowy argument na rzecz postulowania kształcenia filozoficznego przez ludzi kultury – dobre przygotowanie filozoficzne daje podstawy do pogłębionego i krytycznego odbioru sztuki.
O filozofię mało kto się upomina. Ludzie kultury nie widzą potrzeby postulowania edukacji filozoficznej.
Mi pozostaje subiektywnie i emocjonalnie westchnąć „Kultura się liczy, ale nie wystarczy. Filozofia to już się chyba dla nikogo nie liczy”. A jak smutek przeminie, to dopiszę swoje postulaty do Paktu dla Kultury, który jest w tej chwili wspólnie dyskutowany i edytowany przez internautów – i to się liczy.
Nadchodzi potężny motywator do reaktywacji widowniablog, a imię jego Blog Forum Gdańsk.
Mam nadzieję, że po dwóch dniach spędzonych w towarzystwie ponad 120 blogerów poczuję nieodpartą potrzebę ożywienia widowni.
Tym bardziej, że właśnie ukazała się książka „Ekonomia kultury. Przewodnik Krytyki Politycznej”, a za kilka dni nareszcie pojawi się polski przekład klasycznej pozycji „Narodziny klasy kreatywnej” Richarda Floridy. Tak, klasycznej, chociaż opublikowanej po raz pierwszy w 2002 roku – takie mamy obecnie tempo obiegu idei.
Będzie co komentować, analizować, będzie z czym się nie zgadzać.
Chociaż słowa „kulturalny” i „kulinarny” wyglądają podobnie pragnę uspokoić/rozczarować czytelników bloga. Tytuł wpisu nie oznacza radykalnej zmiany tematyki. Jednak tym razem zapraszam do lektury mojego tekstu, w którym pojawiają się odwołania do szpinaku,
chipsów i przyrządzania potraw.
Tekst ukazał się w kwartalniku B4mag., elektroniczna wersja publikacji znajduje się tutaj (strona nr 13 e-wydania).
Ten numer B4mag poświęcony jest strategiom promocji kultury wysokiej oraz jej związkom z kulturą popularną. O tym można poczytać w tekście, poza wspomnianymi kwestiami kulinarnymi. Wszystko przyprawione szczyptą etycznej refleksji i podlane egzystencjalnym sosem.
Dzielę się linkiem.
Co to znaczy, jak wiele to znaczy i dlaczego linki są dobre, a internet swojski – tego wszystkiego można dowiedzieć się z raportu „Nowe media a uczestnictwo w kulturze„.
Zachęcam do przeczytania publikacji. Wprawiła mnie w stan długotrwałego entuzjazmu poznawczego – co nie zdarza się tak znowu często. Raport rzuca wyzwanie utrwalonym sposobom myślenia o kulturze i nowych mediach. Dogłębnie przeanalizowany, może prowadzić do radykalnych wniosków dotyczących praktyki zarządzania i promocji kultury. Brzmi to jak ostrzeżenie, bo jest ostrzeżeniem dla wszystkich potencjalnych czytelników raportu związanych z „branżą kulturalną”.
Na tym kończę wpis, który służy tylko i wyłącznie podrzuceniu linka.
Pierwszy wpis w nowym roku zarezerwowałem na odnotowanie zjawiska, które intryguje mnie już od dłuższego czasu. Mimo, że jestem częścią tego zjawiska, nie rozumiem go. Przeczuwam tylko, że jest to coś nowego i przełomowego.
Od paru miesięcy obserwuję wpisy na Twitterze, których autorem jest pisarz William Gibson. Opisanie dokładniej, co to znaczy „obserwuję”, wymaga nieco cyberslangu. Otóż mam go na rrsie w pasku zakładek mojego firefoxa, więc w każdej chwili mogę sprawdzić, gdy przeglądam sieć, czy Gibson nie wrzucił nowego twitta lub czy któryś z followersów nie dodał komentarza.
Dzięki temu wiem, co w danej chwili Gibson czyta, co ciekawego znalazł w sieci, na You Tubie, co go interesuje, co go denerwuje. Kontakt jest dość intensywny, ponieważ Gibson, jak na twórcę cyberpunku przystało, jest bardzo aktywny na Twitterze i poświęca wiele czasu na surfowanie w internecie. Czasem czytam jego wpisy w kilka minut po opublikowaniu.
Jak wspominałem, nie rozumiem (jeszcze) tego, co się dzieje, przeczuwam tylko, że powstaje nowy rodzaj relacji pomiędzy twórcą, a odbiorcą. Relacji sytuującej się gdzieś pomiędzy osobistym kontaktem, a kontaktem wyłącznie za pośrednictwem dzieła. Rodzi się nowa intymność.
Dla zrozumienia siły tej relacji niech posłuży eksperyment myślowy. Wyobraźcie sobie, że najważniejszy dla Was pisarz jest na Twitterze. Nie ograniczajcie się tylko do żyjących twórców. Co byście powiedzieli na to, że wiecie jaki artykuł w prasie zainteresował dzisiaj Dostojewskiego, jaki teledysk na You Tubie poruszył przed dwoma godzinami Prousta (dzięki Gibsonowi zapoznałem się kiedyś z pięknym, sentymentalnym koreańskim popem z lat siedemdziesiątych). Pomyślcie, że oglądacie zdjęcie Dublina, które Joyce uznał za ciekawe.
Każdy z Was myśli pewnie teraz o którymś z wymienionych wyżej pisarzy lub o równie zacnym twórcy. Nie będę ukrywał, że ja byłbym niewymownie szczęśliwy jako follower twittującego Philipa K. Dicka.
Na koniec, niech sam Gibson powie coś, także o swoim Twitterze.
Jestem pozytywnie nastawiony do ekonomii i ekonomistów, nawet lekko zafascynowany stopniem trudności i wpływem nauk ekonomicznych na życie społeczne. A jednak w ekonomicznym modelu myślenia, wcielonym w wypowiedziach Leszka Balcerowicza, jest coś przerażająco redukcjonistycznego.
Takie wrażenie pogłębił we mnie wywiad z Leszkiem Balcerowiczem, który ukazał się w Gazecie Wyborczej. Uproszczenia i kategoryczne sądy zawarte w wypowiedziach Balcerowicza na Kongresie Kultury można było usprawiedliwić formą wystąpienia, konwencją i emocjami obecnymi na sali. Niestety, wywiad potwierdza przypuszczenie, że Balcerowicz naprawdę myśli o kulturze w wysoce schematyczny i stereotypowy sposób.
Zmartwiło mnie jeszcze jedno, mniej widoczne na pierwszy rzut oka, zjawisko. Otóż za fasadą jasnego toku wywodu i stosowania rzeczowej argumentacji kryje się bardzo niejasny, żeby nie powiedzieć mętny, sposób rozumowania ekonomisty.
Na przykład, w odpowiedzi na pytanie, dlaczego finansowanie kultury z budżetu Państwa jest złe, pada odpowiedź: „Nie twierdzę, że państwo ma ciąć wydatki na kulturę do zera. Odniosłem się tylko do poglądu, że albo państwo będzie finansowało kulturę, albo jej w ogóle nie będzie. To jest pokłosie dawnego myślenia. Kiedy słyszę ludzi, którzy deklarują wiarę w społeczeństwo obywatelskie oraz w wolność jednostki, a zarazem powtarzają, że tylko państwo, państwo, państwo, to coś mi tu się nie zgadza.”
Zamiast odpowiedzi na pytanie, sporo chwytów erystycznych z rodziny „przekształcenie wypowiedzi oponenta”. Bo kto twierdzi, że „albo państwo będzie finansowało kulturę albo jej w ogóle nie będzie” i kto powtarza, że „tylko państwo, państwo, państwo”? Nie tylko twierdzi, na dodatek reprezentuje „pokłosie dawnego myślenia”? Stwierdzeniem o „dawnym myśleniu” Balcerowicz płynnie przechodzi do kolejnej rodziny chwytów erystycznych nazywanej „atakiem osobistym”.
Charakterystyczne jest też podanie tego samego, co na Kongresie Kultury, przykładu „dzieła, które trafiło do mas”, czyli filmu „Ziemia Obiecana” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Ten przykład ma nas przekonać, że wysoka kultura, może „się sprzedawać”. Jak to malowniczo ujmuje Balcerowicz, „głównym miernikiem wartości dzieła kultury nie może być to, że ludzie nie chcą za nie zapłacić.” (W tym miejscu autor wypowiedzi znowu oddaje się „przekształceniu wypowiedzi oponenta”, w szczególnej jego odmianie „sprowadzenia do absurdu”.)
To dziwne, że w odpowiedzi na stwierdzenie, że wysoka kultura nie może być (z definicji) masowa, a co za tym idzie dochodowa, ekonomista nie wskazuje na mechanizm, teorię, zjawisko, które podważyłoby tę tezę.
Ekonomista wskazuje na przykład jednego filmu. Na dodatek filmu wyprodukowanego w czasach PRL, czyli za państwowe pieniądze, z państwową dystrybucją. Filmu, który jest adaptacją powieści należącej do kanonu polskiej literatury. Nie jesteśmy w stanie zweryfikować, w jakim sensie „do mas” trafiłoby to „dzieło” w warunkach wolnego rynku.
Jak to możliwe, że osobie o wysokiej dyscyplinie myślenia zamiast argumentacji wystarcza jeden wątły przykład? Nie chciałbym insynuować, że przywołując Wajdę, Balcerowicz chce dodatkowo zwieść czytelnika za pomocą odwołania do autorytetu Mistrza (bo tak właśnie tytułowano Andrzeja Wajdę na Kongresie Kultury).
Stop! Tropienie chwytów erystycznych to fascynujące zajęcie, ale chcę napisać jeszcze dwa zdania o Romanie Pawłowskim, który prowadził wywiad.
Szkoda, że Pawłowski ociera się o gazetowy banał, zadając na przykład „prowokacyjne” pytanie „Czy ekonomiści są wrogami artystów?”. Wolałbym, aby naprzeciwko Balcerowicza stanął ktoś na tyle obeznany ze współczesną ekonomią i kulturą, żeby celnymi pytaniami i argumentami roznieść w pył schematyczne i dogmatyczne przekonania Balcerowicza o kulturze.
Zastanawiam się coraz częściej nad tym, czy taka rytualna wymiana zdań między dwoma stronami sporu, w której każdy mówi o czymś innym, nie jest wszystkim na rękę? To prawda, dzięki temu nie dochodzi się do porozumienia i nie buduje kompromisu. Za to można wzmocnić swoją tożsamość, opartą na opozycji „my i oni”.
PS. Osobom zainteresowanym erystyką polecam, obok klasycznych pozycji, książkę „Współczesny Sofista, czyli nowe chwyty erystyczne” Miry Montany Czarnawskiej (Warszawa, 1995). Kto by pomyślał, ale wywiad z Leszkiem Balcerowiczem w Gazecie Wyborczej skłonił mnie do małej „powtórki z erystyki”.
Szkicowałem powoli wpis, w którym zamierzam ponownie argumentować na rzecz tezy, że liberalna organizacja życia społecznego pozwala na rozwój sztuki krytycznej, a tu nagle, z samego rana, przyszła do mnie rewolucja.
Rewolucja przybyła w postaci „MANIFESTU KOMITETU NA RZECZ RADYKALNYCH ZMIAN W KULTURZE”, opublikowanego na stronie pod niemniej radykalnym adresem www.rewolucjakulturalna.pl. Rzeczona rewolucja, aby do mnie dotrzeć, skorzystała z Facebooka, czyli kapitalistycznego, amerykańskiego internetowego projektu biznesowego nastawionego na zysk.
Pisałbym może i dalej o tym manifeście w tonie dobrotliwej, umiarkowanie złośliwej, kpiny, gdyby nie to, że pod tekstem podpisało się kilka osób, których działalność bardzo szanuję. Więcej niż szanuję, podziwiam.
Z tego powodu potraktuję manifest poważnie, chociaż nie przychodzi mi to łatwo. Tym, przez co trudno mi się przebić, jest język manifestu.
Co konkretnie? Cała lista słów i zwrotów: „radykalne”, „kapitalistyczny wyzysk”, „partykularne cele rynkowych graczy i biurokratów”, „społeczne rady”, „komitet”.
Jeszcze całe zdania: „Kultura nie działa zgodnie z zasadami inwestycji i zysków. O wiele lepiej opisują ją takie pojęcia jak potlacz, karnawał, eksces, spotkanie, transgresja czy proces, których ekonomiści nie znają i nie rozumieją (lub rozumieją w sposób nieprzystający do kultury).”
„Wytwórcy reklam bezwstydnie i dla zysku wykorzystują naszą kreatywność w sferze języka, symboli i form wizualnych. Niech w końcu zaczną za to płacić.”
Zastanawiam się, czy ten język ma na celu podjęcie dialogu z „biurokratami”, „rynkowymi graczami”, „ekonomistami”, „wytwórcami reklam”? Czy przeciwnie, natychmiast ich stygmatyzuje jako tych, którzy „nie znają i nie rozumieją”, „bezwstydnie i dla zysku wykorzystują”, mają „partykularne cele”. Stygmatyzacja to jedno, a uogólnienie to drugie. Rozumiem to, że wypowiedź Leszka Balcerowicza na Kongresie Kultury mogła irytować. Ale świat ekonomistów nie kończy się na Balcerowiczu.
Drugie pytanie, które narzuca się podczas czytania tekstu, dotyczy inkluzywności. Czy takie jak w manifeście postawienie sprawy ułatwia przyłączenie się do inicjatywy? Moim zdaniem nie. Mimo, że autorzy manifestu piszą, „nie jesteśmy politykami”, zachęcają do przyjęcia kilku mocnych, politycznych tez. Do jednoznacznej oceny kapitalizmu i neoliberalizmu. Tymczasem tych ocen, zwłaszcza kapitalizmu, może być wiele. Niestety manifest tak jednoznacznie wyrażony pogłębia stereotyp, wedle którego artyści mają (muszą mieć?) lewicowe przekonania. Może tak właśnie jest i mylę się na całej linii, dla mnie jednak związek twórczości i przekonań politycznych jest bardziej zniuansowany.
Moja uwagę zwraca też nieprzemijająca atrakcyjność słów „rewolucja”, „komitet”, „radykalizm”. Wydaje mi się, że są takie słowa, hasła, które historia nam ukradła i których lepiej nie używać. „Rewolucja kulturalna” kojarzy mi się przede wszystkim z Mao, i w związku z tym używanie tego zwrotu jest dla mnie niestosowne. Podobnie, jak, na przykład, używanie określenia „ostateczne rozwiązanie” na skuteczne i racjonalne rozwiązanie jakiegoś problemu. Naturalnie nie zakładam tutaj świadomego nawiązania autorów do rewolucji kulturalnej w Chinach.
W każdym razie, słuszne i inspirujące tezy postawione w manifeście tracą na takim, a nie innym ubraniu w słowa. Za bardzo kojarzą się z intelektualną fascynacją radykalnym ruchem rewolucyjnym. Z językowym odpowiednikiem założenia koszulki z podobizną Che Guevary.
Dla zachowania równowagi muszę odnotować, że w tekście są też sformułowania pozytywne, mniej agresywne w tonie. Biorę również pod uwagę to, że manifest to nie artykuł naukowy. Manifest może być niedokładny, sprzeczny. Ma przecież angażować, a nie informować czy ułatwiać zrozumienie.
Mnie zaangażował, przypomniał o kilku podstawowych pytaniach i podpowiedział nowe.
W piątkowym wydaniu „Gazety Wyborczej” można przeczytać krótką rozmowę z Michałem Bonim. Tematem wywiadu jest ustawa o grach, przywołana w dominującym obecnie hazardowo-aferowym kontekście. Mnie zaintrygował wątek kulturalny, który nieoczekiwanie pojawia się na końcu rozmowy.
„Rząd rozstrzygnął już, czy dopłaty do gier będą obowiązywać, czy też wzrosną podatki, które branża płaci już dziś?
– Chcemy zwiększyć podatki. Dyskutujemy jeszcze, czy zdecydujemy się na dopłaty. Na pewno dodatkowe dochody z hazardu będą przeznaczone nie tylko na sport, ale i na kulturę.
Czyli wygra na tym kultura?
– Nie widzę w tym nic złego.
Wierzy pan, że dodatkowe dochody z hazardu popłyną już w 2010 r.?
– Klimat jest taki, że uda się to uchwalić szybko.” (Gazeta Wyborcza, 09.10.09)
Również nie widzę w tym nic złego, że kultura zyska nowe źródło finansowania. Na dodatek szybko. Tylko szkoda, że spowodował to „taki klimat”. Zbieg okoliczności zadecydował, że szlachetny postulat Kongresu Kultury Polskiej uzyskał szansę na realizację w niedalekiej przyszłości.
Medytując nad słowami Michała Boniego, nie mogę się oprzeć temu, żeby przejść od przyswojenia konkretnej informacji do prowadzenia ogólnych rozważań o naturze wszystkiego.
Jak zrozumieć logikę zarządzania kulturą i całym Państwem, w której zachodzi związek pomiędzy debatą kongresową, hazardem, kampanią wyborczą, budżetem Państwa, mafią, a systemem finansowania kultury? I dalej, czy to zarządzanie jest domeną planowej, racjonalnej działalności, czy też rządzi nim ślepy traf? I najdalej jak się da, czy żyjemy w świecie rozumnej kultury wytworzonej przez człowieka, czy jednak u podstaw życiem społecznym kieruje chaotyczna natura i przypadek? Te pytania rozsadzają ramy tego bloga. Jeśli będę się nad nimi dłużej zastanawiał, mogą i mnie rozsadzić. Dlatego kończę optymistycznie, z radością przyjmując wkład jednorękich bandytów w rozwój polskiej kultury.
O odpowiednią dramaturgię ostatniego dnia kongresu zadbał minister Bogdan Zdrojewski, który na zakończenie wprowadził uczestników w stan lekkiego uniesienia. Uczynił to za pomocą ogłoszenia o powstaniu Instytutu Muzyki i Instytutu Tańca, ogłoszenia o starcie programu Biblioteka + i paru jeszcze innych ogłoszeń.
Przez cały ten dzień nie mogłem się zresztą uwolnić od postrzegania wystąpień przez pryzmat ich dramaturgii. Może był to mechanizm obronny przed przyswojeniem kolejnej potężnej dawki treści po dwóch poprzednich dniach balansowania na granicy przeciążenia.
Zdecydowanie smutne w wymiarze dramaturgicznym było wystąpienie prof. Tadeusza Gadacza. Jednostajne, oderwane od konkretu wystąpienie znacznie utrudniało skupienie uwagi na treści. Nieco pryncypialna, oparta na powtarzanym do znudzenia zabiegu cytowania „wielkich myślicieli”, forma niestety tylko potwierdziła negatywne stereotypy na temat filozofii. Nie muszę już chyba dodawać, że wykład w całej rozciągłości nie odnosił się do tego, co wydarzyło się na kongresie.
Za to wystąpienie ministra Michała Boniego było przykładem bardzo dobrze skonstruowanej prezentacji.
Słuchacz ani przez chwilę nie mógł zwątpić w żarliwość występującego oraz w to, że mówi on o naprawdę wielkim i ważnym projekcie.
Zaskoczył Jerzy Hausner, któremu udała się fantastyczna wizerunkowa zmiana. Za pomocą emocjonalnej, osobistej mowy dokonał przejścia od obrazu „zimnego ekonomisty” do obrazu „tego, który stoi po stronie ludzi kultury”.
Zdziwił mnie powrót w wypowiedziach różnych osób do opozycji ekonomiści-ludzie kultury i do motywu sportowego. Cóż traktuję to jako przykład na to, jak sugestywne obrazy potrafią zawładnąć wyobraźnią niezależnie od swojej wartości znaczeniowej. Warto zapamiętać to jako technikę perswazyjną i schować do przybornika narzędzi pr-owych. Jednak, jeśli chce się prowadzić racjonalną dyskusję, zdecydowanie należy takich zabiegów unikać. Wprowadzanie sugestywnych obrazów i uruchamianie pierwotnych mechanizmów myślenia (na przykład opartego na opozycji my-oni) na pewno nie buduje kulturalnej, racjonalnej dyskusji.
Niezależnie od liczby realnych zmian, które zostaną w przyszłości wprowadzone w wyniku obrad kongresu z pewnością kongres ujawnił wiele na temat nie tyle kondycji polskiej kultury, co stanu świadomości ludzi związanych z kulturą.
Wczorajszy wpis zakończyłem apelem o zwrócenie uwagi przez uczestników kongresu na odbiorców kultury.
Drugi dzień kongresu mile mnie zaskoczył, ponieważ jedno z sympozjów problemowych okazało się w całości zorientowane właśnie na odbiorcy i pozbawione wobec niego jakichkolwiek paternalistycznych naleciałości.
Istnieje prosta przyczyna tego, że to sympozjum naprawdę mogło przybliżyć nas do zrozumienia, jak obecnie ludzie korzystają z kultury. Nie zawiedli przedstawiciele socjologii i antropologii kultury, którzy stanowili większą część panelistów. Dzięki temu zamiast skonstatowania po raz kolejny, że na kulturę wysoką jest za mało pieniędzy i że kultura niska zagraża wysokiej mogliśmy dowiedzieć się czegoś naprawdę nowego i pożytecznego.
To, że z odsieczą odbiorcy, którego głos mógł zostać nie usłyszany, przyszli socjolodzy i antropolodzy kultury jest dla mnie bardzo miłe. Coraz bardziej bowiem cenię sobie te dziedziny wiedzy i ich podejście badawcze. Przy okazji zrozumiałem, że dystans, umiejętność przyjmowania różnych punktów widzenia jest sprawnością, którą trzeba wytrenować, na przykład podczas treningu akademickiego. Umiejętności tej było o wiele więcej na tym panelu, niż na pozostałych.
Uczestnicy panelu powiedzieli sporo o tym, jak obecnie ludzie korzystają z kultury. Zainteresowanych odsyłam do Raportu o stanie i zróżnicowaniach kultury miejskiej. Jak podkreślali autorzy, to nie jest pełna wersja raportu.
Paneliści mimochodem postawili tezę, że granica pomiędzy kulturą niską i wysoką jest zatarta (aż się boję napisać, że nie istnieje). Padło zresztą wiele ożywczych stwierdzeń, w końcu zauważono niedostatek badań nad uczestnictwem w kulturze. Stężenie dobrych wiadomości w tym wpisie stanie się za chwilę nie do zniesienia, ale muszę też dodać, że Barbara Fatyga ogłosiła powstanie bardzo obiecującego, dużego projektu badawczego, który zaradzi temu niedostatkowi.
Na dodatek wszyscy uczestnicy dyskusji skrytykowali kategorię „trafiania pod strzechy”, która znajdowała się w tytule sympozjum („Kultura w życiu codziennym Polaków. Jak trafić „pod strzechy”?”). Co znowu bardzo mnie ucieszyło, bo „strzechy” wczoraj wzbudziły również mój niepokój. No cóż, dobrze poczuć wspólnotę ze społecznością badaczy kultury. Oby taką wspólnotę zaczęli czuć również artyści i menedżerowie kultury, bo może to być bardzo korzystne.
Jednak najważniejsze, że, jak powiedziała jedna z panelistek Małgorzata Bogunia-Borowska, drugiego dnia kongresu odbyła się „pierwsza sesja, w której mówi się o odbiorcy.”
Było dużo treści, dużo emocji, dużo deklaracji i postulatów. Obecność emocji trochę mnie zaskoczyła, zapomniałem już o tym, że spieranie się na temat właściwej definicji terminu „socjalizm” może prowadzić do wymachiwania rękami, podnoszenia głosu i przyspieszenia tętna. U Andrzeja Mencwela i Leszka Balcerowicza prowadziło. Za to wyraźne artykułowanie deklaracji i postulatów było elementem świadomej taktyki niektórych mówców. Kongres jest zapisywany w całości i zapis ten będzie materiałem do prac na reformą kultury. Stąd brało się poczucie wagi wypowiadanych przez prelegentów słów.
Na analizę merytoryczną poruszanych pierwszego dnia Kongresu Kultury Polskiej wątków przyjdzie czas. Tymczasem czuję nieodpartą potrzebę podzielenia się kilkoma wrażeniami. Dotyczą one może mało istotnych szczegółów, koncentrują się na sposobie używania języka – a jednak nie dają mi spokoju.
Niespodziewanie, na Kongresie Kultury mówiono o sporcie, a dokładniej, piłce nożnej. Kontekst był zdecydowanie polemiczny, pieniądze idą na stadiony (a mogłyby pójść na kulturę), politycy wolą się fotografować na meczach (a nie w teatrze), w ogóle częściej chodzą na mecze (a nie do teatru), sport jest bardziej doceniany przez polityków (niż kultura) bo dotyczy większej grupy potencjalnych wyborców.
Jeżeli chodzi o moc retoryczną i obrazowość – odwołanie się do sportu bardzo trafne. Jeśli chodzi o sens – trochę niepokojące. Bardziej kojarzy się z językiem „Faktu”, tym razem w edycji dla elit kulturalnych.
Występuje tu bowiem ukryte założenie, że wydawanie pieniędzy na sport, w tym na organizację Euro 2012 jest mniej celowe niż wydawanie pieniędzy na kulturę. Pojawia się również konfrontacyjny język, sugerujący, że jest jedna pula pieniędzy, która może być przesuwana i że zamiast do „nas” poszła do „nich”. To niebezpieczna, populistyczna ścieżka, z której bardzo łatwo zaatakować z kolei wydatki na kulturę.
Rozumiem, że akurat sport znalazł się na celowniku twórców kultury z racji zamiłowania części znajdujących się u władzy polityków do piłki nożnej. Trochę w tym jednak było uproszczenia sugerującego, że skoro „biegają za piłką” to są ludźmi niekulturalnymi. Znowu na myśl przychodzi styl „Faktu”.
Wiem, że Zadara przedstawiał swoje konkretne, umotywowane i przemyślane poglądy. Nie wiem tylko w jakim celu postanowił nadać im zabarwienie lekko agresywne i używać języka wprowadzającego podziały.
Zresztą język podziałów ujawnił się w jeszcze jednym momencie. W odpowiedzi Waldemara Dąbrowskiego na wystąpienia Leszka Balcerowicza i Jerzego Hausnera pojawiła się figura „Wy-ekonomiści” kontra „My-ludzie kultury”. Sens był, mniej więcej, taki: „Wy-ekonomiści” nas nie rozumiecie, ale „My-ludzie kultury” was przygarniemy i wytłumaczymy Wam o co chodzi. Całość nabrała potem pozytywnego zabarwienia i kolejni dyskutanci-ekonomiści czuli się w obowiązku w żartobliwy sposób deklarować „jestem ekonomistą”. Prawdą jest też to, że analizy Balcerowicza i Hausnera dochodziły do takiego miejsca, gdzie wyraźnie można było wyczuć ich bezradność wobec branży kulturalnej (ale to temat zasługujący na osobne omówienie).
Pojawiło się jeszcze sporo ciekawych kontekstów dla słów takich jak „prywatny”, „publiczny”, „firma”, „zysk”. Nie przestaje mnie dziwić, że słowa „prywatny”, „firma”, „zysk” nabierają w ustach twórców kultury wyraźnie gorzkiego smaku.
Na koniec, ponieważ tytuł bloga zobowiązuje, muszę upomnieć się o Wielkiego Nieobecnego kongresu, czyli odbiorców kultury, publiczność. Nawet nie tyle Nieobecnego co Uprzedmiotowionego, czy też Paternalistyczne Traktowanego. Często się mówiło o odbiorcach, a to, że trzeba sztukę „zanieść pod strzechy” (zresztą kongresowa kariera tego archaicznego zwrotu jest intrygująca), a to że „nie chcą uczestniczyć w kulturze”, że „trzeba ich zachęcić”. Miałem jednak wrażenie, że nikt nie jest tak naprawdę zainteresowany poznaniem zdania „naszych drogich odbiorców”. Społeczeństwo ma być raczej „kształtowane” przez kulturę, „uszlachetnianie, „demokratyzowane” itd. Jednak zawsze jako strona bierna tego procesu.

Będzie mi brakować tej żywiołowej formy reklamy, o której szerzej pisałem tutaj.
Niełatwo oddać się chłodnej, spokojnej refleksji na temat raportu o teatrze przygotowanego na Kongres Kultury, gdy dwa dni temu Zbigniew Brzoza został odwołany z funkcji Dyrektora Artystycznego
w Łodzi.
Czytanie w raporcie o „modelach organizacyjnych”, „dobrych praktykach”, „źródłach finansowania” w zestawieniu z lekturą prasowych doniesień z Łodzi jest dość groteskowe. Czuję się trochę tak, jakbym siedział na stadionie piłkarskim podczas bitwy kibiców i czytał sobie książeczkę ze złotymi myślami Pierra de Cubertina o tym, że „że zawody sportowe winny zastąpić wojny i konflikty, a młodzież całego świata zamiast walczyć na frontach wojennych powinna mierzyć swe siły na stadionach.”
Stopień irracjonalności „sprawy Brzozy” jest dla mnie tak przytłaczający, że nawet nie potrafię zrelacjonować, o co w nim chodzi. Domyślam się, że mamy tu do czynienia z grą interesów, dla której „argumenty”, „powody” są tylko nadbudową. Wolałbym jednak znaleźć inny klucz do rozmawiania o teatrze i o kulturze, który uchroni mnie od konkluzji, że „tak naprawdę” chodzi o władzę i pieniądze.
Jeśli, gdzieś z odmętów świadomości, z dawnych czasów, zaczynają wypływać na powierzchnię hasła typu „strzelaj albo emigruj” to dla mnie znak, że naprawdę sytuacja jest silnie frustrująca.
Ani nie mam ochoty strzelać, ani emigrować. Tym bardziej, że nie potrafię jednoznacznie stanąć po stronie „artystów” przeciwko „urzędnikom”, ani, tym bardziej, po stronie „urzędników” przeciwko „artystom”.
Wolę raczej opowiedzieć się przeciwko temu, że czuję się zmuszany do myślenia w takich kategoriach.
Czy zmuszany przez kogoś? Nie, i to jest w tym wszystkim najtrudniejsze. Bo „aktorzy sporu” są tylko aktorami, nie ma szans na zidentyfikowanie osób odpowiedzialnych za sytuację, w jakiej znajduje się zarządzanie kulturą w Polsce. Bo trzeba by wskazać na ścisłe powiązanie tej sytuacji z jakością zarządzania Państwem w całości, z oceną funkcjonowania samorządów, z jakością życia politycznego, z żywotnością społeczeństwa obywatelskiego itd.
Mimo poczucia bezradności zamiast „strzelania” lub „emigrowania” wybiorę opcję „pracy u podstaw”.
Ostatecznie, żeby w ogóle zacząć ze sobą rozmawiać o kulturze w aspekcie zarządzania trzeba wypracować język tej rozmowy. Zwraca na to uwagę ostatnio Bogna Świątkowska.
Zresztą chyba wszyscy zaczynają czuć taką potrzebę. Ile bowiem jeszcze lat można bezrefleksyjnie używać takich sformułowań jak „teatr jest dla widza”, czy, z drugiej strony, ogłaszać „sukces artystyczny” po ukazaniu się dwóch, trzech dobrych recenzji w wysokonakładowych gazetach. Jak można cokolwiek oceniać, nie będąc zgodnym co do kryteriów oceny.
Wychodzę z założenia, wedle którego zmiany instytucjonalne, społeczne nie są możliwe bez uprzedniej zmiany świadomości, zmiany postaw. Dla jasnego określenia swojego stanowiska potrzebne są kategorie, język niezbędny do wyrażenia swojego zdania. W tym upatruję sensu zastanawiania się nad „modelami organizacyjnymi”, „dobrymi praktykami”, „źródłami finansowania”. Nawet, gdy pokusa radykalnego uproszczenia całej dyskusji do kategorii „my i oni” jest bardzo silna.
Jestem w trakcie studiowania raportów przygotowanych na Kongres Kultury i niebawem zacznę pisać na ich temat. W międzyczasie proponuję wakacyjny wpis.
Bez obaw, nie zamierzam zdawać relacji ze swoich wakacyjnych podróży. Chciałbym za to zwrócić uwagę na jedno zagadnienie związane z promowaniem wydarzeń kulturalnych, które odbywają się w okresie wakacyjnym tam, gdzie panuje duży ruch turystyczny.
Wobec tego typu warunków narzędzia takie jak kampania on-line, kampania billboardowa, wysokiej jakości druki promocyjne, a nawet informacje w mediach itp. powinny zejść na dalszy plan (chociaż, jeśli budżet pozwala, nigdy nie zaszkodzą). W tym okresie trzeba dotrzeć do ludzi na ulicy z bardzo, bardzo prostą informacją.
Dość niespodziewanie wzorem stają się tutaj standy (zwane czasem malowniczo potykaczami), które reklamują wieczorne koncerty. Na przykład ten, zauważony przeze mnie w Krakowie.

Mało wyrafinowane? Tak. Mało estetyczne? Oczywiście! Może nawet… prymitywne? Jak najbardziej, na dodatek prowizoryczne, łopatologiczne, nie kojarzące się z promocją kultury wysokiej, zawierające bardzo mało informacji, bez atrakcyjnego layoutu….
Mimo wszystko to dla mnie wzorcowy przykład wakacyjnych działań promocyjnych. Po pierwsze, informacja dociera w najwłaściwsze miejsce. Tam, gdzie istnieje największe prawdopodobieństwo kontaktu turysty z informacją. Czyli na ulicy: tam gdzie spaceruje niespiesznym krokiem i omiata ulicę leniwych spojrzeniem.
Jedyne na co musi trafić, to nie plakat na słupie ogłoszeniowym z programem imprez obejmującym na przykład trzydzieści różnych wydarzeń, ale napis „TODAY”. W wakacje wypoczywamy, również umysłowo, zatem przekaz podany w formie ciągu „dzisiaj, za trzy godziny, tutaj, koncert” będzie łatwy do przyswojenia. Nawet po smacznym obiedzie zjedzonym w uroczej restauracji.
Całkiem poważnie mówiąc, prawdopodobnie większość turystów nie kupuje lokalnych gazet, nie ogląda lokalnej telewizji, nie słucha lokalnego radia. Korzysta z internetu głównie w celu komunikowania się ze znajomymi. Nawet w punkcie informacji turystycznej może być turyście trudno zorientować się w wielości ulotek, ofert, folderów. To zresztą kolejny argument za maksymalizacją prostoty przekazu. Bowiem głównym doświadczeniem człowieka, który znajduje się w mieście tłumnie odwiedzanym przez turystów jest wrażenie chaosu.
Moje socjologiczne sumienie nakazuje mi w tym momencie zaprzestania spekulacji. Słucham głosu tego sumienia i zostawiam rozważania na temat sposobów zachowania turystów jako robocze hipotezy, które należałoby zweryfikować stosownymi badaniami.
Dodam tylko, że przejście na „tryb wakacyjny” dotyczy nie tylko przyjezdnych lecz także mieszkańców miasta. Chociaż nie mają urlopu wieczorem także pragną korzystać z wakacyjnej oferty swojego miejsca zamieszkania.
Podsumowując, występują trzy czynniki sukcesu w dotarciu z ofertą kulturalną w czasie wakacji.
Miejsce – ulica, bezpośredni kontakt z potencjalnym uczestnikiem wydarzenia (standy na chodniku, rozdawanie ulotek).
Czas – bezpośrednio przed wydarzeniem.
To bardzo istotne, bo w wakacje rośnie liczba osób, które nie mają zaplanowanego wieczoru. Są niezdecydowane, przez co podatne na „impulsowy zakup kulturalny”.
Militarnie rzecz ujmując, w wakacje trzeba walczyć o widza/uczestnika do ostatniej minuty.
Co naturalnie nie wyklucza wykonania całej wcześniejszej pracy zgodnie z zasadami sztuki, w tym regułą informowania o wydarzeniach z dużym wyprzedzeniem.
Prostota – komunikat maksymalnie skondensowany i niejako odwrócony. Najpierw mówimy kiedy, gdzie, dopiero potem co (przepraszam wszystkich artystów, tym razem jesteście mniejszą czcionką:)
Oczywiście, żeby nadać moim wnioskom większą siłę przekonywania, powinienem ją dopracować, dobrze nazwać. Na przykład „zasada hic et nunc”, „metoda tit” (od teraz i tu), czy może „modyfikacja strategii promocyjnej oferty kulturalnej na podstawie analizy modeli zachowania turystów preferujących turystykę miejską”.
Ale są wakacje i sam nie wiem, gdzie się dzisiaj wieczorem wybieram…
Już nie mogę narzekać na brak polskich opracowań na temat zarządzania kulturą. Dzisiaj na stronach Kongresu Kultury Polskiej opublikowano 15 opracowań obejmujących szeroki zakres tematyczny.
Lubiąca narzekać część mnie ma cichą nadzieję, że po zapoznaniu się
z raportami będę mógł jednak pomarudzić, a to, że opracowania są powierzchowne, a to, że ideologiczne. Jednak część konstruktywna liczy się z tym, że raporty okażą się przełomem w polskiej refleksji na temat kultury. Wtedy nie pozostanie mi nic innego jak merytoryczna dyskusja. Narzekania będzie co prawda trochę żal…
Tymczasem ogarnia mnie lekka euforia na myśl o ogromie danych, które będę mógł za chwilę przyswoić. Nareszcie! Dane, dane, dane.
No tak, przecież sprzęgnięcie człowieka z cyberprzestrzenią nie zaszło jeszcze tak daleko, żeby wystarczyło o czymś pomyśleć, by pojawiło się to w sieci jako treść dostępna dla wszystkich. Nadal trzeba napisać tekst, zredagować go, edytować i na koniec zamieścić.
Przyznam, zapominałem o tym i byłem przekonany, że czytelnicy są świadomi tego, że od czasu mojego ostatniego wpisu zastanawiam się od czasu do czasu nad kategorią „mieszczańskiego teatru”, a od niedawna obserwuję dyskusję wokół „planu Hausnera”.
No, ale czytelnicy nie są tego świadomi, mamy 2009 rok, internet dopiero się rozwija i na drodze bezpośredniego przekaz umysł-sieć nadal stoją klawiatura, panel administracyjny itp.
W takim razie zapowiadam, że niebawem na blogu kilka „medytacji mieszczańskich” poświęconych, fascynującej mnie od dawna, kategorii „mieszczaństwo” w wypowiedziach na temat teatru. Nie da się również przejść obojętnie wobec „planu Hausnera”, niewykluczone, że napiszę o argumentach używanych w dyskusji wokół planu.
Mam słabość do wypunktowywania. Zawsze podobało mi się stosowanie zapisu w rodzaju „2.1.4.5” w pracy naukowej, a struktura „Tractatus logico-philosophicus” Wittgensteina zapewnia mi sporo przeżyć estetycznych.
Dlatego wracam do felietonu Michała Zadary, który komentowałem ostatnio.
Znajduje się tam fragment, w którym w punktach autor wymienia, co mogłoby się znaleźć w tekście o teatrze oprócz „uwzględnienia wartości estetycznej spektaklu i kondycji reżysera”.
Jak widzę zestawienie podpunktów do uzupełnienia od razu mam ochotę na wypełnianie. Odpowiem zatem na postulat Zadary posługując się hipotetycznym materiałem. Żeby utrudnić czytanie humanistom zamiast wymyślania barwnego przykładu będzie mowa o spektaklu X teatru Y w reżyserii Z. Celem eksperymentu jest sprawdzenie, czy pisanie takich tekstów przybliża czytelnika do zrozumienia teatru.
Najpierw punkty Zadary:
a) stan techniczny teatru,
b) kto przyszedł na sztukę,
c) ile kosztują bilety,
d) ile zarabiają aktorzy,
e)ile kosztowała scenografia,
f) jak kto gra,
g) jakie idee wynikają z treści spektaklu, i w końcu
g) co wynika z zestawienia tych wszystkich faktów?
Nie mam pewności, czy podwójne „g” coś znaczy, w związku z czym pozostawiam, tak jak w oryginale.
Jak już wspomniałem, Zadara wymienia jeszcze dwa wątki modelowego tekstu o teatrze: wartość estetyczna spektaklu, kondycja reżysera.
Te akurat aspekty pominę i przechodzę do wypełniania:
a) stan techniczny teatru,
Ogólny stan techniczny teatru dobry. Niedawno w piwnicy pękła rura, ale udało się szybko usunąć awarię. Fotele na widowni trochę skrzypią.
Ostatnio dokonano zakupu 10 nowych reflektorów, oświetleniowcy są szczęśliwi. Za to montażyści narzekają na stan sznurowni, chyba jeszcze przed planowanym remontem generalnym trzeba będzie zająć się sznurownią.
b) kto przyszedł na sztukę,
Spektakl zagrano dotychczas 9 razy. Widownia na 100 osób, spektakl obejrzało 640 osób (wliczając widownię premierową), w tym: 15 dziennikarzy, 80 członków rodzin i znajomych aktorów i reżysera, 50 urzędników, 20 pracowników teatru, 40 znajomych pracowników teatru, 120 studentów, 150 emerytów i rencistów, 10 nauczycieli, 8 pracowników naukowych, 60 uczniów szkół średnich, 40 pracowników sektora IT, 10 handlowców, 6 menedżerów, 2 osoby duchowne, 4 pracowników socjalnych, 3 lekarzy, 6 architektów, 10 osób aktualnie poszukujących pracy, 6 matek na urlopie wychowawczym.
c) ile kosztują bilety,
Od 11 do 40 zł.
d) ile zarabiają aktorzy,
od 2000 do 6000 zł brutto.
e) ile kosztowała scenografia,
80000 zł.
f) jak kto gra,
Sztuka czteroosobowa: jeden aktor gra powyżej przeciętnej, jeden poniżej, a pozostałych dwóch przeciętnie.
g) jakie idee wynikają z treści spektaklu,
Spektakl opowiada o rozpadzie więzi międzyludzkich w społeczeństwach późnego kapitalizmu. Idea, nie wyrażona wprost, mówi, że późny kapitalizm jest czynnikiem rozpadu więzi międzyludzkich. Na głębszym poziomie spektakl wyraża tęsknotę za autentycznymi więziami międzyludzkimi oraz za alternatywnym dla późnego kapitalizmu ustrojem społecznym.
g) co wynika z zestawienia tych wszystkich faktów?
Trudno powiedzieć.
Wypełniłem eksperymentalnie listę Zadary nie po to, żeby ją ośmieszyć. Traktując ją poważnie na poziomie postulatywnym chciałem tylko zwrócić uwagę na ogromną złożoność zagadnienia.
W tak ważnej materii nie można zatrzymać się na poziomie publicystyki. Trzeba skorzystać z narzędzi naukowych, wprowadzić kategorie zmiennych i ich korelacji. Inaczej można skompromitować ideę kompleksowej refleksji nad teatrem. Na przykład odkrywając pozorne korelacje lub wprowadzając metodologiczny chaos poprzez analizowanie zbyt dużej liczby zmiennych na raz.
Najlepiej zacząć od sprawdzenia, czy w ogóle istnieje zależność między dwoma wybranymi zmiennymi. Dopiero potem, jakiego jest rodzaju i jakie są konsekwencje tej zależności.
Na przykład, czy stan techniczny teatru wpływa istotnie na frekwencję? Czy stan techniczny teatru wpływa istotnie na poziom artystyczny? Czy struktura widowni zależy od idei spektaklu?
Czy poziom artystyczny spektaklu zależy od wysokości budżetu przeznaczonego na scenografię?
Za pomocą takich analiz można na przykład zweryfikować stereotyp (?) wyrażony w powiedzeniu „artysta głodny to artysta płodny”.
W każdym razie eksperyment uważam za udany, nawet jeżeli odpowiedź na pytanie: co wynika z zestawienia tych wszystkich faktów?, brzmi: trudno powiedzieć. Wbrew pozorom, znajomość obszarów swojej niewiedzy jest cenna.
Jeżeli mam wiernych czytelników, to przepraszam ich na początku tego wpisu za moją niską aktywności na blogu. Nie obiecuję poprawy, bo ryzykowałbym tym samym złe samopoczucie z powodu niedotrzymania obietnicy.
Wydarzyło się jednak coś, co zmotywowało mnie do powrotu do pisania. Michał Zadara stał się jednym z felietonistów e-teatru i zaczął pisać również o widzach.
W felietonie zatytułowanym „O krytyce teatralnej” autor zwraca uwagę, między innymi, na niedostatek refleksji socjologicznej i ekonomicznej poświęconej współczesnemu polskiemu teatrowi .
I już tylko za to chwała Zadarze. Reżyser, który przejawia zainteresowanie takimi aspektami funkcjonowania teatru i daje temu publicznie wyraz, choćby i w felietonie, jest godny uznania.
Nie będę streszczał tez felietonu (zainteresowanym odsyłam do tekstu), przejdę od razu do kilku komentarzy.
Sam postulat „poszerzenia pola dyskursu” jest dobry, sądzę jednak, że Zadara niepotrzebnie (choć może celowo) wiedzie myśli czytelnika na manowce, z upodobaniem używając terminu „materialistyczna”. Być może przesadzam, ale proponowanie terminu „materialistyczna krytyka teatralna” z jednej strony, a odwołanie się do Rolanda Barthesa z drugiej sytuuje całą dyskusję w obszarach neomarksistowsko-postrukturalistycznych.
Tymczasem socjologicznej i ekonomicznej analizy teatru można dokonać za pomocą standardowych narzędzi tych nauk. Nawet nie przechodząc od razu do zaawansowanych narzędzi naukowych, na początek wystarczyłyby zwykłe badania rynkowe: oszacowanie wielkości rynku, zbadanie zachowań konsumenckich widzów teatralnych itp.
Jestem przekonany, że tylko prosta analiza statystyczna oparta na rzetelnych danych wprowadziłaby sporo zamieszania w życie teatralne. Nie mogę zgodzić się z tezą Zadary „Nie mamy w ogóle narzędzi, by o teatrze mówić materialistycznie.”.
Takie narzędzia istnieją (zarówno w sferze badań rynkowych, jak w strefie ściśle naukowej). Są drogie, skomplikowane, wymagałyby przystosowania do specyfiki teatru. Ale każde narzędzie badawcze czy analityczne wymaga przystosowania do badanej czy analizowanej dziedziny, czy będziemy badać/analizować populację ludzi jedzących cukierki z nadzieniem alkoholowym, członków nowych ruchów religijnych, czy kolekcjonerów płyt Depeche Mode.
Chyba że intuicja Zadary jest inna, pisząc o braku narzędzi może miał na myśli problem interpretacji. Tutaj zgoda, prawdopodobnie nie ma narzędzi interpretacyjnych, które umożliwiają zintegrowanie danych z obszarów krytyki artystycznej, socjologii, ekonomii, psychologii, historii i jeszcze paru innych nauk. Jednak ten problem dziedzina teatru podziela z wieloma innymi dziedzinami, przenikanie i integracja nauk jest wyzwaniem właściwie w każdym obszarze badawczym.
Nie chciałbym kontynuować tego wątku, bo akurat moim zdaniem, żeby opisać dziedzinę X nie trzeba tworzyć kolejnej Xiologii, czy proponować nowego podejścia Xiologicznego. Lepiej najpierw spróbować użyć sprawdzonych, istniejących narzędzi. Ewentualnie, jeśli sromotnie zawiodą, zastanowić się na czymś nowym.
Wracając do felietonu. Pytanie (chciałoby się powiedzieć: utrzymane w klimacie hermeneutyki podejrzeń), które moim zdaniem należałoby postawić brzmi: dlaczego gruntowne badania socjo-ekonomiczne dotyczące współczesnego polskiego teatru nie są na bieżąco prowadzone? Nie mam na myśli pojedynczej akcji, czy prostych zestawień typu „ile ludzi przyszło do teatru w ciągu roku”, tylko powtarzalne badania prowadzone według opracowanej metodologii.
Na dodatek takie badania, w których nie tylko zestawia się dane, ale też pojawiają się hipotezy i wnioski. To znowu bardzo szeroki temat, do którego chętnie kiedyś wrócę (czasem nawet śnią mi się takie ogólnopolskie, rzetelne badania…).
Skoro już mowa o snach, może ludzie teatru wypierają jakieś bardzo niewygodne dla siebie treści? Stąd brak zintegrowanych badań i analiz?
Mam też poważne wątpliwości, czy stawianie za wzór dla krytyki teatralnej krytyki sportowej jest słuszne. Zaletą krytyki sportowej, według Zadary, jest to, że „Krytyk futbolu czy boksu nie ma oporów przed łączeniem w jednym tekście następujących, przecież niby oddzielnych tematów: rzetelnego opisu meczu, oceny działania dyrekcji klubu, zarobków zawodników, stanu technicznego stadionu, walorów estetycznych meczu i zachowania oraz ilości kibiców.”
Moim zdaniem taki styl krytyki sportowej wynika nie ze stosowania zintegrowanego podejścia, tylko z tego, że sport potraktowany jest wyłącznie jako rozrywka, część popkultury. Właściwie najlepiej powiedzieć, że taki styl pisania świadczy o pochłonięciu sportu przez przemysły kultury (no i proszę, felietonista już mnie zaraził kategoriami szkoły frankfurckiej). Tak samo jak to się dzieje np. w kinie, gdzie w jednym tekście można poczytać o walorach artystycznych filmu, gażach aktorów, budżecie produkcji, zastosowanych nowinkach technicznych w czasie zdjęć i kłopotach wytwórni z pozyskaniem praw autorskich. No i oczywiście informacja, ile film zarobił w pierwszy weekend po premierze.
Taka fetyszyzacja budżetów, informacji produkcyjnych itp. w tekstach publicystycznych nie jest wzbogaceniem dyskursu o sztuce, przeciwnie, jest jego zubożeniem. Na pewno trudno tutaj mówić o pogłębionej refleksji.
Nawet jeśli tekst Zadary jest intelektualną prowokacją (na co zdają się wskazywać jego pozostałe felietony), bardzo dobrze, że w tekście pojawia się postulat poszerzenia pola dyskursu na temat teatru. Jest to bardzo potrzebne teatrowi „tu i teraz”, trudno jednak sobie wyobrazić, w jaki sposób owo poszerzenie miałoby się dokonać.
Niektórzy ludzie chodzą do teatru często, a niektórzy rzadko.
Ta konstatacja przypomina mi okres studiów, kiedy na zajęciach z logiki z poczuciem odkrywania sensu wszechświata zgłębiałem bogatą treść zdania: Deszcz pada albo nie pada.
Nazwanie obserwacji wyrażonej w zdaniu „Niektórzy ludzie chodzą do teatru często, a niektórzy rzadko” banalną jest oczywiste.
Nikt jednak nie powiedział, że obserwacje marketingowe powinny być niebanalne. Znajdujemy się w królestwie skuteczności, a nie błyskotliwości, wyrafinowania, nieokiełznanej wyobraźni czy oryginalności.
Dlatego właśnie obserwacje dotyczące częstotliwości i powodów chodzenia do teatru, na przykład te którymi dzieli się Krystyna Janda, mogą okazać się dla marketingowca na wagę złota. Dosłownie.
Pokażę jak to możliwe na przykładzie margaryny do pieczenia. Punktem wyjścia jest banalna obserwacja, że niektórzy używają margaryny do pieczenia rzadko, a inni znów często.
Wnioski wyciągnięte z tej obserwacji mają wpływ na decyzje dotyczące wydania milionów złotych przeznaczonych na kampanię reklamową rzeczonej margaryny. Z kolei efekty kampanii przekładają się na kolejne miliony przychodów ze sprzedaży.
Naturalnie droga od banalnej obserwacji do zwiększenia sprzedaży wiedzie przez szereg wykresów, obliczania wskaźników, analiz, typologii itp. Między innymi na tej drodze pojawia się podział konsumentów na trzy grupy: heavy bakers, medium bakers, light bakers.
Obserwacja zachowań konsumentów margaryny do pieczenia pozwala na wyciągnięcie co najmniej dwóch istotnych wniosków. Pierwszy wniosek: ci, którzy pieką dużo i ci, którzy pieką mało zajmują się pieczeniem z innych powodów. W związku z tym należy inaczej sformułować skierowany do nich przekaz reklamowy. Musi on dotrzeć do nich innymi kanałami, za pomocą innych mediów. Drugi wniosek: skoro większość przychodów jest generowana przez „heavy bakers” (czy żargon reklamowy nie jest uroczy?), należy skoncentrować działania właśnie na nich.
Jaki jest skutek tych wszystkich myślowych operacji? Zwiększenie przychodów ze sprzedaży. Kto by pomyślał, że odkrycia dotyczące margaryny mogą być takie dochodowe.
W takim razie jeszcze raz: „niektórzy ludzie chodzą do teatru często, a niektórzy rzadko”.
Być może wybierają się do teatru z innych powodów. Prawdopodobnie warto inaczej formułować dla nich przekaz reklamowy i docierać do nich za pomocą innych mediów.
Kto wie, czy zamiast skupiać się na „pogoni za nowym widzem” nie należałoby w wyjątkowy sposób zająć się, być może niewielką, grupą stałych widzów. Nawet nie z powodu wielkości generowanego przez tę grupę przychodu ze sprzedaży, ale dlatego, że ta grupa to „liderzy opinii”. (Wątek ten wprowadzam celowo, aby usunąć podejrzenie, że bezrefleksyjnie przenoszę mechanizmy dotyczące margaryny na grunt teatru).
Przecież rekomendacja to w marketingu kultury potężny mechanizm, który potrafi znacząco zwiększać koniunkturę. Nawet jeśli trudno dokładnie zmierzyć i opisać działanie tego mechanizmu, nietrudno odczuć jego pozytywne skutki.
„Tak nam się spodobało, że namówiliśmy trzy znajome małżeństwa na obejrzenie tego spektaklu”. Takie zdanie usłyszałem od pewnego widza, który należy do grupy „często bywających na imprezach kulturalnych” (teatry, filharmonia). Ilekroć słyszę podobne słowa, moje serce przepełnia bezgraniczna wdzięczność do widza, który je wypowiada.
Takie banalne rozważania oparte na schemacie obserwacja-analiza-wniosek-decyzja-działanie-efekt można snuć długo. Do czego zachęcam. Wiem, że może to być szczególnie trudne w instytucjach artystycznych, istotą działalności których jest wznoszenie się ponad banał. Jednak, poza kreacją reklamową (graficzną i copywriterską), marketing jest banalny. I skuteczny.
Nadszedł czas na dotychczasową Wielką Niekomentowaną tego bloga, czyli Krystynę Jandę.
Dlaczego Pani Krystyna zasłużyła sobie na ten tytuł? A to dlatego, że już kilka razy czytając wywiady poświęcone Teatrowi Polonia, miałem ochotę skomentować je na blogu, ale mijało kilka dni i wpis nie powstawał.
Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko przywołać twierdzenie, wedle którego zło jest atrakcyjne, a dobro nudne. Łatwiej komentować złe wypowiedzi o widzach. I przyjemniej (wiem, to perwersyjna przyjemność, ale zawsze).
Wracając do Pani Krystyny, jej wypowiedzi na temat widowni uważam za jasne, praktyczne i konstruktywne. Co ważne – są to opinie naznaczone szacunkiem dla widza.
To jest możliwe – opinie człowieka teatru na temat widzów, które zawierają trafną i ciekawą obserwację. Co powinno ucieszyć szczególnie tych, którzy śledzili moje wcześniejsze wpisy, gdzie komentowałem opinie raczej chybione z punktu widzenia sensowności jak i dobrego smaku.
Czas na pozytywny przykład z wywiadu z Krystyną Jandą:
„Czasem podchodzę do tych, którzy kupują wejściówki, i zadaję im kilka pytań. Opowiadają mi czasem spontanicznie, na czym byli, na co idą, co chcieliby zobaczyć, co im się podobało, do czego mają zastrzeżenia. Jest niemała grupa takich, którzy oglądają absolutnie wszystko. Nowa premiera – nowy obowiązek, jak mówią. No, są i tacy, którzy po prostu, kiedy mają zły humor, zły dzień czy po prostu wolny wieczór, to sobie idą do Polonii, nawet na to, na czym już byli… No ale to są nasi wyjątkowi goście, ich traktujemy jak rodzinę, są zaprzyjaźnieni z bileterami, kasjerami. Rozpoznajemy ich i witamy jak starych znajomych.”
W tych kilku zdaniach, przekładając je na język marketingu, mamy do czynienia z segmentacją rynku i praktycznym wykorzystaniem wyników przeprowadzonej segmentacji.
Nawiasem mówiąc, jest to jedna z rzeczy, które urzekają mnie w marketingu. To, że można najprostsze działanie czy zjawisko opisać wyszukanym stylem paranaukowego dyskursu.
Zatem: Pani Krystyna przeprowadziła (z wykorzystaniem metody wywiadu indywidualnego) segmentację klientów Teatru Polonia w oparciu o kryterium behawioralne. Analizując zachowania zakupowe swoich klientów, głownie badając motywację podjęcia decyzji zakupowej, wyróżniła wśród grupy…
Można tak długo, marketingowe bogactwo tej wypowiedzi jest dla mnie tak duże, że rozwinięciu zawartych w niej wątków poświęcę dwa następne wpisy. Jeden dotyczył będzie rozwinięcia tezy, że w marketingu nie należy lekceważyć banalnych obserwacji (jak, na przykład tej, że ludzie chodzą do teatru z różnych powodów lub takiej, że niektórzy chodzą częściej, a inni znów rzadziej). W drugim wpisie przyjrzę się kreowaniu wizerunku Teatru Polonia. Już w przytoczonym fragmencie wywiadu widzowie określeni są jako „wyjątkowi goście”, „przyjaciele”, „starzy znajomi”, „rodzina”. A przecież w następnych zdaniach Pani Krystyna Janda opowiada anegdotę o polerowaniu blatu, która skłania do mówienia już nie tyle o tworzeniu wizerunku,
co narodzinach legendy, mitu.
Jest to pierwszy wpis w nowym, 2009 roku. Dlatego chciałem rozpocząć od pozytywnej wiadomości: ludzie teatru są zdolni do konstruktywnych wypowiedzi o widzach.
Chciałem też, żeby nad pierwszym wpisem unosiła się aura sukcesu
i niespożytej energii. Dlatego odwołałem się do symbolu tychże.
Na marginesie dyskusji o profesji aktorskiej, która wybuchła kilka dni temu w związku z projektem ustawy o zawodzie aktora aktor Jan Nowicki podzielił się z Dziennikiem kilkoma uwagami na temat, jeśli dobrze zrozumiałem, relacji między sztuką a kulturą masową. Oddaję głos Panu Janowi:
„Oglądalność to największe nieszczęście w sztuce. Oglądalność to są masy, a masy to głupota. Bo czy zaangażowanie amatorki o popularnej twarzy do roli Julii po to, by przyszło kilka kretynek ją zobaczyć, jest słuszne? Ona musi przede wszystkim umieć grać Szekspira: umieć się ruszać, mówić i znać warsztat”. źródło
I jeszcze o (braku) relacji pomiędzy wolnym rynkiem a sztuką:
„Niech mi nikt nie mówi o wolnym rynku w przypadku sztuki, bo to głupota. O wolnym rynku można mówić w przypadku pierogów, a nie muzyki i aktorstwa. Rynek to jest na Kleparzu, gdzie się kupuje jarzyny, a nie w sztuce.”
Wypowiedzi są tak silne i ekspresyjne, że właściwie trudno coś do nich dodać. Nawet, znani z malkontenctwa, użytkownicy forum e-teatru potrafili napisać tylko: „BRAWO JANKU!”, „Wielki szacunek Panie Janie!”, „Brawo Panie Janie!” .
Dlatego moje komentarze będą krótkie. W wypowiedziach Pana Jana moją uwagę zwróciły dwie rzeczy.
Pierwsza z nich to użycie zwrotu „przyszło kilka kretynek ją zobaczyć”.
Gdybym usłyszał taki zwrot w teatralnym bufecie, nic wielkiego by się nie stało. Aktor ma prawo prywatnie mówić o widzach tak, jak mu się podoba. Jednak publiczne nazwanie kilku osób, które, z tego czy innego powodu, wybrały się do teatru (bo jak rozumiem Pan Jan mówi o występowaniu amatorów znanych z seriali w spektaklach teatralnych) mianem „kretynek” mnie razi. Nie razi jednak środowiska teatralnego, co mnie z kolei zdumiewa, podobnie jak w przypadku „prostaków” Zbigniewa Brzozy.
Druga, godna odnotowania rzecz, to mocne odcięcie się od używania kategorii wolnego rynku w przypadku sztuki. Nie wiedzieć czemu, wolny rynek kojarzy się Panu Janowi zdecydowanie kulinarnie, z jarzynami i pierogami. Aż się boję zaprzeczyć, bo w wypowiedziach aktora jest tyle sarmackiej fantazji (tu z kolei ja pozwalam sobie na swobodne skojarzenia), że jakakolwiek próba rzeczowej dyskusji czy próba niuansowania relacji sztuki i mechanizmów rynkowych wydaje się niestosowna. Także tylko odnotowuję próbę wyraźnego oddzielenia sztuki od rynku. Rynku, a zatem również rządzącego produkcją telewizyjną kryterium oglądalności, bo jak mówi Jan Nowicki: „oglądalność to masy, a masy to głupota”.
Na koniec, skoro Pan Jan może sobie swobodnie publicznie nazywać ludzi „kretynami”, to chyba nikt nie będzie miał mi za złe małego argumentu ad personam.
Otóż, Jana Nowickiego, aktora z wyrobionym poglądem na temat mas, można było obejrzeć w serialach „Egzamin z Życia” i „Magda M.”.
Czyli jednak jakiś związek sztuki i wolnego rynku istnieje…
W czasie, gdy starałem się znaleźć wolną chwilę na przygotowanie tego wpisu (a trwało to dosyć długo) po światowych rynkach finansowych przetoczył się poważny kryzys, w cieniu którego rozstrzygnęły sie wybory prezydenckie w USA. Z zachowaniem właściwych proporcji muszę zauważyć, że te wydarzenia wywarły wpływ na mojego bloga. Otóż stawiają one w nieco innym świetle moje wcześniejsze rozważania na temat korzyści płynących z agresywnych strategii inwestowania. Trudniej będzie mi również przekonać w tym wpisie, że metafora „niewidzialnej ręki sztuki” jest atrakcyjna, gdy w każdej gazecie można przeczytać o całkowitej kompromitacji metafory „niewidzialnej ręki rynku”.
Cóż, jak mawiał Hegel, jeśli fakty przeczą mojej teorii, tym gorzej dla faktów. Nie zrezygnuję przecież ze swojej koncepcji tylko z powodu światowego załamania rynków finansowych.
Mówiąc poważnie, zdaję sobie sprawę z tego, że obecny ton publicystyki oraz nastroje społeczne osłabiają siłę przekonywania dyskursu liberalnego. Mimo to zapraszam, na potrzeby prowadzonych tutaj rozważań, do oderwania się od bieżących kontekstów społeczno-ekonomicznych i powrotu do źródłowych sensów i intuicji zawartych w takich określeniach jak np. „niewidzialna ręka rynku”.
Zanim przejdę do rzeczy, krótkie przypomnienie. W ramach kilku elementarnych spostrzeżeń zastanawiałem się już na tym jakie potrzeby zaspokaja teatr i jakie pełni funkcje, w szczególności społeczne i ekonomiczne, z perspektywy zarządzania miastem. Temat funkcji chciałbym zamknąć przenosząc koncepcję Adama Smitha z pierwotnego pola ekonomii na pole sztuki.
Koncepcja (czy też pojęcie/metafora) „niewidzialnej ręki rynku”, której autorem jest Smith, jak każda koncepcja podlega wielu interpretacjom, jak również zniekształceniom. Na poziomie publicystycznym los tej koncepcji jest nie do pozazdroszczenia. Zazwyczaj funkcjonuje ona jako „chłopiec do bicia” dla krytyków liberalizmu, tym bardziej obecnie, wobec sytuacji światowej gospodarki.
Na potrzeby wpisu pozostawiam jednak te kontrowersje za sobą i odnoszę się bezpośrednio do literalnego brzmienia fragmentu (dla zachowania kontekstu – przytaczam długi fragment):
„Ponieważ zaś każdy człowiek stara się, jak tylko może, aby użyć swego kapitału w wytwórczości krajowej oraz tak pokierować tą wytwórczością, ażeby jej produkt posiadał możliwie największą wartość, przeto (…) pracuje z konieczności nad tym, by dochód społeczny był jak największy. Co prawda, nie zamierza on na ogół popierać interesów społecznych ani też nie wie, w jakim stopniu je popiera. Kiedy woli popierać wytwórczość krajową, a nie zagraniczną, ma wyłącznie na uwadze swe własne bezpieczeństwo, a gdy kieruje wytwórczością tak, aby jej produkt posiadał możliwie najwyższą wartość, myśli tylko o swym własnym zarobku, a jednak w tym, jak i w wielu innych przypadkach, jakaś niewidzialna ręka kieruje nim tak, aby zdążał do celu, którego wcale nie zamierzał osiągnąć. Społeczeństwo zaś, które wcale w tym nie bierze udziału, nie zawsze na tym źle wychodzi. Mając na celu swój własny interes człowiek często popiera interesy społeczeństwa skuteczniej niż wtedy, gdy zamierza służyć im rzeczywiście. Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć, aby wiele dobrego zdziałali ludzie, którzy udawali, iż handlują dla dobra społecznego.”
[Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, Warszawa 1954, PWN, t.2, s.46-47,
Na początek jeden komentarz do samego tekstu, Smith nie wprowadza wcale określenia „niewidzialna ręką rynku”, w przytoczonym fragmencie pojawia się czynnościowy opis, który odnosi się raczej do zjawiska, procesu niż do statycznego „bytu”, „prawa”, które rządzi rynkiem. W oryginale: „he is in this (…) led by invisible hand to promote an end which was no part of his intention”. Od strony metodologii mamy zatem, przynajmniej w przytoczonym fragmencie, do czynienia raczej z metaforą, niż z teorią.
Analiza tekstu jest bardzo zajmująca, ale najwyższy czas przejść do wyjaśnienia „niewidzialnej ręki sztuki”.
Stawiane dalej tezy będą częściowo sytuować się gdzieś w rejonach „ogólnych rozważań o twórczości artystycznej” (na marginesie, piszę o „twórczości artystycznej”, a nie po prostu „twórczości” ponieważ uważam, że kategoria działań „twórczych”, „kreatywnych” nie jest zastrzeżona tylko dla sztuki, równie dobrze funkcjonuje np. w nauce).
Niewidzialna ręka sztuki to ta „siła”, która powoduje, że artysta „mając na uwadze swój własny interes” „zdąża równocześnie do celu, którego nie chciał osiągnąć” i „popiera interesy społeczeństwa”.
Właściwie mamy tu do czynienia z dwoma tezami:
1. Artysta realizując swoje własne cele realizuje również cele społeczne.
I druga, mocniejsza i bardziej kontrowersyjna:
2. Im bardziej artysta skupia się na realizowaniu własnych celów, tym skuteczniej realizuje cele społeczne.
W pewnością nie uda mi sie w pełni „wyłożyć” w tym miejscu wszystkich konsekwencji i niuansów tych tez. Od razu nasuwa mi się wobec nich tyle wątpliwości, że trudno mi się powstrzymać od poświęcenia się się bez reszty ich roztrząsaniu. Dlatego przejdę od razu do uwag/wniosków powiązanych z „niewidzialną ręką sztuki”, które będą jednocześnie podsumowaniem i zamknięciem rozważanego wcześniej tematu „efektów ubocznych” sztuki.
Jeżeli i tak twórca jest prowadzony „jakby niewidzialną ręką” to nie musi i nie powinien zaprzątać sobie głowy pozaartystycznymi efektami swoich działań. Nie jest rolą artysty wykazywać, że to co robi jest „społecznie użyteczne”, nawet jeśli takie jest w istocie. Tym bardziej, nie ma potrzeby, żeby artysta był świadomy na przykład tego, że jego twórczość podnosi wartość marki miasta.
Oczywiście używam tutaj języka normatywnego, pisząc bardziej o tym „jak powinno być”, niż „jak jest”.
Z mojej normatywnej perspektywy np. systemy grantowe, w których twórca musi podawać pozaartystyczne powody powstania dzieła (np. „ten projekt wzmocni promocję miasta”, „pomoże zaktywizować kulturalnie dzielnicę” itp.) są z gruntu niewłaściwe.
Tutaj płynnie przechodzimy do jednego z zadań managera kultury, czy też producenta. To jego rolą powinno być opisywanie działań twórcy w kategoriach ekonomicznych, społecznych, promocyjnych itp.
Artysta powinien „opowiadać swoją opowieść” i ocenie powinien podlegać raczej stopień autentyzmu wypowiedzi, niekoniecznie stopień świadomości kontekstu swojej twórczości.
Zgodnie z gradacją tych dwóch tez, od powyższych uwag można przejść do uwag ogólniejszych i bardziej dyskusyjnych. Otóż, zgodnie z sugestią Smitha, popieranie własnego interesu prowadzi do skuteczniejszych społecznie działań, niż zadeklarowane działanie w interesie społecznym. Przenosząc tę tezę na pole sztuki, można z innej perspektywy przyjrzeć się twórczości, która w sposób zdeklarowany zajmuje się problemami społecznymi, czy też realizuje społeczne cele.
Mówiąc obrazowo, wolę na przykład twórczość motywowaną osobiście, nawet obsesyjnie, fiksacją na konkretnym temacie (często jest to jeden wciąż na nowo przetrwany temat) niż, dajmy na to, wyczuwalne czerpanie inspiracji z przekazów medialnych. (Chyba, że ktoś ma obsesję na punkcie przekazów medialnych.)
Niestety system grantów, mieszanie różnych poziomów opisu sztuki prowadzi do niebezpiecznego redukcjonizmu, który zmusza twórców do podporządkowywania form i tematów twórczości do zgłaszanego „zapotrzebowania”. Tymczasem proces powinien wyglądać w ten sposób, że najpierw mamy powstanie dzieła, w którym artysta kieruje się „własnym interesem”, a dopiero potem wkracza manager kultury/producent jako swoisty tłumacz, który objaśnia dzieło w kategoriach społecznych, ekonomicznych itp.
Miałem powstrzymać się od zastrzeżeń i podważania własnych tez, ale jednego nie mogę pominąć: możliwe są takie wypowiedzi artystyczne, w których mechanizm niewidzialnej ręki sztuki nie działa, nie są one w żadnym, nawet najbardziej wysublimowanym znaczeniu, społecznie użyteczne.
W większość przypadków jednak egoizm i narcyzm twórców (celowo przerysowuję) i tak przyczynia się do pomnażania dobra wspólnego, nawet wbrew ich intencjom.
Pozwolę sobie na moment oderwać się od od cyklu „kilka elementarnych spostrzeżeń” i skomentować wypowiedź, która w dość nieoczekiwany sposób opisuje zarządzanie projektami w sektorze kultury.
Jednocześnie jest to ciekawy przyczynek do analizy relacji pomiędzy urzędnikami/politykami a twórcami i menedżerami kultury.
Do rzeczy, wypowiedź dotyczy projektu budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Nie będę relacjonował historii sporu na temat projektu architektonicznego Muzeum (zainteresowanych odsyłam np. do zbioru artykułów zebranych przez redakcję e-teatru), ani tym bardziej zajmował stanowiska w tej sprawie.
Na potrzeby tego wpisu wystarczy powiedzieć, że wokół realizacji dużego projektu kulturalnego, który dotyczy utworzenia nowej instytucji kultury powstały kontrowersje, które polegają także na różnicy zdań pomiędzy ośrodkami władzy (Urząd Miasta – Ministerstwo) oraz ośrodkami władzy a twórcami (architektem z jednej strony, a zarządzającymi instytucją z drugiej).
W trakcie tego sporu dla wysokonakładowej ogólnopolskiej gazety wypowiada się wiceprezydent miasta Warszawy, Jacek Wojciechowicz. To co zaintrygowało mnie w jego wypowiedzi, to nawet nie tyle treść i argumentacja, co styl.
Oto pierwszy fragment:
(dziennikarka) „Zacytuję panu rzecznika ministerstwa: „Niedawno podpisaliśmy z miastem umowę zawierającą harmonogram przygotowań. Jesteśmy zdumieni, że go zaakceptowało, ale wstrzymuje projektowanie”.
(Wiceprezydent) „- Wielka rzecz – harmonogram! Najwyżej opóźni się o tydzień. Proszę zrozumieć, że Muzeum Sztuki Nowoczesnej nie jest naszym priorytetem inwestycyjnym.”
„Wielka rzecz – harmonogram!”. Rzeczywiście, dla każdego project managera to wielka i ważna rzecz.
Nie to miał prawdopodobnie na myśli Wiceprezydent. Naturalnie zaawansowane techniki zarządzania projektami zakładają modyfikowanie planów, tworzenie buforów czasowych w harmonogramie itp.
Trudno wyobrazić sobie, żeby kierownik dużego projektu inwestycyjnego mógł pozwolić sobie na publiczne wypowiadanie zdań w rodzaju „Najwyżej opóźni się o tydzień.”
Najwyżej opóźni się o tydzień, o dwa, miesiąc, potem będzie Boże Narodzenie itd. Może gdyby opóźnienia wyrażać w wartościach pieniężnych (jak robi się w praktyce zarządzania projektami) trudniej byłoby przejawiać tak dużą dozę beztroski jak autor wypowiedzi.
Powiązanie ekspresyjnego „Wielka rzecz – harmonogram!” z usprawiedliwieniem/wytłumaczeniem (bo tak to chyba należy rozumieć), „Muzeum Sztuki Nowoczesnej nie jest naszym priorytetem inwestycyjnym” wydaje się zaskakujące.
Skoro nie jest priorytetem, to można podjąć decyzję o zaprzestaniu realizacji projektu, zmniejszyć budżet projektu, wydłużyć czas realizacji (żeby zmniejszyć budżet, ale to należało by przewidzieć właśnie w harmonogramie) i wiele innych rzeczy. Nie przejmowanie się harmonogramem, który „najwyżej opóźni się o tydzień” raczej nie zalicza się do rzeczy, które są konsekwencją takiego, a nie innego spozycjonowania projektu w ramach portfolio projektów.
Wnioski? Smutne – wypowiedź tę można potraktować jako symptom niesprzyjających warunków dla wdrożenia zarządzania projektowego w sektorze publicznym. Tym bardziej niesprzyjających, że dotyczących mentalności, nie tyle braku pieniędzy, przepisów, kadr itp., co barier zakorzenionych w świadomości. Kto, z ludzi zajmujących się kulturą, nie usłyszał nigdy: „Mamy jeszcze czas”, „Nic się przecież nie stało” i tak dalej?
To nie koniec cytatów, na zakończenie wywiadu, którego ogólna wymowa zamyka się właśnie w stwierdzeniu „Przecież nic się nie stało” dziennikarka pyta: „To w czym problem?”.
Na co pada odpowiedź, która sprawia mi kłopoty w klasyfikacji, nie wiem czy to już poezja (prekursorska dla nowego gatunku „poezji urzędniczej”), czy błyskotliwe, dowcipne skojarzenie, czy branżowy żargon, czy też lekceważąca, pogardliwa wypowiedź.
Na pytanie, w czym problem, wiceprezydent największego w Polsce miasta odpowiada: „W niczym. To jakby przelot małego ptaszka, na który dyrekcja muzeum w budowie zareagowała histerycznie i chwyciła się wizji: „ta inwestycja padnie”. Z doświadczenia wiem, że takie środowiska zwykle nie potrafią zapanować nad emocjami. Może tak działa brak gabinetu i fotela.”
Teza jest mocna: takie środowiska zwykle nie potrafią zapanować nad emocjami.
Nie posiadam wystarczających zdolności analitycznych, żeby zrozumieć, co ma do tego „brak gabinetu i fotela”, ale nad tezą o panowaniu nad emocjami chciałbym się na chwilę zatrzymać.
Rekonstruując sposób myślenia Wiceprezydenta możemy domyślać się, że ludzie profesjonalnie związani z sektorem kultury (nie tylko twórcy, ale kadra zarządzająca itd.) cechują się pewną niedojrzałością, która przejawia się między innymi w histerycznych reakcjach na mało znaczące wydarzenia oraz z trudnością w panowaniu nad własnymi emocjami.
Nie zamierzam polemizować z tą tezą, przyjmuję ją z pokorą. Zresztą, gdybym się oburzył to potwierdziłbym tym samym, że ludzie pracujący w sektorze kultury reagują histerycznie na przeloty małych ptaszków.
Otóż nie, wypada jednak zauważyć kilka rzeczy. Po pierwsze, stereotyp działalności kulturalnej jako czegoś niedojrzałego, niepoważnego jest głęboko zakorzeniony. Po drugie język debat politycznych rozprzestrzenia się na inne debaty i znacząco zaniża ich poziom, co może spowodować, że niedługo społeczeństwo nie będzie miało jak ze sobą rozmawiać (innym przykładem, który potwierdza taką tendencję jest poziom forum internetowego e-teatru). I trzecia uwaga, czysto pr-owa, służby prasowe urzędu nie powinny dopuścić do opublikowania takiej wypowiedzi. Nie wiem w jaki sposób, ale sądzę, że należało by bronić Wiceprezydenta przed nim samym. Chociaż z drugiej strony, z góry zakładając niestosowność tych wypowiedzi, sam potwierdziłem, że ludzie związani z kulturą cechują się pewną dozą naiwności.
Wracając do zarządzania projektami: jedno zagrożenie dla prowadzenia projektów kulturalnych mamy zidentyfikowane. Teraz trzeba się zastanowić, jak je zneutralizować.
Nadal staram się przybliżać z różnych stron do tematu finansowania działań artystycznych z pieniędzy publicznych. Robiłem to już za pomocą modelu umowy społecznej, poprzez metaforę efektów ubocznych teraz chciałbym przeprowadzić analogię z inwestowaniem na giełdzie.
Mam nadzieję, że analogia będzie nośna dla ludzi myślących w kategoriach przedsiębiorczości, a przecież są np. tacy prezydenci miast, którzy z powodzeniem inwestują na giełdzie. Wychodzę z założenia, że dane zagadnienie łatwiej zrozumieć, gdy jest opisane językiem bliskim odbiorcy. Nie jest to równoznaczne z upraszczaniem, trywializowaniem – raczej jest dobrą praktyką komunikacyjną. Jak zatem można by opisać finansowanie sztuki w kategoriach gry giełdowej (czy, szerzej, inwestycyjnej)?
Zanim przejdę do opisu jedno zastrzeżenie: nie mam tutaj na myśli „inwestowania w sztukę”, polegającego na zakupie dzieł sztuki, które faktycznie występuje i rządzi się swoimi prawami jako jeden ze sposobów lokowania kapitału. Chcę poprowadzić analogię, która dotyczy bardziej giełdowego sposobu myślenia, strategii niż, przedmiotowo, obiektu lokowania kapitału czy procesu zawierania transakcji (analogia nie obejmuje na przykład emitowania akcji przez teatry).
W dużym uproszczeniu, inwestując pieniądze można przyjmować najróżniejsze strategie, które ogólnie klasyfikuje się według skali od niskiego do wysokiego ryzyka. Zależność jest następująca: niskie ryzyko – mniejszy, ale pewny zysk, wysokie ryzyko – większy, ale niepewny zysk (oraz ryzyko straty). Przydatna dla naszej analogii będzie również zależność, w myśl której np. inwestowanie w fundusze inwestycyjne wysokiego ryzyka przynosi korzyści tylko w długiej perspektywie czasowej.
Oczywiście inwestor nie stoi przed alternatywą rozłączną, ma do dyspozycji całą gamę rozwiązań pośrednich, które określa się mianem „portfeli inwestycyjnych”. Kolejna bowiem (z wielu) zasad inwestora głosi, żeby nie inwestować wszystkich środków w jednym miejscu (tzw. zasada dywersyfikacji).
Wyobraźmy sobie, że finansujące kulturę miasto tak naprawdę stosuje określoną strategię inwestycyjną i ma w swoim portfelu np. różne typy teatrów. Duże tradycyjne teatry (małe ryzyko, pewny zysk na stałym poziomie), teatry eksperymentalne (duże ryzyko, duży potencjalny zysk) itd.
Miasto może preferować portfel agresywny lub umiarkowanego ryzyka, ale zawsze będzie to portfel, na który będzie składał się pewien zestaw instrumentów. Ich proporcja zależała będzie od przyjętej strategii.
Portfel jest dynamiczny, instrumenty można „kupować” i „sprzedawać” (co w naszym przypadku oznaczało by „zmniejszyć/zaprzestać finansowanie, zwiększyć/rozpocząć finansowanie”. Decyzje o modyfikacji portfela podejmuje się na podstawie raportów, analiz – słowem, dostarczanej przez same instrumenty (spółki giełdowe) wiedzy oraz wiedzy dostarczanej przez fachowców.
Na potrzeby analogii przez „zysk” rozumiem wszystkie korzyści wskazane w poprzednich dwóch wpisach. Zwłaszcza mam na myśli zwiększanie wartości marki miasta przez sztukę.
Oczywiście nie tworzyłbym tej analogii, gdyby nie miała ona zaprowadzić czytelnika w pożądanym przeze mnie kierunku. Tak, finansowanie ryzykownych przedsięwzięć artystycznych jest najbardziej korzystne.
W dłuższej perspektywie czasu to ono zapewni inwestorowi sukces (pamiętając oczywiście o dywersyfikacji portfela).
Żeby wyostrzyć analogię przywołam jeszcze zjawisko inwestycji Venture Capital (jedna z odmian inwestycji Private Equity) , które polegają na inwestowaniu w firmę, we wczesnym stadium jej rozwoju (tzw. start-up), przed wejściem na giełdę. Czasami jest to inwestowanie w sam pomysł (czy, mówiąc z punktu widzenia pomysłodawcy, pozyskanie kapitału na realizację pomysłu).
Są to inwestycje wysokiego ryzyka, ale i zysk może przekraczać najbardziej optymistyczne oczekiwania. Znane i spektakularne przykłady pochodzą min. z branży informatycznej, żeby wymienić tylko Google czy Intela. Co ciekawe dla naszej analogii, ten kto inwestuje jest żywo zainteresowany i gotowy do pomocy „swojej” firmie, w którą zainwestował. Leży to bowiem w jego interesie.
Prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu można zwiększyć poprzez efekt skali, to znaczy inwestowanie w dużą liczbę przedsięwzięć. To po prostu zwiększa szanse na znalezienie swojego Google.
To kolejny trop, na który chciałem naprowadzić czytelnika. Nie tylko warto finansować ryzykowne przedsięwzięcia artystyczne, warto również finansować dużą ich liczbę na wczesnym stadium rozwoju.
Wyobraźmy sobie, że inwestujemy w spektakle, z czego 50% to kompletna klapa, 30% jest przeciętna, 15% da się określić jako dobre, wśród pozostałych bardzo dobrych 5% spektakli jeden objawił twórcę na miarę Kantora. Kto odnalazł tego „Kantora” pierwszy, wtedy gdy jeszcze nie był „Kantorem”, a dopiero się nim stawał – ten osiągnął sukces.
Przy czym nie chodzi tutaj o prosty mechanizm „szukania nowego Kantora”, czy „szukania nowego Szekspira” na przykład za pomocą konkursu z nagrodami. Przy takiej inwestycji nie wiemy nawet dokładnie czego szukamy. To jest właśnie ryzykowne, może być opłacalne i jest również piękne, jeśli mogę pozwolić sobie na wprowadzenie takiej z kolei estetycznej kategorii.
Nie byłoby, dajmy na to, zbyt dużym obciążeniem dla miasta aspirującego do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury „zainwestowanie” w dużą liczbę młodych twórców/potencjalnych twórców (poprzez stypendia i/lub stworzenie warunków twórczej pracy itp.). Młodych ludzi, którzy w 2016 roku będą świeżo po studiach, a obecnie na studia się wybierają. Jeśli kariery kilku z nich rozwiną się w czasie studiowania (co zdarza się w szkołach artystycznych) na miasto spłynie część splendoru.
Analogia jest, na co liczę, inspirująca i nie mam wątpliwości, że czytelnik rozwinie ją dalej na własny użytek. Może równie dobrze służyć jako analogia tworzenia repertuaru przez dyrektora teatru itp.
Chciałbym wskazać jeszcze na kilka istotnych dla mnie konsekwencji zaproponowanego modelu myślenia.
Jeżeli ktoś inwestuje np. w spółki z branży biotechnologicznej, nie oznacza to, że jest znawcą biotechnologii, a tym bardziej nie musi być jej miłośnikiem. Wystarczy, że dostrzega potencjalne korzyści wynikające z lokowania kapitału w tym sektorze.
W takiej perspektywie urzędnicy, prezydenci miast nie muszą być fanami awangardowej sztuki, nie muszą bywać na premierach, orientować się w artystycznych trendach itd. O ile finansują sztukę (i korzystają z wiedzy fachowców) wszystko jest w porządku. Dlatego zauważalna czasami wśród środowisk artystycznych nutka pogardy względem „nie znających się na sztuce” decydentów jest dla mnie niezrozumiała. Naturalnie nie mówię tu o przypadkach, w których za preferencjami estetycznymi czy ideologicznymi decydenta idą lub nie idą pieniądze. Chodzi mi raczej o myślenie typu: „W porządku: nie rozumiem, co Wy tam robicie i nie mam ochoty oglądać tych Waszych dziwnych działań, ale wiem, że to co robicie może przynieść korzyści mojemu miastu – i w jego promocji na zewnątrz i w jego wewnętrznym rozwoju.”
Inwestor nie musi ani lubić ani być znawcą tego, w co inwestuje, co oznacza również, że nie ingeruje w treść i formę działania. Jego opieka polega na tworzeniu sprzyjających warunków do rozwijania pomysłów (tworzenia). Wracając do metafory „efektów ubocznych” – te właśnie efekty interesują tego, kto daje kapitał (wartość rynkowa spółki biotechnologicznej, a nie np. transgeniczna kukurydza). Inwestor godzi się („wlicza w koszty”), między innymi, pewną liczbę przedsięwzięć nieudanych, długie okresy, gdy dany produkt ma niewielu odbiorców itp.
Wbrew takiemu myśleniu idzie jednak na przykład cały mechanizm finansowania kultury przez Unię Europejską, która stara się ingerować w treść (np. „szerzenie idei tolerancji”), w formę (koprodukcja z udziałem 6 partnerów z różnych krajów) oraz skalę (liczba odbiorców jako wskaźnik) przedsięwzięcia artystycznego. Frank Furedi w swojej książce „Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?” opisuje typ polityki kulturalnej (na przykładzie Wielkiej Brytanii), która bardzo inwazyjnie wkracza w formę i treść działalności artystycznej. Nie wspomnę już o, znanych każdej osobie zajmującej się kulturą, wypowiedziach polityków, radnych, urzędników, którzy za najważniejszą miarę działalności kulturalnej uznają wysokość wpływów ze sprzedanych biletów i liczbę widzów.
Można więc powiedzieć, „Piękna utopia, ale tylko utopia”. Warto jednak być zwolennikiem właściwej utopii (o czym pisałem wcześniej przy okazji utopii politycznych). Nie ma tutaj miejsca na przeprowadzenie dowodu, ale utopie, modele są istotne – bo kształtują rzeczywistość. Jak głosi konserwatywna obserwacja – idee mają konsekwencje.
W następnym wpisie – o niewidzialnej ręce sztuki.
Na początek krótkie przypomnienie, od końca sierpnia kontynuuję cykl wpisów pod hasłem „kilka elementarnych spostrzeżeń”. Zgodnie z zarysowaną na początku mapą:
pisałem już o Potrzebach
,w tej chwili omawiam Funkcje, następnie przejdę do kwestii związanych z Rynkiem.
Poprzednio skoncentrowałem się na pozaekonomicznych argumentach na rzecz finansowania teatrów ze środków publicznych, teraz proponuję zastanowić się nad argumentacją o zabarwieniu ekonomicznym. Argumenty będą ekonomiczne w tym znaczeniu, że będą odwoływały się do korzyści dających się opisać w języku gospodarki wolnorynkowej (czy, jeśli ktoś woli, kapitalizmu). W tej perspektywie banalne „opłaca się” nie musi koniecznie oznaczać „wpływu gotówki do kasy”, ale może odnosić się do bardziej subtelnych zjawisk jak „zwiększanie wartość marki”, „podnoszenie atrakcyjności inwestycyjnej” itp. Są to korzyści, które można wycenić (i robi się to), mają one jednak równocześnie wartość nie tylko księgową, lecz także wartość symboliczną (to skrót myślowy, ale jeśli zacznę go teraz rozwijać, to nie przejdę do rzeczy:).
Poprzednią argumentację starałem się prowadzić z punktu widzenia Państwa jako źródła dotacji, obecnie przyjmę perspektywę miasta/metropolii jako grantodawcy.
Z punktu widzenia zarządzania miastem utrzymywanie teatrów jest korzystne ponieważ:
– podnosi wartość marki
Nie chciałbym wchodzić głębiej w zagadnienia związane z zarządzaniem marką, przyjęło się jednak obecnie również miasta, regiony, Państwa opisywać w kategoriach marki, a co za tym idzie tworzyć i realizować strategie rozwoju marki, próbować rebrandingu (akurat w tym przypadku nie obejmującego zmiany nazwy) i tak dalej.
Na wartość marki składa się szereg elementów, teatr (czy szerzej kulturę) można potraktować jako jedną z części produktu-miasta. Jakość tej części (na przykład rozpoznawalność) może wpływać na podniesienie lub obniżenie wartości marki.
– jest oznaką statusu/prestiżu
Trudno mi podjąć decyzję, czy „teatr jako oznaka statusu” to tylko wyrażenie innymi słowami „podnoszenia wartości marki”, czy nazwa dla odrębnego zjawiska. Mam jednak wrażenie (które należało by zamienić w przekonanie), że są to dwie różne rzeczy.
Przyjmując metaforę, w której miasto jest np. bogatym biznesmenem, teatr byłby czymś w rodzaju zegarka Breitling Navitimer (ceny zaczynają się już od 14 tysięcy złotych) czy innego dobra luksusowego. Niby funkcjonalne (ten zegarek również pokazuje czas!), a jednak ostentacyjnie zbytkowne.
(W tym miejscu nie potrafię powstrzymać się do zauważenia, że gdyby zsumować wszystkie elementy, które nasz wyimaginowany biznesmen ma przy i na sobie, min. buty, teczka, spinki do mankietów, to otrzymalibyśmy po podliczeniu budżet przygotowania premiery teatralnej:)
Jeżeli komuś nie podoba się skojarzenie biznesowe może wyobrazić sobie miasto na przykład jako szczęśliwą rodzinę. Tutaj oznaką statusu byłby, dajmy na to, obraz wiszący w salonie, a jeżeli już nie sam obraz, to chociaż szykowna rama do tego obrazu.
Tak czy inaczej, korzystny dla miasta komunikat można by sformułować następująco: jesteśmy sprawnie zarządzanym, przyjaznym miastem, które może sobie pozwolić na galerie sztuki współczesnej, teatry, operę.
Opera zresztą jest bardzo dobrym przykładem, ponieważ w najwyższym stopniu reprezentuje zbytek.
Wydaje się, że w przypadku Opery dysproporcja między nakładem kosztów a liczbą wiernych odbiorców jest najbardziej znacząca.
Jest to symbol rozwoju i dobrobytu. Nie mogę tutaj nie przywołać ciekawej wypowiedzi Marka Weissa-Grzesińskiego, dyrektora Opery Bałtyckiej w Gdańsku, który słusznie przekonuje:
“Jak mówią Niemcy, miasto, w którym istnieje opera, ma wszystko. Opera jest zwieńczeniem cywilizacyjnych osiągnięć. Jeśli miasto ma operę, znaczy to, że ma też uniwersytet, politechnikę, ale także stadion i baseny. Pozornie jest najmniej potrzebna, bo zaspokaja najbardziej snobistyczne potrzeby, ale jakby wieńczy dzieło.”
Wracając do tematu, utrzymywanie teatrów jest korzystne ponieważ:
– podnosi atrakcyjność miejsca
Tutaj mechanizm jest prosty, teatr jako jedna z form zagospodarowania wolnego czasu (mówię językiem potrzeb, bo to jest blog o teatrze z punktu widzenia marketingu) wzbogaca miejską ofertę spędzania wolnego czasu – co wpływa na atrakcyjność miejsca. Atrakcyjność rozumianą jako czynnik osiedlenia się, ulokowania firmy/inwestycji, podjęcia studiów w danym mieście itp.
W sporządzonym przez PricewaterhouseCoopers raporcie na temat wielkich miast Polski za miarę potencjału rozwojowego miasta uznano stopień rozwoju siedmiu wyróżnionych kapitałów, wśród których obok kapitału technicznego i infrastrukturalnego, czy źródeł finansowania znalazł się również kapitał kultury i wizerunku. Autorzy raportu piszą: “Na wizerunek miasta w znacznej mierze wpływ ma jego aktywność w zakresie kultury wysokiej. Choć z usług kultury wysokiej korzysta zazwyczaj stosunkowo niewielki odsetek mieszkańców i gości, to właśnie znaczące wydarzenia kulturalne najłatwiej przebijają się do opiniotwórczych mediów i kształtują obraz miasta jako miejsca interesującego, atrakcyjnego i pociągającego.”
– wzmacnia kreatywność
W przeciwieństwie do wzmacniania atrakcyjności w tym przypadku mechanizm prosty nie jest. Żeby dobrze uzasadnić tezę o wzmacnianiu kreatywności trzeba by odwołać się do całej koncepcji przemysłów kultury, czy przemysłów kreatywnych. Należało by również wspomnieć o koncepcjach Richarda Floridy, który ukuł określenie “klasa kreatywna”. W ogromnym skrócie droga uzasadniania polegała by na wykazaniu, że wyraźna obecność sztuki (w tym teatru) w środowisku społecznym wzmacnia (na przykład przyciągając do miasta osoby kreatywne) potencjał twórczy tego środowiska.
Poprzez szereg subtelnych zależności wzmacnianie to idzie w poprzek branż: od ściśle artystycznych poprzez artystyczno-użytkowe po czysto użytkowe. Zapewne łatwiej uzmysłowić sobie te zależności na przykładzie sztuk wizualnych, designu, architektury, projektowania graficznego itp., gdzie występują powiązania formalne, warsztatowe, personalne.
Istnieje również sposób argumentacji, który odwołuje się do tego, że „sektor kulturalny” tworzy miejsca pracy i generuje przychody (w takim sensie, że, aby dojechać do teatru płaci się za taksówkę, po spektaklu idzie się do restauracji na kolację itp.). Takie rozumowanie odnaleźć można w dokumentach Unii Europejskiej poświęconych Funduszom Strukturalnym, popularne jest również na przykład liczenie, ile miasto może „zarobić” na przyznaniu tytułu Europejskiej Stolicy Kultury.
Efekt ekonomiczny istnienia kultury w sensie generowania przychodów i miejsc pracy niewątpliwie występuje i jest mierzalny. Nie przeceniałbym jednak znaczenia tego efektu.
W takiej perspektywie sztuka na starcie przegrywa np. ze sportem, czy wyborami miss, bo nie wygeneruje tak dużych przychodów.
Lepiej szukać takich dróg argumentacji, w których sztuka (teatr) jest niezastępowalna (nic tak nie wzmacnia kreatywności, nie da się inaczej okazać prestiżu itd.) Ponadto zwiększenie wartości marki produktu-miasta przez sztukę zawsze będzie nieporównanie wyższe (w wartościach finansowych – skoro mówimy o wycenie) niż wartość przychodów generowanych przez sztukę.
Nie kwestionuję jednak tego, że warto powoływać się na ten efekt przy dużych przedsięwzięciach kulturalnych.
Jeżeli ktoś, podczas lektury tego wpisu, miał ochotę przerwać mi i powiedzieć: „Chwileczkę, ale przecież nie o to chodzi w sztuce, żeby wzmacniała markę, podnosiła atrakcyjność miejsca i co tam jeszcze. Sztuka ma inne cele.” to miał całkowitą rację. Zgadzam się.
To co tutaj proponuję, to nie redukcjonizm tylko wprowadzenie innego poziomu opisu. Jeszcze lepiej można pokazać sposób na pogodzenie właściwych celów sztuki (a ponieważ nie jest to blog z teorii sztuki to nic na temat tych celów nie napiszę) z proponowanym tutaj praktycznym opisem przywołując metaforę „efektów ubocznych”. Wymienione wyżej efekty nie przynależą do istoty procesu twórczego, są efektami ubocznymi. Tak się dobrze składa, że akurat ta grupa efektów ubocznych jest pożyteczna.
Określenie efektów ekonomicznych (w pewnym stopniu również pozaekonomicznych)
mianem „efektów ubocznych” niesie istotne konsekwencje dotyczące zdefiniowania relacji między artystami a przedstawicielami władzy.
Tym tematem zajmę się w następnym wpisie, gdzie postaram się również przeprowadzić analogię pomiędzy finansowaniem kultury a inwestowaniem na giełdzie. Poza tym, niewykluczone, że pojawi się w tekście niewidzialna ręka sztuki.
Zgodnie z obietnicą przechodzę od razu do przedstawienia pozaekonomicznych argumentów na rzecz publicznego finansowania teatrów, rozwijając argumentację w kontekście metafory „umowy społecznej”.
Społeczeństwo umawia się z ludźmi tworzącymi teatr na to, że będzie z publicznych pieniędzy utrzymywało teatry dlatego, że:
– teatr jest miejscem debaty publicznej
Ponieważ społeczeństwo (liberalne) jest zainteresowane stwarzaniem możliwości realizowania różnych „projektów życiowych” (według innej terminologii: „realizowania różnych wizji dobrego życia”) jest gotowe angażować się (również finansowo) w tworzenie miejsc, instytucji, wydarzeń – gdzie różne modele życia, strategie mogą być testowane, prezentowane, odkrywane.
Ta ostatnia funkcja jest szczególnie ważna, dobrze jest „stwarzać możliwości” bo dzięki nim praktyki społeczne, idee mogą wzbogacić się o nowe elementy, które bez odpowiednich warunków miały by mniejsze szanse powstania lub nie miały ich wcale.
Nie mam na myśli tylko i wyłącznie „teatru jak przestrzeni debaty publicznej” w znaczeniu prezentowania określonych postaw światopoglądowych, politycznych itp. przy wykorzystaniu teatru jako „środka przekazu” (chociaż to również jest istotne). Chodzi także o bardziej niejednoznaczne formy, jak dopuszczanie do głosu grup/dyskursów marginalizowanych, prezentacja doświadczania świata z określonej perspektywy (genderowej, różnych orientacji seksualnych itp.).
Ważne dla debaty publicznej będzie również „oswajanie” społeczeństwa poprzez sztukę (teatr) z istotnymi wyzwaniami, np. tematyzacja problemu „obcego” w kontekście wielokulturowości społeczeństw.
Zasadami, którymi powinien rządzić się tak rozumiany teatr powinny być: różnorodność i wolność wypowiedzi. Można by tutaj kontynuować wątek szukając innych metafor: „laboratorium” społecznego (także modele dotyczące samego procesu tworzenia, organizacji wspólnot artystycznych kwalifikują się jako „testowanie modeli życia społecznego”), „prototypowni” – gdzie różne strategie życiowe mogą być oglądane (podglądane) i doświadczane (oczywiście w sposób zapośredniczony, co tylko zmienia typ doświadczenia, ale nie neguje jego wartości). Funkcje laboratoryjne dało by się poszerzyć o „testowanie” nowych sposobów komunikacji, gdzie nawet eksploracja możliwości nowych technologii będzie społecznie potrzeba (ten akurat związek jest bardziej widoczny w sztukach wizualnych).
Jeszcze jeden wymiar teatru jako miejsca debaty publicznej uzasadniać powinien konieczność jego utrzymywania (z publicznych środków). Otóż społeczeństwo liberalne może zachować żywotność jedynie podlegając nieustannej wewnętrznej krytyce. Jest to cecha dystynktywna tej utopii, przeświadczenie o tym, że programowo należy poddawać swoje przekonania rewizji. Teatr jest często jednym z narzędzi krytyki społecznej i to właśnie czyni go atrakcyjnym dla społeczeństwa.
Rozumiem, że trudno sobie wyobrazić polityków, którzy gotowi są wydać każde pieniądze, żeby istniały środowiska, które ich krytykują, ale taki właśnie mechanizm mam na myśli. Przy czym nie chodzi tutaj o traktowanie sztuki jako „wentyla bezpieczeństwa”, na zasadzie „niech tam sobie poszaleją w kontrolowanych warunkach, a my robimy swoje”.
Chodzi raczej o traktowanie artystów jako „partnerów dyskusji”, a może nawet jako „sumienia”.
Idea wygląda na odległą od rzeczywistości. Być może, ale dlaczego w takim razie w systemach wolnorynkowych (to nie są utopie, o których pisałem, co najwyżej niedoskonałe przybliżenia do utopii) tak mało jest sztuki apologetycznej dla systemu, a tak dużo sztuki wobec systemu krytycznej?
Kończąc przedstawianie tego argumentu przytoczę fragment rozważań współczesnego filozofa polityki Willa Kymlicki, zdaniem którego dla liberalizmu „nieodzowny jest również taki kontekst kulturowy, który pozwoli jednostkom uświadomić sobie istnienie różnych wizji dobrego życia oraz nabyć umiejętność rozsądnej oceny tych wizji. Dlatego liberalizm tradycyjnie troszczył się o edukację, wolność słowa i prasy, swobody twórcze itd. Dzięki tym wolnościom możemy ocenić to, co wartościowe w życiu, w jedyny dostępny nam sposób – tzn. poznając rozmaite aspekty wspólnego kulturowego dziedzictwa.” (Willa Kymlicka, Współczesna filozofia polityczna, Kraków 1998, s. 227-228)
(Tym, którzy chcieliby szybko przyłożyć to zdanie do polskiej rzeczywistości i stwierdzić jego oczywistą nieprzystawalność do realiów przypominam, że nigdzie nie pisałem jaki system polityczny panuje obecnie w Polsce.)
W proponowanym przez Kymlickę rozumieniu liberalizmu do krótkiej listy rzeczy, które należy finansować ze wspólnych składek obok tak oczywistych jak siły zbrojne i policyjne pojawiają się również takie działania (i instytucje), które tworzą warunki zaistnienia pełnego „kontekstu kulturowego” – jak go nazywa Kymlicka, a co tutaj określałem jako „debata publiczna”.
Teraz, już krócej, przejdę do pozostałych dwóch argumentów, które właściwie są rozwinięciem pierwszego.
– teatr wzmacnia kompetencje kulturowe
Cytowany wyżej Kymlicka pisze o „nabyciu umiejętności rozsądnej oceny tych wizji (dobrego życia)”.
To również bardzo ważna (warta przyznania dotacji) funkcja teatru, w której mniej chodzi o treść, bardziej o wyrabianie wrażliwości. Doświadczanie teatru (czy innej dziedziny sztuki) składało by się w tej perspektywie na zestaw kompetencji kulturowych, które są potrzebne obywatelowi. Można tutaj mówić o swego rodzaju funkcji edukacyjnej, ale nie w sensie przekazywania treści lecz wyrabiania umiejętności (oceny, refleksji).
Realizowanie potrzeby „zastanowienia się nad swoim życiem” w teatrze (o którym pisałem wcześniej w innym kontekście) byłoby przejawem „nabywania umiejętności oceny różnych wizji dobrego życia”.
– teatr wzmacnia wspólnotę
Pewien rodzaj wspólnoty jest warunkiem koniecznym istnienia społeczeństwa (nawet, jak to się zwykło określać, „indywidualistycznego”). Miejsca, gdzie następuje manifestacja bezinteresownej wspólnoty powinny być zatem dla społeczeństwa szczególnie cenne. Jednym z takich miejsc jest teatr i to niezależnie od „ciężaru gatunkowego” prezentowanych spektakli. W tym miejscu możemy szukać uzasadnienia dla dotowania nawet tzw. „lżejszych form sztuki” dlatego, że jednoczą one ludzi w jednym celu, który jest bezinteresowny (w takim sensie, w jakim bezinteresowne jest doświadczanie sztuki).
Nie stoi to w sprzeczności z wcześniejszymi wpisami dotyczącymi realizowanych w teatrze potrzeb, bo tam poziom opisu był marketingowy, tutaj perspektywa jest inna.
„Wzmacnianie wspólnoty” jest szczególnie istotne dla społeczeństwa liberalnego, które nie opiera się na spoiwach typu więzy narodowe czy religijne. To co pozostaje takiemu społeczeństwu to właściwie idea wolnościowa i kontekst kulturowy będący jej przejawem. Idea wolnościowa jest mało atrakcyjna w sensie emocjonalnym, może dlatego właśnie kultura jest tak ważna (jako dziedzina mniej poznawcza).
Zarysowany wyżej typ argumentacji niewątpliwie można rozwinąć i wzbogacić (jak również namiętnie krytykować), mam jednak nadzieję, że ogólna idea została jasno przedstawiona.
Czy ta linia argumentacji może mieć praktyczne konsekwencje? Z pewnością tak, wystarczy zauważyć, że idea „zachowania dziedzictwa kulturowego” z naciskiem na „zachowanie” nie kwalifikuje się do traktowania jako wyjątkowo ważny cel, który warto finansować. Chyba, że mowa o wsparciu „jednej z wielu tradycji”.
Czy czytelnicy nie mają wrażenia, że odeszliśmy daleko od tematu „sprzedawania biletów do teatru”? Tylko pozornie. Przytoczę na zakończenie przeczytaną dzisiaj, w artykule poświęconym zarządzaniu, anegdotę o trzech kamieniarzach. Otóż zapytano ich, co robią. Pierwszy odpowiedział: „Zarabiam na życie”, drugi: „To co robię, to jest kamieniarstwo na najwyższym poziomie”. Trzeci kamieniarz odpowiedział: „Buduję katedrę”.
Zdecydowanie wolę budować katedry.
Ostatnio pisałem o teatrze z punktu widzenia kluczowej dla marketingu kategorii „zaspokajania potrzeb”. Teraz zmienię perspektywę i spojrzę na teatr z perspektywy ekonomii i zarządzania na poziomie lokalnym (miasto) i państwowym.
Nieco inaczej niż proponowałem w mapie myśli (bo, jak wspominałem, zdaje sprawę z procesu myślowego, który dzieje się „tu i teraz”) zarys odpowiedzi na pytanie „Dlaczego należy wydawać publiczne pieniądze na teatr?” podzielę na dwie części:
1. pozaekonomiczne argumenty na rzecz finansowania teatru ze środków publicznych
2. ekonomiczne argumenty na rzecz finansowania teatru ze środków publicznych
Tym dwóm typom argumentacji chciałbym przyporządkować dwie metafory/modele: w przypadku argumentów pozaekonomicznych inspirujący jest dla mnie model „umowy społecznej”, w argumentacji ekonomicznej „efektów ubocznych”.
1. pozaekonomiczne argumenty na rzecz finansowania teatru ze środków publicznych
Można zaryzykować tezę, że obecnie funkcjonujący model finansowania teatrów ze środków publicznych trwa „siłą rozpędu”. Wśród wielu istotnych debat dotyczących finansowania służby zdrowia, uczelni wyższych, reformy telewizji publicznej, restrukturyzacji górnictwa itp. problem teatrów jest problemem marginalnym. I to zarówno jeśli chodzi o przeznaczane na niego środki budżetowe (w odniesieniu do całości budżetu Państwa), jak i liczbę pracowników (kilka tysięcy osób – chociaż nie spotkałem się z danymi na temat całkowitej liczby osób pracujących w „branży teatralnej”) i odbiorców (kilkaset tysięcy, może około miliona – niestety również nie odnalazłem zbiorczych danych, tak czy inaczej nieporównanie mniej, na przykład, w stosunku do ogólnej liczby widzów telewizyjnych).
Uwaga opinii publicznej nie skoncentrowała się zatem nigdy na szukaniu odpowiedzi na pytanie „dlaczego właściwie teatr jest finansowany z naszych podatków”? Trzeba podkreślić, że w obecnym systemie dotowania mamy do czynienia w zasadzie z pełnym finansowaniem, a nie dofinansowywaniem. Nie mówimy tutaj o proporcji 50-50 czy 40-60.
Wielokrotnie, gdy znajomi pracujący „w sektorze komercyjnym” rozpoczynają ze mną rozmowę o teatrze, jednym z pierwszych „dyżurnym tematów” jest temat finansowania teatru i opłacalności ekonomicznej prowadzenia teatru. Moi rozmówcy zdają sobie sprawę z tego, że teatr jest dotowany (nie kwestionują również tego, że powinien być dotowany), ale gdy dowiadują się, jak nikły, z punktu widzenia prowadzenia biznesu, procent przychodów teatru stanowią przychody ze sprzedaży biletów zawsze są wysoce zdumieni. Każda z tych rozmów, gdy uświadamiam w jakim stopniu dotowany jest pojedynczy bilet, kończy się pełnym niedowierzania „AŻ TYLE???”.
Dla mnie inspirujący w szukaniu odpowiedzi na pytanie „Czy wydawać publiczne pieniądze na teatr i dlaczego aż tyle?” jest, zaczerpnięty z filozofii polityki, model „umowy społecznej”. Model we współczesnej wersji filozofa Johna Rawlsa, gdzie umowa społeczna nie jest rozumiana jako akt prawny, czy rzeczywista praktyka (wynik debaty, zbiór postanowień). Umowa społeczna w tym rozumieniu jest konstrukcją teoretyczną (czy też eksperymentem myślowym), który ułatwia normatywną odpowiedź na pytanie „dlaczego ludzie umawiają się ze sobą, że pewne zasady będą obowiązywać”. U Rawlsa chodzi głównie o to, jak uzasadnić wydatki socjalne Państwa. Tutaj model posłuży do uzasadniania wydatków Państwa na teatr. (Wszystkich specjalistów z zakresu filozofii polityki przepraszam za uproszczenia).
Kwestie publicznego dotowania teatrów chciałbym zatem postawić w ten sposób: na co właściwie umawiają się ludzie, którzy płacą podatki z ludźmi, którzy tworzą teatr?
Dlaczego finansowanie teatrów ma być częścią umowy społecznej, która uzasadnia również utrzymywanie publicznej policji, służby zdrowia, instytucji pomocy społecznej itd.
W tym miejscu nieuniknione staje się wskazanie na moje założenia, które tkwią u podstaw rozumowania.
Jestem zwolennikiem utopii liberalnej. Oznacza to, że gdybym miał wybierać wśród utopijnych modeli społecznych, taki w którym chciałbym żyć, to zdecydowałbym się na model liberalny. Nie wybrałbym utopii socjalistycznej, konserwatywnej, anarchistycznej, etatystycznej…
To jest ostrożny pogląd, ponieważ nie wchodzę w tym momencie w ocenę obecnie funkcjonujących systemów politycznych.
Dla rozważań na temat teatru oznacza to tyle, że de facto szukał będę „liberalnych argumentów na rzecz publicznego finansowania teatrów”. Na dodatek, będą one „pozaekonomiczne”, co w pierwszej chwili może wydać się dziwne.
No cóż, problem postawiony, założenia (przynajmniej ich część) obnażone. Czas przejść do argumentacji, ale to już w następnym wpisie:)
Dzisiaj proponuję spojrzenie na działalność teatru od nieco innej strony niż zazwyczaj. Nie od strony spektakli – ich formy, treści, wartości artystycznej. Nie od strony podziałów na teatr komercyjny, niekomercyjny, awangardowy, polityczny itp. itd. Nie chciałbym również szukać odpowiedzi na pytanie: kto chodzi do teatru.
Mój punkt widzenia jest inny – interesuje mnie to, jakie potrzeby zaspokajają ludzie, którzy wybierają się do teatru na spektakl. Skoro poświęcają swój czas, wydają pewną sumę pieniędzy i podejmują wysiłek związany z wyjściem z domu (co nie jest takie proste, gdy na przykład trzeba pokonać dystans 40 km lub zorganizować na ten czas opiekę nad dzieckiem) – to znaczy, że muszą mieć konkretny powód wizyty w teatrze.
Na dodatek dokonują wyboru (konsumenckiego), nie poświęcając tego czasu na szeroki wachlarz innych alternatywnych czynności, nie wydają tej sumy pieniędzy na coś innego (a jak wiadomo pieniądze są zasobem ograniczonym).
Za tymi, niewinnymi z powodu rozważaniami, kryję się nawiązanie do „marketingowej rewolucji”, czyli przejścia od orientacji produktowej, poprzez sprzedażową do orientacji marketingowej. W dużym uproszczeniu: od koncentrowania się na produkcie/produkcji, przez „okres przejściowy” skupienia się na sprzedaży, aż do postawienia na pierwszym miejscu zaspokajania potrzeb i oczekiwań klienta. Obecnie, w gospodarce wolnorynkowej żyjemy w „złotej erze” zorientowania na potrzeby klienta. Badania rynku, zalew nowych produktów, ich różnorodność, wielkie budżety i sztaby ludzi pracujące np. wyłącznie nad tym, że moja myszka do komputera była coraz bardziej funkcjonalna i „designerska” – to właśnie przejawy tej orientacji. [W tym miejscu abstrahuję od wątków „krytyki neoliberalizmu” i tezy, że marketing nie odkrywa, lecz kreuje potrzeby. Jeśli ktoś jest zainteresowany takimi wątkami, proszę o sygnał – z radością pozwolę sobie na taki off topic].
Co to może oznaczać dla teatru? Może oznaczać, między innymi (poza praktycznymi implikacjami dla struktury organizacyjnej teatru itp.) spojrzenie na teatr nie od strony produktów/spektakli, tylko od strony potrzeb widzów. To coś więcej niż spojrzenie, od strony widzów w sensie identyfikowania poszczególnych grup społecznych, typu: inteligencja, młodzież. To bardzo ważne, bo w tym momencie oderwaliśmy się już od sposobu myślenia, który opisywałem wcześniej na przykładach wypowiedzi ludzi teatru (wpisy w kategorii „o widzach”).
W obecnej perspektywie ten sam człowiek (reprezentant danej grupy społecznej) na tym samym spektaklu (o określonej formie i treści) może zaspokajać różne potrzeby (innymi słowy: istnieje wiele możliwych przyczyn, które spowodowały jego wizytę w teatrze).
Czas na sprecyzowanie pojęć „potrzeba” i „produkt” w ich marketingowym sensie. Potrzeba to inaczej odczuwany przez klienta brak, który należy uzupełnić. Realizacja potrzeby to przejście od stanu braku satysfakcji do stanu satysfakcji (jeśli mogę sobie pozwolić na taki lekko cybernetyczny nalot myślowy).
Zaspokojenie głodu jest najprostszym przykładem. Ale w systemie gospodarki wolnorynkowej chodzi przede wszystkim o potrzeby konsumpcyjne typu: podkreślenie statusu (markowe rzeczy), przynależności do grupy, podkreślenie cech swojej osobowości itp.
Nie kupuję produktu, kupuję wartość, którą ten produkt ze sobą niesie – kupuję zaspokojenie mojej potrzeby.
W tym sensie produkt jest to prostu sposobem zaspokojenia potrzeby. Może to być równie dobrze jak przedmiot, np. usługa: wycieczka, porada psychologiczna,… spektakl.
Teraz postaram się zbudować model, w którym wyróżnię typy potrzeb i typy produktów/spektakli i opiszę relację zachodzące miedzy potrzebami a produktami.
Przyjmijmy ogólny podział potrzeb (w kontekście teatru) na:
1. potrzeby rozrywkowe
2. potrzeby artystyczne
Do potrzeb rozrywkowych zaliczają się, między innymi, potrzeby:
– odpoczęcia po ciężkiej pracy („idę do teatru, żeby się trochę oderwać od codzienności – wzruszyć się, pośmiać”)
– spędzenia czasu ze znajomymi (potrzeba wspólnoty) („w weekend idziemy ze znajomymi do teatru, potem na kolację”)
– podkreślenia swojego statusu („jestem osobą oryginalną, nie lubię hollywoodzkich filmów, interesuję się teatrem i performance”) – ta potrzeba może nie być do końca uświadomiona, ale wydaje mi się, że istnieje naprawdę
występują również bardzo mocno skonkretyzowane potrzeby:
– okazania, że bardzo mi na kimś zależy („zabieram dziewczynę na randkę do teatru, jesteśmy już na następnym etapie znajomości”:)
– ciekawość, potrzeba obcowania z ludźmi sławnymi („ciekawe też jak ten aktor z serialu x wygląda z bliska). Wątpiących zapewniam, że to autentyczna i wcale nie tak rzadka motywacja do wizyty w teatrze.
– zorganizowania gościom czasu wolnego („przyjechała do nas rodzina ze śląska, chcieliśmy z nimi gdzieś pójść wieczorem, akurat coś grali w teatrze”)
Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś zarzucił mi, że zbytnio poszerzam znaczenie terminu „rozrywkowy”. Może to i racja, ale gdyby wprowadził podział na potrzeby: „artystyczne” i „nie-artystyczne” osoby ciężej znoszące specjalistyczny żargon mogłyby tego nie wytrzymać.
Kontynuując, do potrzeb artystycznych zaliczają się, między innymi, potrzeby:
– doznania przeżycia estetycznego (jakkolwiek je zdefiniujemy)
– dokonania refleksji nad swoim życiem w oparciu o dzieło sztuki (odniesienie treści do swojego życia)
– doznania przeżycia nie tyle estetycznego, co egzystencjalnego – dotknięcie archetypu (mity, walka dobra ze złem), czy też konfrontowanie się z sytuacjami granicznymi (poprzez ich reprezentację w dziele sztuki).
Ponieważ nie chciałbym wypływać na szerokie wody filozofii i nauk humanistycznych, nie będę rozwijał opisu potrzeb artystycznych, licząc na to, że idea podziału jest zrozumiała. (również tutaj definiuję „artystyczna” trochę inaczej niż powszechnie, może nawet powinienem używać terminu „duchowa”).
Teraz wróćmy na chwilę do produktów/spektakli i również wprowadźmy podział na:
1. produkty rozrywkowe
2. produkty artystyczne
Jest to podział ze względu na cechy produktów/spektakli. Intuicyjnie łatwo ten podział zrozumieć, ale gdyby się nad nim głębiej zastanowić, na pewno okaże się problematyczny. Z pewnością mogą występować kłopoty z kwalifikowaniem poszczególnych spektakli.
Obok tego kryterium wewnętrznego (to znaczy odwołującego się do wewnętrznych cech spektakli) można stosować inne kryteria podziału, na przykład instytucjonalne: czy produkt jest z teatru prywatnego czy publicznego. Dla naszych rozważań jest to kryterium mniej istotne.
Na marginesie, nie można już mówić w Polsce o pokrywaniu się tych kryteriów, to znaczy:
1. spektakle artystyczne – teatr publiczny
2. spektakle rozrywkowe – teatr prywatny
Teatr Polonia jest najbardziej znanym przykładem obalającym takie rozumowanie, w swoim repertuarze ma zarówno spektakle artystyczne jak rozrywkowe (jak i te, które trudno zaklasyfikować:). Powszechnie wiadomo również, o czym gorąco niegdyś dyskutowano, że teatry publiczne miewają w swoich repertuarach czyste gatunkowo spektakle rozrywkowe.
Wracając do rzeczy, skoro mamy już dwie pary podziałów, czas na zależności między nimi. Dobre zrozumienia tych zależności stanowi dla mnie podstawę myślenia o widowni teatralnej w sensie marketingowym. Uwaga, osoby uczulone na analityczne rozumowanie, proszę o głęboki wdech:)
Możliwe są następujące zależności:
1. produkt rozrywkowy realizuje potrzebę rozrywkową
2. produkt rozrywkowy realizuje potrzebę artystyczną
3. produkt artystyczny realizuje potrzebę artystyczną
4. produkt artystyczny realizuje potrzebę rozrywkową
Jeżeli spojrzymy na rynek usług kulturalnych w aspekcie potrzeb, linie podziałów będą przebiegały zupełnie inaczej niż to się na pozór mogłoby wydawać.
W tej perspektywie nie występują proste zależności typu, do multipleksów chodzą ludzie spragnieni rozrywki, do teatru chodzą ludzie ambitni (jak mówi profesor Janusz Górski, ludzie których „przywiodła potrzeba ducha, chęć zrobienia czegoś dla własnego rozwoju).
Nie można powiedzieć, że wszystkie filmy „hollywoodzkie” to czysta rozrywka, przemysł. Jako produkt może tak. Jako proces (system producencki, wysokie nakłady na marketing) – zapewne również.
Ale od strony potrzeb – niekoniecznie.
Nie wątpię, że każdy po krótkim zastanowieniu znajdzie przykłady potwierdzające wskazane powyżej zależności.
Kontrowersyjne są punkty 2 i 4. Jeżeli ktoś czuje niedosyt podanych przykładów, proszę o informację – będę wtedy obszernie dowodził, że oglądając „Gwiezdne Wojny” można partycypować w archetypicznej walce dobra ze złem, oglądając „Raport mniejszości” mieć przeżycia estetyczne, a „Magda M.” może okazać się pomocą w podjęciu ważnej życiowej decyzji.
Czas na kilka wniosków – co wynika z tych zależności:
1. Intencje twórców nie zawsze (a właściwie rzadko) są zgodne z intencjami odbiorców.
To jest moim zdaniem głównie źródło rozziewu pomiędzy tym, co ludzie teatru myślą o widowni, a tym jaka ona jest naprawdę. Ludzie teatru zakładają, że widzowie przychodzą do teatru realizować swoje potrzeby artystyczne. Tymczasem na widowni siedzą przemieszani ze sobą widzowie realizujący potrzeby artystyczne z widzami realizującymi potrzeby rozrywkowe. I nie ma to żadnego związku z ich wykształceniem, wiekiem, poziomem dochodów, płcią itd.
Nauczycielka czytująca Dostojewskiego do poduszki, może akurat wybrać się do teatru z mężem, żeby się „rozerwać” po ciężkim tygodniu pracy.
Tak samo jak operator wózków widłowych może znaleźć się na spektaklu, bo firma dała mu bilet w pakiecie świątecznym i przypadkiem opowiedziana na scenie historia bardzo go poruszy i osobiście dotknie.
Trudno określić, jaki może być „rozkład procentowy potrzeb” na widowni, 20 do 80?, 10 do 90?, naturalnie na rzecz potrzeb rozrywkowych.
Jest to dość smutna dla ludzi teatru prawda i nie wiem jak radzą sobie z tym aktorzy i reżyserzy, jak wytrzymują to psychicznie. Jak w tej sytuacji może czuć się reżyser, który pragnął ironicznie nawiązać do klasycznego dzieła literatury europejskiej wykorzystując cytaty z twórczości uznanego reżysera x i nawiązując do tradycji intelektualnej francuskiego poststrukturalizmu. Tymczasem ludzie i tak chodzą na jego spektakl, bo na przykład „ciocia przyjechała” lub „w zeszłym tygodniu byliśmy na kręglach, w tym idziemy do teatru”, „tam gra ta fajna aktorka, z serialu y”.
Podobnie aktor, starannie budujący rolę, który gra później dla pary, która jest na randce i skupia sie raczej na trzymaniu się za ręce i zastanawianiu co dalej, niż odczytywaniu niuansów stworzonej przez aktora roli.
Bo ile, na przykład w średniej wielkości mieście, można odnaleźć osób, które naprawdę nie myślą o niczym innym jak o tym, żeby zobaczyć jak na scenie „refleksja nad estetyzacją życia codziennego spotyka się z refleksją nad granicami manipulacji w celu osiągnięcia jak najintensywniejszego przeżycia u odbiorcy sztuki”? (Cytat autentyczny. Nie podaję jego źródła, ponieważ krytykowanie, czy ośmieszanie takiego stylu pisania o teatrze nie jest wcale moim zamiarem. Ja chcę tylko wskazać, że „tak opowiadany teatr” znajdzie niewielką liczbę odbiorców – czego zresztą również nie wartościuję).
2. Sektor komercyjny pozwala na realizację potrzeb artystycznych
Po raz kolejny muszę zastrzec, że „artystycznych” jest tutaj specyficznie rozumiane. Ta konstatacja posiada, nieprzewidywalne dla mnie samego, jak wspominałem w poprzednim poście, konsekwencje. Oznacza to, że z punktu widzenia zaspokajania potrzeb utrzymywanie publicznie dotowanej sztuki nie jest konieczne. Widać to wyraźnie w branży filmowej, gdzie oferta sektora komercyjnego jest bardzo zróżnicowana.
Bez dotacji pewne formy sztuki z pewnością nie przetrwają, ale z perspektywy zaspokajania potrzeb – nie ma to znaczenia. W związku z tym, może trzeba szukać innych argumentów za dotowaniem sztuki, czym zajmę się później (okazuje się, że jednak istnieje powiązanie takich, wydawało by się odległych, kategorii jak „potrzeba”, a „finansowanie sztuki”).
3. „Sprzedawca kultury” ma do czynienia w swojej codziennej pracy z potrzebami klientów.
„Cechy produktu” przesądzające o jego artystycznym charakterze mogą mieć znaczenie drugorzędne dla jego sprzedaży (o ile spektakl nie jest tak hermetyczny, że mówiąc potocznie „nie da się go oglądać”).
Na równym poziomie może się sprzedawać spektakl z fatalnymi, jak i dobrymi recenzjami. To naturalnie również zła wiadomość dla twórców, którzy intuicyjnie pozostają wierni przekonaniu, że „ludzie przychodzą, bo jesteśmy dobrzy”. Nie kwestionuję tego przekonania, chcę tylko pokazać, że rzeczywistość jest bardziej złożona.
W tej perspektywie sprzedawca nie myśli o tym, kogo by tu jeszcze ściągnąć do teatru, tylko, jakie są jeszcze powody chodzenia do teatru. Jak wzmocnić tendencję, jak wykorzystać trendy.
Nie może koncentrować się jedynie na grupie docelowej ściśle zdefiniowanej, w takim kształcie, jak może ją sobie wyobrażać twórca. Na przykład nie może poświęcać zbyt wiele czasu na wyszukiwanie koneserów współczesnej niemieckiej dramaturgii, bo po pierwsze wystarczy ich na wypełnienie jednej widowni (w wariancie optymistycznym), a poza tym, jeśli są koneserami – i tak przyjdą. W ich przypadku „marketing” ogranicza się do sprawnej dystrybucji informacji o spektaklu, nie musi być „perswazyjny”. Tym co interesuje sprzedawcę, są rzesze ludzi którzy „nie wiedzą, co zrobić z wieczorem”. O nich należy walczyć.
Ktoś może, słusznie, zauważyć, że powinno się również dbać o tworzenie nowych „koneserów współczesnej niemieckiej dramaturgii”. Oczywiście, że tak, ale to już w ramach działań długofalowych, o charakterze mieszanym, już nie czysto marketingowym.
Będę o tym pisał szerzej w kolejnych wpisach, ale już teraz chciałem zauważyć, że teatr ma nikłe szanse na wytworzenie „mody” na dany spektakl, nazwisko – tylko za pomocą reklamy – a to ze względu na ograniczony budżet. To co w środowisku teatralnym określa się jako „wykreowane mody”, w perspektywie marketingowej (przełożenia na sprzedaż) nie ma istotnego znaczenia.
Sprowokowanym wnioskiem nr 2, w następnym wpisie zajmę się szerzej zagadnieniem finansowania teatru. Dlaczego właściwie należy wydawać publiczne pieniądze na teatr?
Nietrudno zauważyć, że ten blog nie jest internetowym dziennikiem typu: „dzisiaj rano, gdy piłem wspaniałą, aromatyczną kawę i obserwowałem przez okno ludzi spieszących do swych zajęć przyszedł mi do głowy pewien pomysł…”.
W blogu dzielę się określonym już zbiorem obserwacji i przekonań. Odnoszą się one w pierwszej kolejności do dramatycznych teatrów repertuarowych finansowanych ze środków publicznych (brzmi okropnie, ale takie sprecyzowanie przedmiotu pozwoli na uniknięcie ewentualnych nieporozumień). Co nie znaczy, że niektóre fragmenty rozważań nie będą pasowały również do innych form teatru.
Kilka zagadnień ma dla mnie elementarne znaczenie, dlatego omówię je na początku w serii kolejnych wpisów. Poniższa mapa myśli wymienia te zagadnienia i ich relacje (mapę można otworzyć w nowym oknie przez kliknięcie).

Być może na pierwszy rzut oka nie widać związku między tymi zagadnieniami, ale również temu służą mapy myśli – wychwytywaniu nieoczywistych powiązań:)
Nie zamierzam zdawać wyłącznie sprawozdania z tego co już zaobserwowałem i co przemyślałem. Rekonstruując swoje poglądy na potrzeby tego bloga, będę równocześnie szedł dalej w niektórych rozumowaniach, wyciągał wnioski, których wcześniej nie wyciągałem, dostrzegał powiązania, których wcześniej nie dostrzegałem.
Już teraz, przygotowując się do kilku elementarnych spostrzeżeń, przeczuwam, że nie wiem do końca – gdzie mnie one zaprowadzą:) Mam nadzieję, że to odczucie intelektualnego poszukiwania udzieli się również czytelnikowi.
Nie, to nie jest kolejny chwytliwy tytuł, który ma za wszelką cenę intrygować i zachęcać do czytania, nawet, jeśli jest słabo związany z treścią. To są publicznie wypowiedziane słowa dyrektora teatru dużego miasta, który opowiada o nowym festiwalu teatralnym.
Tym samym wracam do tematu, który otwierałem w pierwszym wątku , a który dotyczy wypowiedzi dyrektora Teatru Nowego w Łodzi Zbigniewa Brzozy o teatrze dla inteligencji. Dyrektor Brzoza nie dał na siebie długo czekać i ponownie wypowiedział się o widowni, tym razem w kontekście I edycji festiwalu „Przyjaciele Nowego wychodzą na ulicę”.
W wypowiedzi dla łódzkiego Expressu Ilustrowanego Brzoza mówi tak: „Mam nadzieję, że festiwal się rozrośnie, ale jedno jest pewne: będzie kierowany do inteligencji. Prostakom wara. To będzie twórczość, a nie tania rozrywka.”
W trzech zdaniach, aż dwie zidentyfikowane przeze mnie wcześniej strategie dyrektorskie: określanie pożądanej widowni przez negacje, wskazanie na bliżej nieokreśloną widownię inteligencką.
Najciekawsze w tej wypowiedzi jest bezpodstawne użycie konfrontacyjnego języka. Nie jesteśmy w środku kulturowej wojny, w czasie której prostaccy zwolennicy taniej rozrywki nawołują wszem i wobec do niszczenia przejawów twórczości, a inteligenci muszą chyłkiem przemykać wieczorami do teatru. Owszem są ludzie, którzy nie chodzą do teatru. Jest ich nawet sporo. Wśród nich są tacy, którzy świadomie dokonali takiego wyboru. Są zapewne i tacy, którzy preferują tanią rozrywkę (lub drogą). Ale żadne z tych zjawisk nie uprawnia agresywnego tonu Zbigniewa Brzozy.
Wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia i nie potrafię zrozumieć, jak artyści, którzy wydawało by się, powołani są między innymi do tego, żeby dostrzegać złożoność i niejednoznaczność świata, gdy przyjdzie do opisywania publiczności nie potrafią wznieść się ponad stereotypy i uprzedzenia.
Co bowiem powiedziałby Zbigniew Brzoza na to, że prawdopodobnie większość widowni teatralnej jest zarówno konsumentami „twórczości”, jak i „taniej rozrywki”. Zapewne sami twórcy (aktorzy, reżyserzy) bywają konsumentami „taniej rozrywki”. Dla mnie nic w tym złego, bo na fotelach teatralnych nie siedzą „typy idealne” inteligenta, mieszczanina, burżuja itp. tylko konkretne jednostki, w całej ich złożoności.
Druga zdumiewająca rzecz to akceptacja środowiskowa dla takiego języka (chyba, że się mylę i jutro przeczytam jakąkolwiek reakcję publiczną na tę wypowiedź). Załóżmy, że w ten sposób na temat elektoratu innej partii wypowiedział się polityk. Oczywiście, nacechowane negatywnie wypowiedzi o elektoratach się zdarzają, ale zawsze powodują reakcję, protesty, dyskusję – są naruszenie normy.
Bo Broza nie mówi źle o „partii” – producentach taniej rozrywki, on mówi wprost o „elektoracie” – odbiorcach.
W sferze biznesu również trudno szukać lekceważącego tonu w wypowiedziach o klientach kupujących inne produkty. Oczywiście mówi się źle np. o produktach konkurencji, ale nie o samych klientach. Być może z czysto praktycznego powodu, oni mogą przecież stać się naszymi klientami, dlatego nie należy ich obrażać.
Widocznie Zbigniew Brzoza nie ma takiego nawet praktycznego problemu. Po prostu jego festiwal nie jest „dla prostaków”, nawet gdyby tego chcieli.
Można też przeprowadzić inną analogię i stwierdzić, że festiwal Brzozy jest „dobrem luksusowym”, z „wyższej półki” (jak ekskluzywna restauracja, marka samochodowa Lexus itp.), a „tania rozrywka” to fast-foody, tanie marki samochodowe itp. Przy takim podziale również nie spotkałem sie z lekceważącymi wypowiedziami przedstawicieli „drogich marek”, o osobach kupujących „tanie marki”. Każdy z produktów jest dla innego odbiorcy i nie ma potrzeby tego podkreślać.
Jak widać z wypowiedzi dyrektora Teatru Nowego w świecie teatralnym taka potrzeba istnieje.
Przypomina mi to nieco czasy liceum, w której np. budowało się swoją tożsamość fana hard-core’a w opozycji do „tych co chodzą na dyskoteki”. Skoro teatr inteligencki musi budować swoją tożsamość w opozycji do „prostaków” to widocznie są tego powody, chociaż sądziłem, że z tego się wyrasta.
Możliwe jest jeszcze odczytanie myśli Brzozy jako zamierzonego chwytu pr-owego. Dzięki takim wypowiedziom staje się wyrazisty, kontrowersyjny. Byłoby by jednak naśladowanie najgorszych wzorców marketingu politycznego lub kontrowersyjnych kampanii marketingowych typy „Nie dla idiotów” Media Markt’u.
Chyba że ta wypowiedź jest prozaicznym przykładem na nieobycie z mediami. Dyrektor Brzoza myślał, że wypowiada się dla dziennikarza „nieoficjalnie”, a ten w całej rozciągłości zacytował jego słowa.
Gwoli sprawiedliwości przytoczę cytat raz jeszcze w pełnym kontekście i podzielę się z czytelnikami lekcją, jakiej się nauczyłem czytając tekst Brzozy:
„Tak się cieszę, że tyle inteligentnej publiczności się w Łodzi ujawniło. Dla takiej chcę robić teatr, by Nowy takim właśnie odbiorcom odpowiadał, integrując ich. To jest publiczność, którą na rękach bym do teatru zanosił. Jakie będą przedstawienia i że koncerty muszą się udać to ja wiedziałem przed festiwalem. Ten był organizowany na gorąco, ale na przyszły rok już pewne propozycje są zaplanowane. (…) Mam nadzieję, że festiwal się rozrośnie, ale jedno jest pewne: będzie kierowany do inteligencji. Prostakom wara. To będzie twórczość, a nie tania rozrywka.”
Przyjmowałem założenie, że ludzie teatru tworzą swoje „teorie widza idealnego”, które czasami nie przystają do rzeczywistości. Nie doceniłem jednak tego, że życzliwa rzeczywistość, w krótkim czasie jest zdolna potwierdzić dowolną teorię dyrektora teatru. Jeszcze niedawno Brzoza deklarował, że chciałby, aby do teatru wróciła widownia twórcza, inteligencką i proszę, już się „ujawniła”.
Wyobrażałem sobie drogę „aposterioryczną”, w której na podstawie konkretnych przypadków w całej ich złożoności próbuje się stworzyć ogólny obraz. Tymczasem prostsza jest droga „aprioryczna”, płynnie przechodząca od tego „jak ma być”, do tego „co jest”.
W tym miejscu otwiera się nowy rozdział „badań nad widownią” – ontologia i teoria poznania widowni. Co za tym idzie należy postawić dwa fundamentalne pytania: czy widownia istnieje? czy można ją poznać? I może tym, nie do końca poważnym (chociaż kto wie?) otwarciem zakończę próbując pozbyć się niesmaku po Zbigniewa Brzozy „prostakom wara”.
W komentarzu do poprzedniego wpisu „aś” zastanawia się, czy poza określaniem kto chodzi do teatru i dlaczego, nie należy również pytać o to „do kogo jeszcze można by było trafić” (w innym miejscu „o jakie grupy warto/można by było sie jeszcze postarać…”).
Ponieważ jest to ważne zagadnienie, chciałbym poświęcić mu trochę miejsca.
Najczęściej w praktyce teatralnej (mowa o sektorze publicznym) jest tak, że marketingowiec/pr-owiec/sprzedawca otrzymuje gotowy produkt-spektakl teatralny i ogólnie określoną grupę docelową. Grupa ta określona jest zazwyczaj mniej więcej za pomocą kryteriów wiekowych (na zasadzie „raczej dla młodzieży”, „nie nadaje się dla osób niepełnoletnich” itp.). Drugą grupę kryteriów można by określić jako „poziom kompetencji widza” („nadaje sie dla wszystkich”, „trudny tytuł – dla wyrobionego widza”).
Tak czy inaczej, jest produkt, ale grupa odbiorców nie jest ściśle zdefiniowana. Nie ma mowy o precyzji, która jest osiągalna na przykład w branży motoryzacyjnej, gdzie mamy np. Suzuki Swift „Joanna Brodzik Edition” adresowane do młodych, niezależnych, dobrze zarabiających kobiet, które (… i tutaj można podać szczegółową charakterystykę, która określi w przybliżeniu jakie gazety czytają, jaki serial lubią itp.), czy „rodzinne vany”, tak jako np. Honda FR-V, która jest „świetną propozycją dla rodzin typu 2+3 lub nawet 2+4.” (cytat z portalu motoryzacyjnego, ale nie będę linkował, bo to nie jest blog o samochodach:).
W teatrze mamy do czynienia ze zdecydowanie mniej sprofilowanymi produktami. W każdym razie nie słyszałem, żeby jakiś teatr przygotował spektakl dla np. „niezamężnych mężczyzn, o dochodach mieszczących się w przedziale 3000-6000 tysięcy złotych, interesujących się sportami ekstremalnymi i jedzących głównie dania gotowe”.
Żarty żartami, ale teza jest taka, że w teatrze, nawet z punktu widzenia marketingu, trudno mówić o precyzyjnym „targetowaniu”. W pewnym sensie, spektakl jest dla bliżej nieokreślonych „wszystkich”.
Ten sam spektakl ogląda 16 letni uczeń szkoły średniej, małżeństwo w wieku 40-42 lata, emeryt w wieku 80 lat. Mieszkaniec miasta (w którym znajduje się teatr), mieszkanka pobliskiej wsi (która przyjechała na spektakl z wycieczką Koła Gospodyń Wiejskich). Bezrobotny, menedżer średniego szczebla, prezes notowanej na giełdzie spółki.
Co więcej, te osoby mogą znaleźć się nawet na tej samej widowni w czasie tego samego pokazu.
Także, wracając do wątku z komentarza, nie sądzę, że należy stawiać pytanie w ten sposób „do jakich grup jeszcze dotrzeć” z ofertą teatralną. Uważam tak dlatego, że charakterystykę widowni powinno budować się nie od strony wyróżniania grup ze względu na kryteria demograficzne, geograficzne, dotyczące poziomu zarobków, statusu zawodowego, płci czy wyznawanej religii.
Opis widowni wydaje mi sie bardziej przydatny i adekwatny, gdy jest odpowiedzią na pytanie „dlaczego ludzie chodzą do teatru”, i rozwijając to pytanie „jakie jeszcze inne powody można znaleźć, żeby wybrać się do teatru”. Inaczej mówiąc, „jakie jeszcze można znaleźć zastosowania dla produktu-spektakl teatralny”.
Proszę cały czas pamiętać, że to jest blog o teatrze, ale z określonego punktu widzenia. Dlatego używam takiego, zapewne brutalnego z perspektywy twórców teatralnych, języka. Jest to jednak tylko jeden z poziomów opisu, nie wykluczający opisu teatru jako sztuki.
Punkt ciężkości spoczywa nie na tym kto stosuje, ale do czego stosuje.
Na przykład, zauważamy, że w teatrze pojawiają się grupy znajomych z pracy, którzy wybierają się do teatru, żeby razem spędzić czas (są to nieformalne spotkania integracyjne). Co w takim razie należy zrobić? Skierować ofertę „dla firm”. I to nie w tradycyjnym sensie „oferty dla działu socjalnego”. Bo organizatorem takich wyjść może być dowolny pracownik firmy. Nie są to grupy o liczebności w przedziale 50-200 osób, raczej 4-10 osób.
Nie jest to nowa grupa odbiorców w znaczeniu „pracownicy banków” itp. Jest to raczej część tych nieokreślonych „wszystkich”, których wyróżnia się na podstawie „stosowania” spektaklu.
Podaję przykład „grupy znajomych z pracy”, bo dobrze go pamiętam z okresu, gdy byłem bardziej zaangażowany w bezpośrednią sprzedaż. Czas na konkretny przypadek: utrzymywałem kontakt z przedstawicielką nieformalnej grupy znajomych z pracy (branża: produkcja mebli, pracownicy pionów głównie administracyjnego i produkcyjnego, około 14-20 osób), która dokonywała przez pewien czas dość regularnych zakupów biletów do teatru. Motywacja była mniej więcej taka: „byliśmy już kinie, na kręglach, na bilardzie, już nam się to nudzi, to może pójdziemy do teatru”. Potem szli na piwo i mieli temat do rozmowy. Warto podkreślić, że chodzili na różne spektakle, nie tylko o zabarwieniu komediowym.
Oczywiście, byłbym szczęśliwy, gdyby chodzili do teatru bo kochają współczesną rosyjską dramaturgię lub doceniają geniusz tego, czy innego reżysera, ale przykro mi, ich motywacja była wyłącznie taka, jak opisałem powyżej:)
Innym przykładem różnych zastosowań jest wręczanie biletów do teatru jako prezentu.
Jako, że teatr (jak dotąd) budzi pozytywne, prestiżowe skojarzenia, wręczenie komuś biletów do teatru traktowane jest jako oryginalny, szlachetny prezent. Znowu, wyróżnikiem jest „zastosowanie”, nie konkretna grupa. Chociaż, już „w ramach zastosowania” można wyróżniać grupy, na przykład młode osoby (uczniowie, studenci), którzy kupują bilet do teatru jako prezent dla swoich rodziców.
Jest też oczywiście „wyjście do teatru jako randka” i wiele innych przykładów. (Mała dygresja: jeśli chodzi o randki w teatrze bardzo mi żal zakochanych młodych mężczyzn, którzy wcześniej nie sprawdzili dokładnie o czym i jak zrealizowany będzie spektakl. Jeśli na jednej z pierwszych randek zabrali dziewczynę na nowoczesną interpretację klasyki, z obowiązkowymi wulgaryzmami, nagością na scenie i cała resztą przypisanych takim interpretacjom środków wyrazu – to może to być trudna próba, dla kruchego przecież w pierwszej fazie związku:) Staram się być tak blisko rzeczywistości, jak to tylko możliwe, dlatego ta dygresja również opiera sie na prawdziwym zdarzeniu. Załatwiałem kiedyś sprawę reklamacji od widza, który „gdyby wiedział, że tak będzie wyglądał ten spektakl, to w życiu nie zabrał by dziewczyny, bo to miał być romantyczny wieczór”).
Także, w moim odczuciu, marketingowiec/sprzedawca w teatrze nie tyle „wymyśla”, szuka nowych grup odbiorców, lecz uważnie obserwuje motywy przyjścia do teatru. Zaobserwowane tendencje stara się wzmocnić, odpowiednio tworząc ofertę i sposoby komunikacji (spotkania pracowników – oferta dla firm, randki w teatrze – spektakl + zniżka w kawiarni, bilet jako upominek – wprowadzenie do sprzedaży voucherów itd.)
Podobnie jak w marketingu Coca-Coli. Trudno wyobrazić sobie, żeby jeszcze kilkanaście lat temu ktoś powiedział, że Coca-Cola to świetny napój do rodzinnego obiadu. Jednak prawdopodobnie prowadzone przez koncern badania rynku wychwyciły tendencję polegającą na piciu coli przez całe rodziny przy obiedzie. Marketingowcy z Coca-Coli nie mogli zrobić nic innego jak krzyknąć „Hurra! Pojawiło się nowe zastosowanie naszego produktu!” i wzmocnić tendencję za pomocą kampanii, która min. w telewizyjnej reklamie pokazuje, jak wszystkie pokolenia przy tradycyjnym polskim rodzinny obiedzie zapijają rosół Coca-Colą. Zmienia sie nie tyle produkt, co jego zastosowania. Szuka się nie nowych odbiorców poprzez szukanie (odkrywanie) nowych potrzeb, które zaspokaja produkt.
Dla pełnego obrazu należy dopowiedzieć, że zmienia się również produkt na podstawie oczekiwań klientów. Stąd w sprzedaży Coca-Cola Zero, ale jako nowa propozycja obok „tradycyjnej” formy napoju.
To już jednak o wiele szerszy, twardy marketingowy temat, w którym prowadzenie analogii do teatru było by o wiele trudniejsze i nieuchronnie prowadziło by do próby zdefiniowania specyficznych cech produktów teatralnych. Na co w tym wpisie nie starczy mi już sił.
Mimo, że urlopowa pora nie sprzyja częstym wpisom na blogu (nawet na forum e-teatru znajduję mniej nienawistnych wpisów i absurdalnych dyskusji) – kontynuuję omówienie „manifestu Nowaka”, które zapoczątkowałem w poprzednim wpisie.
Widz idealny zdaniem Nowaka, czyli publiczność, którą jest zainteresowany nowy teatr to (rozkładając na czynniki pierwsze):
– ludzie, którzy chodzą do klubów
– ludzie, którzy chodzą do kina
– członkowie klubów motocyklowych
– młodzi intelektualiści
– robotnicy-fachowcy
– ludzie, którzy chodzą na koncerty
– bezrobotni
– ludzie, którzy szukają swojego miejsca w świecie
[W oryginalnym brzmieniu: „Nowy teatr (…). Dużo bardziej interesuje się tymi, których spotyka się w klubach, kinie, dziewczynami i chłopakami z klubów motocyklowych, młodymi intelektualistami, robotnikami-fachowcami, bywalcami koncertów, bezrobotnymi i tymi szukającymi swego miejsca w świecie.”]
Nie zamierzam polemizować z tym, że przedstawiciele każdej z tych kategorii pojawiają się w teatrze.
Równie dobrze jak: policjanci, przedstawiciele farmaceutyczni, młodzi ekonomiści, oficerowie ABW, członkowie koła parafialnego z dzielnicy Żabianka w Gdańsku itd. (podałem przykłady znane mi z doświadczenia – przypuszczam, że Maciej Nowak zrobił tak samo, mam nadzieję, że nie zastosował jedynie figury retorycznej pisząc na przykład o robotnikach-fachowcach czy dziewczynach z klubu motocyklowego).
Moja podstawowa wątpliwość dotyczy tego, czy wymienione przez Nowaka grupy rzeczywiście są reprezentowane wśród publiczności inaczej niż jednostkowo. Innymi słowy, czy rzeczywiście np. kluby mają ten sam target co teatr.
Uważam, że tak nie jest i nawet jeśli przyjmiemy, że mają to być grupy, które dopiero zostaną przyciągnięte do nowego teatru, to jest to raczej projekt, który nie ma szans powodzenia.
Nowak idzie dalej i uważa, że „tej publiczności nie interesuje teatr będący konwencjonalnym, kulturalnym gestem. By ją zaciekawić, niezbędne są wyraziste poglądy, orientacja w świecie, odwaga formułowania diagnoz.”
Ta teza, moim zdaniem, opiera się na błędnym założeniu. Zakłada się bowiem, że wymienione wcześniej grupy nie są zainteresowane teatrem jako „konwencjonalnym kulturalnym gestem”. Oczywiście, jednostkowo może być tak, że znajdzie się jeden, dwóch, dziesięciu członków klubu motocyklowego, którzy jednocześnie są fanami teatru awangardowego lub politycznego. Ale trudno w tym wypadku mówić o publiczności, mowa o jednostkach, które chodzą do teatru.
Zapewne każdy, kto miał bezpośrednie kontakty z widzami, bez problemu wymieni bardzo ciekawe osoby, zajmujące sie najróżniejszymi rzeczami zawodowo, których pasją jest teatr (i to wcale nie jako „konwencjonalny gest”).
Na tej podstawie można udowodnić jednak każdą tezę, na przykład taką, że cała nadzieja teatru leży w nauczycielach języka polskiego (bo znam kilku, którzy kochają niekonwencjonalny teatr, a nie znoszą konwencjonalnego).
Założenie Nowaka można osłabić również stawiając tezę (moim zdaniem badania socjologiczne mogły by ją potwierdzić), że wymienione grupy publiczności mogą mieć konserwatywne oczekiwania wobec teatru, przy jednoczesnej „progresywności” w innych dziedzinach życia, czy też w korzystaniu z innych przejawów kultury. Opieram się tutaj na własnych obserwacjach, na przykład osoba zajmująca się na co dzień sztukami wizualnymi w ich najnowocześniejszym wydaniu akurat od teatru może oczekiwać tradycyjnej formy i… rozrywki. Bywalcy koncertów zespołów alternatywnych czasami chcą odetchnąć od alternatywy i wybrać się do teatru na „dobry spektakl” (czyli wykonać „konwencjonalny, kulturalny gest”). To samo dotyczy „robotników-fachowców” i pozostałych grup (co do „robotników-fachowców” w manifeście pobrzmiewają pewnie echa klasycznych socjalistycznych wyobrażeń o „oświeconych robotnikach” i żal, że owi robotnicy oddają się radośnie kapitalistycznej konsumpcji) .
Dlatego manifest Macieja Nowaka traktuję jako bardzo sugestywny i inspirujący obraz, który jest trafny co do diagnozy stanu inteligencji, ale rozmija się z rzeczywistością w opisie „nowej publiczności”.
Zmieniające temat, nie mogę sobie odmówić drobnej złośliwości związanej z fragmentem manifestu, który omawiałem w poprzednim poście, a w którym była mowa o tym, że polska inteligencja zajęła się „spłacaniem kredytów, urządzaniem mieszkań, wyjazdami do Grecji i Hiszpanii. I ciągłym narzekaniem, które usprawiedliwia pasywność intelektualną i konsumpcyjny apetyt.” W komentarzu do tej wypowiedzi napisałem, że nie tylko nie uważam min. spłacania kredytów za coś niedobrego, ale mam niejasne przeczucia, że nawet członkowie Krytyki politycznej się tym zajmują.
Jak na życzenie niedawno w Gazecie Wyborczej ukazał się wywiad z Pawłem Demirskim i Moniką Strzępką przeprowadzony przez Joannę Derkaczew. Paweł Demirski należy do zespołu Krytyki Politycznej. Pojawia się tam wątek kredytu na mieszkanie, które w Berlinie kupują udzielający wywiadu twórcy.
„Monika Strzępka: Wcale nie emigrujemy. Kupujemy tylko mieszkanie w Berlinie, gdzie ceny są o jedną trzecią niższe od warszawskich. W dodatku z Berlina łatwiej niż z Warszawy dojechać do miast Dolnego Śląska, gdzie pracujemy.
Paweł Demirski: Załatwialiśmy kredyt na mieszkanie po premierze naszej „Śmierci podatnika”, w której centralnym motywem jest „święto brania kredytów”. Pokazywaliśmy groteskowość mechanizmu, w który sami musieliśmy wejść. Szczególnie upokarzające są rozmowy w banku. Sprawdzają, kim jesteś, czy jesteś wart zaufania, czy nie masz przypadkiem jakichś zobowiązań, dzieci… Bogu dzięki, nie mamy dzieci i mamy wielkie kredytowe szczęście. ”
Zatem jednak kredyt. Co prawda z pewną niechęcią, ale jednak twórcy nowego teatru wchodzą w konsumpcyjny nurt. I to od razu w wielkim stylu. Słyszymy wprawdzie, ze zakup mieszkania w Berlinie podyktowany jest tym, że jest taniej niż w Warszawie i bliżej do Dolnego Sląska.
Nietrudno jednak dojść do wniosku, ze jeszcze taniej jest w Wałbrzychu i zdecydowanie bliżej do Dolnego Sląska niż z Berlina. Jednak z niewyjaśnionych w wywiadzie przyczyn twórcy wybierają stolicę Niemiec. Od razu dodam, że, w mojej opinii, to bardzo dobry wybór, mam on jednak znamiona korzystania z dobrodziejstw globalizacji/wolnego rynku, co znowu dla mnie jest pozytywne, ale dla Demirskiego i Strzępki raczej nie.
Niesamowity jest też fatalizm Pawła Demirskiego, który konstatuje, że „musiał” wejść w ten „groteskowy mechanizm”. Nie sądzę, żeby istniał przymus zaciągania kredytów. Są ludzie, którzy nie zaciągają kredytów, bo na przykład nie maja zdolności kredytowej, inni nie robią tego z wyboru. Dotyczy to szczególnie kredytów hipotecznych.
A na dokładkę członek zespołu Krytyki Politycznej skarży się publicznie na „upokarzające rozmowy w banku”, gdzie „sprawdzają, kim jesteś, czy jesteś wart zaufania”. Czyżbym natknął się na przejaw „ciągłego narzekania”, o którym pisał Nowak?
Obiecuję, że w następnym wpisach sam przejdę do „programu pozytywnego”. Na razie ponarzekałem już dosyć na Ludzi Teatru.
Maciej Nowak jest dla mnie klasykiem „teorii widza idealnego”. Właściwie to od analizowania jego wypowiedzi rozpoczęła się moja fascynacja tym, co ludzie teatru mówią o teatrze w konfrontacji z teatralną codziennością.
Powrócę tutaj do wypowiedzi Maciej Nowaka z czasów, gdy był dyrektorem Teatru Wybrzeże. Chodzi o fragment manifestu „My, czyli nowy teatr” z 2004 roku. Żeby nie zgubić kontekstu pozwolę sobie na długi cytat.
„Dzisiejszy teatr nie jest już też zjawiskiem inteligenckim, przynajmniej w tym wymiarze, w jakim bywał wyrazem aspiracji tej grupy społecznej w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Nowy teatr przestał być azylem dla grupy mądrali i kulturalnych ciotek przekonanych o swojej wyjątkowości. Nie chcemy ich widzieć w naszym teatrze, bo ostatnia dekada pokazała, że ci rzekomi depozytariusze polskiego sumienia i dobrego smaku tak naprawdę nie sprostali wyzwaniom czasu. To tylko letnicy. Tak zwana polska inteligencja nie traktuje już wizyt w teatrze, czytania książek, uczestnictwa w koncertach jako rzeczy niezbędnych. Zajęła się spłacaniem kredytów, urządzaniem mieszkań, wyjazdami do Grecji i Hiszpanii. I ciągłym narzekaniem, które usprawiedliwia pasywność intelektualną i konsumpcyjny apetyt. Nowy teatr nie ma z tą publicznością wspólnych tematów. Dużo bardziej interesuje się tymi, których spotyka się w klubach, kinie, dziewczynami i chłopakami z klubów motocyklowych, młodymi intelektualistami, robotnikami-fachowcami, bywalcami koncertów, bezrobotnymi i tymi szukającymi swego miejsca w świecie. Tej publiczności nie interesuje teatr będący konwencjonalnym, kulturalnym gestem. By ją zaciekawić, niezbędne są wyraziste poglądy, orientacja w świecie, odwaga formułowania diagnoz. ” [źródło]
Pierwsza część to moim zdaniem słuszna diagnoza sytuacji, o czym wspominałem już wcześniej przy okazji wypowiedzi Zbigniewa Brzozy.
Rzeczywiście zjawisko inteligenckiego teatru nie istnieje. Inteligencja nie jest ani grupą szeroko reprezentowaną w teatrze, ani nie jest grupą, która wyznacza teatralne standardy. To pierwsze potwierdzają obserwacje widowni teatralnej, to drugie śledzenie dyskursu na temat teatru.
Przy okazji, znowu pojawia się przykład na określanie pożądanej widowni przez negację. Przy czym inaczej niż u Brzozy tutaj to inteligencja jest wykluczona (aż do deklaracji „nie chcemy ich widzieć w naszym teatrze”). Swoją drogą nie do końca rozumiem dlaczego dyrektorzy teatrów mają skłonności do wykluczania różnych grup z widowni. To tak, jakby misjonarz powiedział, ale tych i tych nawracał nie będę, niech nie przychodzą na moje kazania. (W tym miejscu sam przyłapałem się na niekonsekwencji, bo osobiście chętnie wykluczył bym z teatralnej widowni snobów.)
Przy czym nie podzielam, wyczuwalnej u Macieja Nowaka, pretensji do inteligencji za spłacanie kredytów, urządzanie mieszkań i wycieczki. Więcej, mam niejasne przeczucia, że nawet np. członkowie Krytyki Politycznej oddają się tym czynnościom (spłacanie, urządzanie, wypoczywanie). Dla mnie nie jest to zarzut, ja to akceptuję i nie dostrzegam strukturalnej niemożności pogodzenia „konsumpcjonizmu” z „uczestnictwem w kulturze”.
Oczywiście rozumiem intencje wypowiedzi, chodzi o to, że inteligencja „zdradziła” ideały. Ja nazwał bym to raczej zanikiem inteligencji, która rozpłynęła się w grupie profesjonalistów (czy niższej klasy średniej) [więcej pisze na ten temat np. Frank Furedi w książce „Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?”].
Można też diagnozę Macieja Nowaka rzucić na szersze tło i zapytać, czy faktycznie należy krytykować „inteligencję” (naprawdę nie mogę się zdecydować, czy używać cudzysłowu, czy nie) za konsumpcjonizm. Czy faktycznie ta warstwa została dotknięta konsumpcjonizmem w jakiś wyjątkowy sposób? Czy też dotknęło ją to samo zjawisko, które dotknęło i dotyka inne warstwy społeczne.
Pewnie właśnie tak jest – a „wina” inteligencji polega na tym, że powinna się tej fali konsumpcjonizmu oprzeć, ale tego nie zrobiła.
Potrafię zrozumieć radykalny punkt widzenia który konsumpcjonizm (obrazowo opisany przez Nowaka jako: spłacanie, urządzanie, wypoczywanie) traktuje jako zjawisko jednoznacznie negatywne. Jednakże konsekwencją takiego punktu widzenia może być trudność w odnalezieniu „dziesięciu sprawiedliwych”.
Bo jeżeli całe społeczeństwo zostało dotknięte konsumpcjonizmem, to gdzie szukać tych, którzy są czyści?
Dlatego dużo ciekawsza dla mnie jest druga, konstruktywna część wypowiedzi Maciej Nowaka, w której opisuje nową publiczność – ten właśnie opis ma dla mnie znamiona „teorii widza idealnego.” Ale to już temat na osobny post.
’Na widowni jest pięknie. Na „Eurazji” są wspaniałe owację. Widzę młodą burżuazję z Trójmiasta, która przychodzi do nas i sama kupuje bilety. To jest fantastycznie.’
Marek Weiss-Grzesiński, Dyrektor Opery Bałtyckiej
[źródło: wywiad na portalu trójmiasto.pl http://kultura.trojmiasto.pl/Burzliwe-zycie-Opery-Baltyckiej-w-Gdansku-n28403.html ]
Nic nowego, podobnie jak u Zbigniewa Brzozy, dyrektor opery ma wizję swojej widowni. Trzeba oddać Weiss-Grzesińskiemu, że idzie krok dalej od Brzozy, to znaczy nie deklaruje że chciałby robić teatr/operę tylko dla burżuazji (inaczej niż w koncepcjach 'teatr dla inteligencji”). Co więcej, on nie mówi, czego by chciał, on już teraz Widzi. To mi się właśnie podoba w cytacie – siła poetyckiej wizji.
W tej wypowiedzi urzeka mnie użycie terminu „burżuazja” w odniesieniu do współczesnych mieszkańców Trójmiasta. Oczywiście w żaden sposób nie kwestionuję tego, że dyrektor opery widział na widowni młodą burżuazję. Niestety z wywiadu nie można wywnioskować po czym można tę „młodą burżuazję” rozpoznać .
Dlatego mówię o poetyckiej sile tego sformułowania, bo jeśli określenie 'młodą burżuazję z trójmiasta’ zastąpimy określeniem 'osoby, które ukończyły studia, obecnie pracują i stać je na zakup biletu do opery w cenie biletu normalnego’ to czar pryska. Bo moje domysły na temat bliższego znaczenia kategorii 'młoda burżuazja’ nie przebijają się ponad taki banalny poziom.
Jak zresztą nietrudno się domyślić taka jest przyjęta przeze mnie metoda: zderzenie często górnolotnych i życzeniowych opisów ludzi teatru z, może trochę mniej eleganckimi, tzw. 'brutalnymi faktami’. I to wcale nie na niekorzyść faktów, bo, może zajmę się tym szerzej w odrębnych postach, przekrój społeczny osób, które chodzą do teatru/opery jest bardzo interesujący i różnorodny, często zaskakujący i dający do myślenia.
No ale jaki Dyrektor powie na przykład: 'Chciałbym robić teatr dla emerytów, to grupa bardzo wrażliwych osób, ciekawych świata, grupa wiernych i uważnych widzów. Mają dużo czasu i, co zauważyły już światowe koncerny, wbrew stereotypom, coraz więcej pieniędzy do wydania’. Sądzę, że na razie takich wypowiedzi nie będzie wiele (ja jeszcze nie natrafiłem na żadną, ale chętnie przeczytam), nawet gdybyśmy zastąpili słowo ’emeryt’ słowem 'senior’.
Tymczasem w świecie wyobraźeń ludzi kultury nadal trwa czas (czar?) inteligencji i młodej burżuazji. Oraz kilku innych grup, o których wkrótce napiszę.
Chociaż, gdybym jako socjolog-antropolog kultury miał się wybrać na obserwowanie 'obyczajów młodej burżuazji z Trójmiasta’ wybrałbym się nie do Opery, tylko do Sopotu i to bynajmniej nie na Scenę Kameralną;)
tym razem bez komentowania wypowiedzi o widowni, post reprezentujący nurt konstruktywny:)
na blogu będę się również dzielił odkrytymi przykładami dobrych pomysłów w promocji kultury, takich, które mnie pozytywnie zaskoczyły,
oto pierwszy naprawdę dobry pomysł
miłego oglądania
teatr – musical w poczekalni jest zarazem dobrym przykładem na trudną do wyznaczenia granicę pomiędzy happeningiem/działaniem artystycznym a guerrilla marketingiem/działaniem pro-sprzedażowym,
granicę płynną nawet na poziomie celu, bo poza zachętą do korzystania z określonego portalu akcja wniosła z życie osób zgromadzonych w poczekalni trochę nieprzewidywalności, radości, sztuki?
ale to już za szeroki temat na małego posta z dobrym pomysłem
Tym razem bardzo ciekawy i wielowątkowy cytat z wywiadu, którego udzielił prof. Janusz Górski dla miesięcznika „Teatr” . Co prawda Janusz Górski jest grafikiem (ASP Gdańsk), ale pisze o widzach teatralnych przy okazji wywiadu poświęconego sztuce plakatu teatralnego.
„Czy jednak musimy sprzedawać nasz teatr w taki sposób, jak to robią za granicą. Być może my mamy coś, czego oni nie mają. Teatr na Zachodzie stał się przedmiotem gry rynkowej i jest to proces nieodwracalny. Tamtejsze teatry, nawet jeśli mają ambitny repertuar, to przygotowują materiały reklamowe pod dyktando speców od marketingu. W Polsce do teatru chodzi relatywnie niewielu ludzi. Tych, którzy przyjdą, przywiodła nie sprytna akcja marketingowa, ale potrzeba ducha, chęć zrobienia czegoś dla własnego rozwoju. Innym powodem jest pozytywny snobizm – każdy kto dorobił się pieniędzy, wie, że wypada bywać w teatrze. Zatem i on pójdzie, by następnego dnia w pracy pochwalić się: byłem w Narodowym, widziałem Stenkę w „Tartuffie”. Może należy bronić takiego szlachetnego, inteligenckiego modelu wspólnoty teatralnych widzów.”
[Plakat teatralny: sztuka czy sztuka reklamy? Wywiad z Januszem Górskim, Teatr, nr 6/2008. s. 71.]
W tych kilku zdaniach Profesor postawił tyle tez, że nie wiem od czego zacząć. Od razu napiszę, że ta wypowiedz jest dla mnie charakterystycznym przykładem nierealistycznego i odrobinę aroganckiego sposobu myślenia niektórych twórców kultury o odbiorcach kultury.
Weźmy na przykład zidentyfikowanie przez Profesora zjawiska „pozytywnego snobizmu”. Od razu zauważamy, że z powodu snobizmu chodzą do teatru ci, którzy „dorobili się pieniędzy”. Nie wiem, czy chodzi o wszystkich, którzy przekraczają określony poziom dochodów niezależnie od wykształcenia, branży, stanowiska. W każdym razie, jeżeli już się tych pieniędzy dorobili to i wiedzą, że wypada bywać w teatrze. A bywać trzeba po to, żeby potem w pracy się pochwalić tym, że widziało się Stenkę.
Po pierwsze wydaje się, że zjawisko snobizmu obejmuje również osoby mniej zamożne, a także „inteligencję” (piszę w nawiasie, bo mam wątpliwości, czy istnieje jeszcze taka grupa społeczna).
Szaleństwo oglądania „gwiazd ze stolicy” obejmuje wszystkich niezależnie od poziomu dochodów.
Piszę to na podstawie obserwacji osób kupujących bilety do teatru. Naprawdę czasem nie jest trudno zauważyć, czy zakup biletów do teatru jest dla kogoś poważnym wydatkiem w domowym budżecie czy wydatkiem nieistotnym, właściwie to śmiesznie małym.
Po drugie, nie potrafię zrozumieć, dlaczego pisze się o „pozytywnym” snobizmie. Często ludzie kultury, ludzie teatru z rozmarzeniem opowiadają o takim szlachetnym/dobrym/pozytywnym snobizmie (który dla nich, z definicji, dotyczy „ludzi bogatych”). Tym bardziej, jeśli obok padają słowa o „duchowej potrzebie” chodzenia do teatru. Wydawało by się, że skoro tak, motywację snobistyczną trzeba jak najbardziej potępić. Jak z „inteligenckiego” punktu widzenia można uznać pójście do teatru po to, żeby na drugi dzień pochwalić się tym w pracy za pozytywne? A jednak słowa potępienia nie padają za to mamy zabawny opis zjawiska i etykietkę snobizmu, ale pozytywnego.
Mam dwie hipotezy, które tłumaczą takie miłe opisywanie snobizmu. Hipoteza pierwsza tłumaczy to czymś na kształt onieśmielenia, które odczuwają ludzie kultury w stosunku do świata „ludzi bogatych” (przy czym cały czas nie mam jasności, jaki próg dochodów zakładał autor wypowiedzi, żeby nazwać kogoś „tym, którzy się dorobił”). O ile łatwo jest skrytykować widownię szkolną, widownię szukającą tylko rozrywki o tyle trudniej jest wprost zaatakować tych, którzy mają pieniądze.
Druga hipoteza wyjaśni, dlaczego wspomniałem na początku o „odrobinę aroganckim sposobie myślenia” ludzi kultury. Otóż za opisem zjawiska „pozytywnego snobizmu” może kryć się i takie rozumowanie. „Wprawdzie, ci co się dorobili nie znają się na kulturze (w ogóle skoro się dorobili to są trochę podejrzani) i jeżeli chodzą do teatru to tylko ze snobizmu, bo tak wypada, ale skoro już chodzą to niech zostawiają w teatrze pieniądze, a dzięki temu, my-inteligenci będziemy mogli realizować swoje duchowe potrzeby”. Takie dziwne pomieszanie paternalizmu z resentymentem wobec bogatych.
Moim zdaniem, jeżeli ktoś szanuje widownię i traktuje poważnie to, co dzieje się na scenie, to nie powinien w żaden sposób opisywać zjawiska snobizmu jako zjawiska pozytywnego. Tym bardziej nie powinien łączyć „snobowania się” wyłącznie z tymi „którzy dorobili się pieniędzy” (samo określenie „dorobić się” nie jest neutralne). Jest to przejaw przedziwnego stereotypu „bogatego człowieka”, który niestety wciąż funkcjonuje w Polsce.
Patrząc też całkiem praktycznie na ten problem, ludzie kultury nie powinni pokładać zbyt dużych nadziei w tym, że ludzie bogaci będą w teatrze pozostawiać pieniądze. Bo, jeżeli faktycznie mamy do czynienia ze snobizmem, modą, to obiekt snobizmu szybko może się zmienić. Może lepszym tematem rozmowy w pracy „tych, którzy dorobili się pieniędzy” będzie zakup nowego kija do golfa albo sprowadzenie z USA limitowanego wydania koncertu Milesa Daviesa na CD.
Snobizm ludzi bogatych będzie się raczej wyrażał (jeżeli w ogóle) w konsumpcji dóbr luksusowych, przynależności do elitarnych klubów itp. Pójście na „Tartuffa” będzie naprawdę mało snobistyczne w tej perspektywie. Teatr jest za mało elitarny (i bardzo dobrze zresztą).
W każdym razie ja nie budowałbym strategii sprzedaży biletów do teatru na „snobizmie” zarówno z przyczyn praktycznych (mała stabilność zjawiska), jak i ideologicznych (typ widza niezgodny z misją).
Uff, rzeczywiście wielowątkowa wypowiedź Pana Profesora, w tym poście poprzestanę na „snobizmie”,
może w następnych postach wrócę do „inteligenckiego modelu wspólnoty teatralnych widzów”, „gry rynkowej” i, szczególnie poruszającemu, przeciwstawieniu „potrzeby ducha” „sprytnemu marketingowi”:)
Jako pierwszy na warsztat biorę cytat z wywiadu udzielonego przez Zbigniewa Brzozę, obecnie świeżo upieczonego dyrektora Teatru Nowego w Łodzi.
Objęcie stanowiska dyrektora teatru to niemal zawsze okazja do składania deklaracji, przede wszystkim artystycznych, ale również dotyczących widowni. Poniżej fragment wypowiedzi dla PAP-u, który został zamieszczony na e-teatrze 25 czerwca.
„Brzoza zwrócił uwagę, że w repertuarze teatru dominować będą adaptacje. Kilka z tych spektakli będzie granych z ograniczoną liczbą widzów. – To wynika z faktu, że chcemy zrezygnować z wycieczek, z porannych przedstawień, zrezygnować z chorej widowni ściąganej na siłę do teatru- mówił. Przyznał, iż ma nadzieję, że te przedstawienia będą się podobać na tyle, że do teatru wróci „twórcza publiczność”, publiczność inteligencka.
[http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/57223.html, informacja PAP o planach na nowy sezon]
Z określeniem „chora widownia” spotykam się pierwszy raz. Za to dwa zjawiska są mi już od bardzo dawna znane i pewnie często jeszcze pojawią się w cytowanych wypowiedziach:
1. Określanie pożądanej widowni przez negację. Jednoczesne „wylewanie dziecka z kąpielą”.
Ludzie teatru, zwłaszcza dyrektorzy chętnie mówią kogo nie chcą widzieć w teatrze. Paradoks polega na tym, że gdyby rzeczywiście przestali wiedzieć w teatrze grupy przez siebie niepożądane, mogą mieć problemy z tym, żeby w ogóle kogokolwiek na widowni dostrzec. Chodzi przede wszystkim o „szkoły”, jak mówi Brzoza „wycieczki”.
Zgadzam się, przedstawienia poranne to patologia (nie mówię oczywiście o spektaklach dla dzieci). Tyle, że jest to patologia generowana przez teatr, a nie przez widzów. Jeżeli ktoś jest „chory”, to teatr, ktory gra rano, a z pewnością nie nauczyciele i dzieci, którzy korzystają z takiej oferty.
Z drugiej strony: teatr może „zrezygnować z wycieczek” (czy interpretując szerzej – z grup zorganizowanych). Ale co zrobić, jeśli to wycieczki nie będą chciały zrezygnować z teatru?
Jednoznaczne wykluczenie grup jako pożądanej widowni powoduje, że również samo organizujące się grupy znajomych z pracy, grupy młodzieży zgromadzonej wokół ambitnego nauczyciela również nie będę w teatrze mile widziane. To właśnie nazywam wylewanie dziecka z kąpielą.
Temat z pewnością wart jest rozwinięcia. Na razie poprzestanę na wykorzystaniu wypowiedzi Brzozy jako przykładu takiego myślenia to znaczy: „TYCH mieszczan/szkół/wycieczek itp. nie chcemy widzieć w teatrze”.
2. Bliżej nieokreślona publiczność inteligencka.
To bardzo wdzięczny temat, z pewnością nie raz jeszcze się pojawi. Zawsze odczuwam pewnego rodzaju wzruszenie, gdy czytam o „inteligenckiej widowni”. W czasach w których samo istnienie „inteligencji” wydaje się problematyczne, oczekiwanie, że ta społeczna grupa o nieustalonym statusie (istnieje jeszcze, czy już nie?) będzie jeszcze na dodatek chodzić do teatru może tylko wzruszać.
W każdym razie nie zauważyłem nigdy nadreprezentacji tej wymarzonej inteligencji na widowni, zresztą, po czym ją rozpoznać? Jak rozpoznać na zwykłym weekendowym spektaklu, że jest to „widownia twórcza”.
Jeżeli już „inteligencja” (np. lekarze, prawnicy itp.) pojawią sie w teatrze, ich zachowanie na widowni (bo zjawisk tak subtelnych jak „twórcza widownia” nie jestem w stanie zaobserwować) nie obiega od zachowań „nieinteligencji”. Zachowań rozumianych jako: nie wyłączanie telefonów/odbieranie telefonów w trakcie spektaklu/wychodzenie w trakcie spektaklu itp.
Inna sprawa, że mimo szczerych tęsknot ludzi teatru inteligencja, np. pracownicy naukowi różnych dziedzin, mają, dokładnie te same powody, żeby nie chodzić do teatru, co reszta społeczeństwa. Brak czasu – pracownik naukowych z dwójka dzieci, dorabiający wykładaniem na studiach zaocznych i podyplomowych w weekendy ma dokładnie tak samo mało czasu i siły na pójście do teatru co przedstawiciel handlowy.
„Inteligenci” mogą też mieć te same potrzeby, co przedstawiciele innych zawodów. Wbrew wzniosłym oczekiwaniom dyrektorów teatrów, na przykład nauczycielka (czyli nie dosyć, że „inteligencja”, to jeszcze „misja niesienia oświaty”) może w teatrze realizować „po godzinach” swoją potrzebę rozrywki.
Na dodatek, nawet gdyby skrzyknąć wszystkich inteligentów (zakładając, że nadal istnieją i że z definicji inteligencja jest zainteresowana w teatrze „twórczym repertuarem”), to naprawdę nie wystarczyło by ich, żeby grać z sukcesem frekwencyjnym przez cały rok, nawet przy kameralnych widowniach.
Statystyka jest brutalna.
zdumienie jest głównym powodem powstania tego bloga. konfrontacja wyobrażeń ludzi teatru (reżyserów, krytyków, dyrektorów…) na temat marketingu, public relations, zarządzania z codziennością związaną z pracą w tych obszarach to źródło tego zdumienia.
o ile istnieje wiele dyskusji na tematy ściśle artystyczne związane z teatrem, jak i dużo jest w internecie typowego środowiskowego „prania brudów” (patrz forum wortalu www.e-teatr.pl), o tyle brakuje mi rzeczowej dyskusji na tematy dotyczące teatru (i szerzej kultury) w aspektach zarządzania i promocji. potrzeba prowadzenia takiej rozmowy (nawet jeśli będę ją prowadził sam ze sobą:) jest drugim powodem założenia bloga.
główną metodą pisania będzie komentowanie wypowiedzi ludzi teatru/kultury na interesujące mnie tematy. cytował będę tylko wypowiedzi opublikowane (raczej bez powtarzania „zdań gdzieś zasłyszanych”). komentarze będą również dotyczyły kampanii promocyjnych, wydarzeń i wszystkich innych zjawisk i opinii, które uznam za tak dobre/złe/inspirujące/oburzające, żeby je skomentować.
zapraszam